Na krawędzi

(…) zrozumieć coś naprawdę to znaczy być z tego wyzwolonym. Poświęcenie dla większej sprawy, wzięcie odpowiedzialności i samopoznanie stanowią istotę ludzkiej egzystencji. Prawdziwym wrogiem drapieżnego kapitalizmu, a zarazem największym sprzymierzeńcem człowieczeństwa jest samowykształcona jednostka, która jest oczytana, błyskotliwa, cierpliwa i ma oczy szeroko otwarte (…)  „Czterej jeźdźcy apokalipsy” według Rossa Ashcrofta.

“Na krawędzi”

Krzysztof Numpsa (Dla dorosłych, dojrzałych czytelników)

ROZDZIAŁ 1 Ironia losu – te dwa słowa prześladowały go od miesięcy. Nie potrafił myśleć o niczym innym, jak tylko o tym, że przeznaczenie, los, Pan Bóg, czy kto tam tym wszystkim steruje, lecą z nim w chuja i to bez trzymanki. A może wcale nikt tym nie sterował, może po prostu Damian szukał winnego, którego mógł obarczyć za swoje niezbyt udane życie. Próbując znaleźć źródło swych niepowodzeń, cofał się pamięcią do szarej rzeczywistości późnego socjalizmu, wspominał dręczące go pragnienie opuszczenia zasraniutkiej ojczyzny w owym czasie wypełnionej po brzegi cwaniakami, krętaczami i innymi złodziejami, którzy to – poprzebierani w szaty polityków, urzędników i księży – rżnęli z zapałem biedne społeczeństwo w cztery litery, aż żal było patrzeć. Pamiętał ludzi grających swoje życiorysy, pamiętał strach o to, że każdy następny dzień będzie podobny do tego, jaki się właśnie kończył, że już na zawsze pozostanie w tym beznadziejnym świecie, otoczony bezdusznymi manekinami..

ROZDZIAŁ 1

Ironia losu – te dwa słowa prześladowały go od miesięcy. Nie potrafił myśleć o niczym innym, jak tylko o tym, że przeznaczenie, los, Pan Bóg, czy kto tam tym wszystkim steruje, lecą z nim w chuja i to bez trzymanki.
A może wcale nikt tym nie sterował, może po prostu Damian szukał winnego, którego mógł obarczyć za swoje niezbyt udane życie.
Próbując znaleźć źródło swych niepowodzeń, cofał się pamięcią do szarej rzeczywistości późnego socjalizmu, wspominał dręczące go pragnienie opuszczenia zasraniutkiej ojczyzny w owym czasie wypełnionej po brzegi cwaniakami, krętaczami i innymi złodziejami, którzy to – poprzebierani w szaty polityków, urzędników i księży – rżnęli z zapałem biedne społeczeństwo w cztery litery, aż żal było patrzeć.
Pamiętał ludzi grających swoje życiorysy, pamiętał strach o to, że każdy następny dzień będzie podobny do tego, jaki się właśnie kończył, że już na zawsze pozostanie w tym beznadziejnym świecie, otoczony bezdusznymi manekinami.
Najbardziej jednak bał się tego, że sam stanie się częścią tej rzeczywistości, że wtopi się w końcu w ten krajobraz, że, aby przeżyć w tym świecie układów, będzie musiał sprzedać tę część swojego charakteru, bez której przestanie być sobą.
Ucieczka wydawała się jedynym wyjściem dającym szansę na normalne życie, takie, w którym, uczciwie pracując, nie trzeba martwić się o płacenie bieżących rachunków.
Wspominał Berlin – to tam był ten „pierwszy raz”, kiedy jako nastolatek przekroczył granicę pomiędzy systemami. Jakby stracił dziewictwo z Natalie Portman. Najpierw uderzyły go kolory, a potem szok, z którego długo nie potrafił się otrząsnąć. Zdominowało go uczucie zachwytu nad pięknem zachodniego świata, uśmiechniętymi ludźmi, muzyką, wystawami sklepowymi, wspaniałymi samochodami.
Radość mieszała się z żalem za tym rajem nieuświadomionym, żalem nad samym sobą, że nie należy do tego świata, choć w głębi duszy tak bardzo do niego pasuje.
Jezu, zmarnował całe dotychczasowe życie tam, na tamtym padole, już nigdy nie nadrobi tych wszystkich lat. Zamiast szarego świata, mógł istnieć ten, wypełniony możliwościami, wolnością słowa i poglądów. To właśnie wtedy – w Berlinie – dotarło do niego, jak bardzo nienawidzi Polski, wtedy też obiecał sobie, że jak tylko będzie miał taką możliwość, zostawi ten wypełniony beznadzieją kraj i nigdy do niego nie powróci.
Siedział i wspominał te wszystkie lata wciskania kitu o wyższości idei bratnich narodów nad podłym kapitalizmem, o potrzebie reform, o kryzysie tylko tymczasowym, o chwilowej potrzebie zaciśnięcia pasa, o historii przyjaźni polsko-radzieckiej.
– Wypierdalać kurwa ode mnie! – wykrzyczał hasło, które stało się sposobem na życie, określiło kierunek prowadzący na drugi koniec Europy, gdzie, siedząc na postoju taksówek w irlandzkim Galway, zastanawiał się nad ironią losu, egzystencjonalnym sensem, istnieniem Boga, czy też jego brakiem.
– Jak się masz? – Z filozoficznej zadumy wyrwało go to durne pytanie o samopoczucie zadawane tu w miejsce normalnego przywitania.
Chujowo! – pomyślał, patrząc tępo przez okno samochodu na objuczoną torbami babę.
– Dobrze, a jak ty się masz? – odpowiedział, pomagając babie załadować zakupy do bagażnika.
Ja pierdolę, co najmniej jakby mnie obchodziło, jak ona się ma, niech wlezie do samochodu, mówi, gdzie chce jechać, i siedzi cicho.
– Siąpi dzisiaj – stwierdził oczywistość babsztyl i już wiadomo było, że nie zamierza siedzieć cicho, że musi tą jadaczką kłapać, bo to takie uprzejme mówić coś do kierowcy. Szczególnie obcokrajowca.
Jezu i znowu te same pytania, o to, jak się nazywa, o ruch, a skąd jest, a gdzie mieszka, a ile ma dzieci, a o której kończy?
Szkoda, że nie zapyta, czy srałem dzisiaj albo czy staje mi regularnie, czy wierzę w Boga i kocham swoją Matkę – myślał, przerażony perspektywą powtórzenia tysięczny raz tej samej formuły.
– Lubisz Chopina? –zagadnął pospiesznie, próbując nie dopuścić do standardowej wymiany zdań.
– Nie, nie, zrobiłam już zakupy. Jak masz na imię?
Nie no kurwa, zwariuję zaraz, Chopin się prymitywnej klępie z shoppingiem kojarzy tylko.
– Nie, mam na myśli Chopina. Lubisz Chopina? – powtórzył pytanie, jednocześnie ustawiając głośniej muzykę. Łagodne piano wypełniło taksówkę.
– Już byłam w sklepie, chcę do domu, na Garavogue Villas, proszę. Skąd jesteś?
– Z dupy, a na imię mi gówno! – rzucił po polsku. Był na granicy szaleństwa, po latach w komunie, po ucieczce z tamtego bagna, siedział teraz w samochodzie z tym przygłupem, rozpaczliwie próbując odmienić rzeczywistość. – Muzyka, czy podoba się muzyka? Chopin, nie shopping, to, co leci teraz, czy się podoba…? – próbował za wszelką cenę, nie chcąc się poddać. Czuł, że musi zawalczyć tu i teraz o tę jedną chwilę wyrwaną z koszmaru rutyny.
– Aaa, muzyka, taka leniwa jakaś, usypiająca, o której kończysz? – Babok patrzył na niego niewidzącymi oczami, nie chcąc, a może nie mogąc dostrzec jego rozpaczy.
– Jestem Damian, z Polski, mieszkam tu od ośmiu lat w Galway znaczy, bo rok w Dublinie jeszcze trzeba doliczyć, żonę mam, dzieci nie, lubię Irlandię, zostanę tu przez jakiś czas – wyrzucił z siebie jednym tchem. Przegrał tę bitwę. Zresztą jak miał wygrać z tym prymitywem, walcząc Chopinem?
Ten bezduszny babol wyżarł z niego ostatki pozytywnego nastawienia, teraz to już musiał się napić.
Do wieczora będzie myślał tylko o tym, co kupić – piwko czy może lepiej winko, wódka nie wchodziła w rachubę, bo skończyłoby się tygodniówką, a na to nie mógł sobie pozwolić.
Tak, winka walnie sobie szklaneczkę na raz i już po minucie przyjemne ciepełko uderzy z żołądka prosto do głowy, po drugiej szklaneczce przejdzie uczucie żalu nad samym sobą, po trzeciej zapomni o całym strachu o własny los, po czwartej będzie się śmiał lub płakał, a piątej nie będzie pamiętał.
– Gdzie żona pracuje? – Kolejne z długiej listy powtarzanych jak mantra pytań przywróciło go do rzeczywistości, do świata recesji, kryzysu klimatycznego, wojny z terroryzmem, świata wyścigu szczurów, gdzie wartość człowieka mierzono stanem jego konta, wrócił do świata, którego Damian, syn Mariana i Zdzisławy, miał serdecznie dosyć.
– Żona na bezrobociu, ale bez zasiłku… – odpowiedział z nutką żalu w głosie, nastawiony na wyduszenie z krowy jakiegoś napiwku.
To był sposób „na współczucie” – Damian dysponował całym wachlarzem różnych emocji dobieranych do różnych klientów. Pomagały czasem podwyższać taksówkowe dochody.
– Dlaczego tu siedzicie? Taki ładny kraj macie, rozmawiałam z Katriną z Centry, tam na Macherboy Road, i mówiła mi, jaka Polska ładna.
– Jak taka ładna, to czemu Katrina w Centrze siedzi, a nie w Supersamie gdzieś w Wałbrzychu?
Damian wiedział, że już po napiwku. Za dużo złości wsadził w ten komentarz, baba zamilkła, myśląc sobie o tym Polaczku, że jakiś taki nieuprzejmy.
On się tym nie przejął, pierdolił jej napiwek, byleby już do końca trasy nie zadawała żadnych durnych pytań. Ładna Polska, owszem, pomyślał, może i ładna, ale już nie dla niego. Był ugotowany kredytem hipotecznym, co mu go w czasie boomu na dom dali. Teraz, nawet gdyby dom sprzedał, to i tak zostałby z kosmicznym długiem w banku. Miał przesrane, wszystkie lata ciężkiej pracy przepadły, bo te durne pastuchy wybudowały czterdzieści tysięcy pustostanów, rujnując tym samym rynek nieruchomości oraz gospodarkę całego kraju.
O ironio, uciekł od kretynów malujących trawę na zielono, trafił do raju zbudowanego na bańce kredytów mieszkaniowych. Mało tego – był tak zachwycony, że nim się zorientował, już gonił w materialnym wyścigu, najpierw szybka kariera w fast foodzie, potem kredyt na samochód i dom. Pamiętał ten moment, gdy rozpierało go szczęście, poczucie, że wreszcie osiągnął wymarzony sukces. Pracował w wielkiej korporacji, stać go było na egzotyczne wczasy, jeździł nowym samochodem zakupionym w dobrym salonie, czuł, jak łapie pana Boga za nogi, aż tu nagle jeb i bańka pękła, bańka kredytów, marzeń, wizji szczęścia i udanego życia.
– Gdzie jedziesz, przegapiłeś mój zjazd! – baba nagle rozdziawiła śmierdzącą japę.
– Kto za to zapłaci? – Smród zepsutych zębów rozlazł się po samochodzie.
– Ja zapłacę, przepraszam – wyjęczał Damian całkiem załamany.
– Nie jesteś skupiony – rzucił babsztyl. – Będzie mnie teraz wiózł na około…
Ja pierdolę, co za dzień – myślał. Patrzył na babę, ta kiwała z politowaniem głową. Miał ochotę zatrzymać samochód, wysiąść i uciec jak najdalej.
Cały świat grał przeciwko niemu do jednej bramki, każda podejmowana przez niego decyzja wydawała się z góry przegrana, bo rzeczywistość wokół niego zmieniała się w taki sposób, żeby dokopać właśnie jemu. Wyjechał do kraju, który rozwijał się najszybciej w Europie, harował jak wół, rzetelnie i uczciwie podchodząc do wszystkiego, czym się zajmował. Zaczynał od czyszczenia popielniczek w pubie na Tempel Barze, składał kanapki w Burger Kingu. Do dzisiaj pamiętał, jak właściciel baru wahał się, czy zatrudnić Polaka bez znajomości języka angielskiego. Damian tej roboty naprawdę potrzebował, tłumaczył mu więc na migi, że za darmo popracuje trochę, żeby pokazać, że się nada, że bariera językowa to nie problem. Pamiętał, jak tamtego wzruszyło, że za darmo ktoś chciał robić. Dostał tę pracę od razu.
Przez moment czuł się szczęśliwy, wiedział, że dzięki tym dwóm etatom będzie mógł zapłacić za bilet dla żony, że może miesiąc, może dwa i będą razem, a to było dla nich zawsze najważniejsze.
Pamiętał to uczucie, kiedy ze łzami w oczach dzwonił z kabiny do rozmów internetowych przy O’Connell Street w Dublinie, informując swoją ukochaną, że dostał drugą pracę, że teraz to wszystko przyspieszy. Płakali razem ze szczęścia, długo nie mogąc się nacieszyć tym, jak los im sprzyja.
Nie wiedzieli, jak przewrotny potrafi być ten los. Teraz Damian myślał o swoim szczęściu w kategorii czarnego humoru i był przekonany, że gdyby wyjechał do Australii, to ta zapadłaby się pod wodę jak Atlantyda, a gdyby zainwestował w akcje rafinerii, to ludzie zaczęliby jeździć samochodami na wodę. Gdyby zaczął kupować złoto, ktoś wymyśliłby, jak tanio produkować je domowym sposobem. Miał wrażenie, że Bóg z niego po prostu kpi, a jego życie to sen wariata.
– Pomożesz mi z tymi torbami? – Baba wierciła się niespokojnie, szukając w portfelu drobnych.
– Jeszcze może cię do domu zanieść, tłuściochu jeden? – zapytał po polsku. – Yeah sound – dodał w miejscowym slangu, patrząc na twarz klientki.
Ta wyrażała mieszankę oburzenia i zdziwienia, że ten negatywnie nastawiony obcokrajowiec śmie do niej mówić coś we własnym języku.
Damian wiedział, że nie zachowuje się właściwie. Z bólem zauważał swoją negatywną przemianę. Jeszcze parę lat temu widziałby w tej kobiecie ciekawy element folkloru, otworzyłby drzwi, popisując się wschodnioeuropejską kulturą, zabawiłby rozmową na temat polskiej historii oraz zapewnił o wielu mianownikach łączących oba narody.
Coś się jednak po drodze zmieniło, frustracja kropla za kroplą wypełniała Damianowe serce goryczą i żalem, zatruty umysł postrzegał wszystko negatywnie, słowa coraz częściej syczały nienawiścią.
– Pomożesz mi z tymi zakupami. – Baba znała konsumenckie prawa, wiedziała, że kierowca taksówki udzielić pomocy po prostu musi.
Oczywiście telefon zaczął dzwonić w czasie, kiedy Damian – objuczony torbami – zmierzał w kierunku babiej nory.
Już dawno zauważył, że gdy ma ten swój wisielczy nastrój, to wszystko gra przeciwko niemu, jakby cały świat wyczuwał, że jest słaby, a wiadomo – na pochyłe drzewo kozy skaczą.
Z drugiej strony, zdrowy rozsądek wołał o opamiętanie: jak to cały świat gra przeciwko niemu?
Czysta paranoja. W takich chwilach czuł, że narastająca złość na wszystko, co się wokół niego działo, chce znaleźć ujście, że gdyby miał przed sobą kogoś, kogo mógłby obarczyć winą za swój parszywy los i trzymałby w ręku nóż, to uderzyłby nim wiele razy.
– Telefon dzwoni – stwierdziła Baba.
– Słyszę, kurwa, że dzwoni, ale nie mogę odebrać, bo przecież te cholerne torby, przecież nie rzucę ich na ziemię, bo powiesz, że ci jajka pobiłem – mruczał pod nosem Damian.
Telefon przestał dzwonić w chwili, gdy kładł torby na podłodze w przedpokoju. Rundka właśnie poszła się jebać, kiedy zadzwoni na nieodebrany numer, usłyszy:
– Sorry, ale zamówiliśmy kogoś innego, bo nie odebrałeś…
Zjeżdżał po równi pochyłej, był zmęczony, rozbity, sfrustrowany i zawiedziony.
Nienawidził siebie, sąsiadów, dawnych przyjaciół, którzy robili karierę w Polsce, nienawidził Boga.
Kiedyś gdzieś przeczytał, że on sam jest Bogiem i każdy inny człowiek na Ziemi też jest Bogiem, tylko o tym zapomniał. Jeżeli tak faktycznie było, to siebie nienawidził podwójnie, bo skoro był sobie Bogiem i kierował własnym życiem, to dlaczego, do kurwy nędzy, nie zgotował sobie losu Davida Beckhama, tylko napierdalał się z biedą, zawsze pod górkę. I nawet, jak już prawie wtaczał ten kamień na szczyt, to coś mu jebało wszystko i znowu był na dole.
Fakt – uczyć się nie chciał, ale kto by chciał chodzić do szkoły w socjalizmie. Nie było lekcji tenisa, angielskiego, pływania, lekcji tańca czy kursów gry na gitarze. Nuda. Znaleźli się co prawda tacy, co pokończyli te zasrane szkoły i potem robili kariery dentystów, urzędników i biznesmenów, ale Damian jakoś zmusić się do tego wszystkiego nie potrafił.
Jeden taki były kolega z podstawówki – Maciej Urban – został nawet ginekologiem i podobno wielki majątek na skrobaniu tych niechcianych niemowlaków w Anglii zrobił. Damian widział kiedyś przez jego małżonkę, szanowną panią ginekolową, dodane na Facebooku zdjęcia: wielki dom, pod nim zaparkowane porsche i merc, dwójka uśmiechniętych dzieci.
Taki to pożyje – myślał, oglądając profil. Nic, że jebany Mengele dzieci drutem z bab wygrzebuje i w kiblu spuszcza jak wysraną dopiero co kupę.
Chuj tam, że większość tych małolat, co się u niego skrobią, w depresje z czasem popadnie, bo to wyrzuty sumienia, bo życie seksualne nieudane, bo w ciążę powtórnie zajść nie mogą. Facet to pierdoli, swoje robi, żyje. Damian zachodził w głowę, jak to możliwe, że seryjny morderca cieszy się jeszcze społecznym uznaniem.
Nie no, ginekologiem to zostać by nie chciał, bo nawet gdyby tych dzieciątek nienarodzonych nie mordował, to jak to tak babom ciągle w kuciapę zaglądać, grzebać w nich od rana do wieczora. Przecież większość tych kobiet przychodziła z jakimś problemem, chory był na samą myśl, że całe swoje życie miałby diagnozować kobiece intymne przypadłości.
– Nie jestem dziś zadowolona z obsługi, powiem Krisowi, żeby cię upomniał. Byłeś niemiły i mało pomocny. – No właśnie choćby tej krowie. Gdyby ściągnęła majty i rozłożyła mu nogi pod nosem, od razu porzygałby się na podłogę.
– Kris może mi obciągnąć, spierdalaj lepiej do domu, bo ci, kurwa, łeb rozwalę! – wybuchnął, oczywiście po polsku.
Kris był facetem, który miał lepszy układ z Bogiem niż on, odziedziczył po ojcu firmę taksówkarską, na której zbił fortunę. Ostatnie dwadzieścia lat irlandzkiego boomu stanowiło dla niego prawdziwe El Dorado. Miał najlepszy numer w mieście, a interes w zasadzie kręcił się sam, opierając się na satelitarno-komórkowym systemie rozdawania kursów. Wynajęta przez Krisa firma w Dublinie odbierała zlecenia, wbijała je do komputera, a ten przyznawał je według zasady: kto pierwszy w kolejce w danej strefie, ten jedzie. Część ludzi była zatrudniona w Krisowej firmie, ale część, jak on sam, płaciła tylko za udział w systemie.
Damian miał tam dobrą opinię: uczciwy, pomocny, miły dla klientów, a co dla właściciela najważniejsze – zawsze wypłacalny. Dlatego też nie miał zamiaru klękać przed tą babą, bo nawet gdyby krowa coś chlapnęła, mógłby zasugerować Krisowi, że przekwitanie zrobiło jej sieczkę z mózgu albo wściek macicy w ostatnim podrygu cipska doprowadził ją do jakiegoś emocjonalnego pomieszania.
Zresztą facet tak naprawdę srał na wszystko, miał udziały w dwóch pubach, ziemię, nieruchomości, wielki sklep z częściami samochodowymi na rogatkach miasta. Taksówki stanowiły tylko jedno ze źródeł jego dochodów, raj na ziemi, całe życie na wakacjach. Większość chłopców pracujących w firmie bardzo mu tego wszystkiego zazdrościła.
Bip, bip – sygnał dobiegający z Krisowego systemu wyrwał Damiana z zamyślenia, adres migający na obrazie monitorka nie wróżył niczego dobrego. Wallys Bar była miejscową speluną, gdzie dziewięćdziesiąt procent klientów stanowili alkoholicy i narkomani, resztę – przypadkowo zabłąkani turyści, którzy najczęściej po wypiciu zamówionego piwa uciekali jak najdalej.
Rozsądek mówił – odrzuć to gówno, ale pazerność zmusiła palec Damiana do przyciśnięcia zielonej ikonki, a tym samym do zaakceptowania kursu.
Brunhilda McCanus udająca się na Bridge Street – następna informacja ukazująca się po przyjęciu zlecenia mówiła, kto i dokąd jedzie.
– O, nie tak źle – powiedział do siebie Damian.
Babka lubiła sobie wypić i owszem, ale zawsze płaciła bez problemu. Fakt, była obleśna z tym swoim napaleniem i lubieżną mimiką, ale dało się to wytrzymać, szczególnie, że nigdy nie posuwała się dalej w swoich zalotach.
Damianowi przypomniało się, że ostatnim razem zażyczyła sobie zakupów w fast foodzie i nawet zdała się na jego gust. Zawiózł ją do najbardziej guzdrzących się Arabów pod słońcem. Licznik nastukał wtedy prawie dwadzieścia pięć euro. Brunhilda była trochę zawiedziona szybkością serwisu, ale on przypomniał jej uprzejmie, że życzyła sobie smacznie, a nie szybko. Zanim dojechali do jej domu, koszt kursu wyniósł dwadzieścia osiem euro. Damian, przy wydawaniu reszty, bardzo gorąco życzył Brunhildzie smacznego, a ta wspaniałomyślnie machnęła ręką na drobne dwa euro. Jedna rundka i dwadzieścia procent minimalnej normy dziennej zarobione.
Nie minęła chwila, a Damian już był przy Wallys Barze, zaparkował przy bocznych drzwiach, cwanie wybierając akurat te. Ze względu na jednokierunkowy tryb jazdy w Galway manewr wydłużał rundkę, a tym samym zwiększał kwotę na liczniku z pięciu do ośmiu euro, z czego łatwo było zrobić dyszkę, jak się Brunhildzie rzuciło jakimś komplementem. Co prawda wymagało to wysiłku, bo babsztyl był wyjątkowo obleśny, ale Damian miał fantazję, więc już szykował sobie tekst w stylu: „Oj, pani Brunhildo… pani jest jak wino, im starsze tym…”
Komponowanie komplementu przerwały otwierające się drzwi, przy których zaparkował „highline Passata”, którego niedawno kupili na spółkę ze zmiennikiem. Obaj byli z niego bardzo dumni – czarny, chromowane listwy, drewniane wykończenia, skórzano-zamszowa tapicerka, dwanaście głośników dla doskonałej jakości muzyki, co by klientom się miło podróżowało.
– Otwieraj drzwi! – wrzasnął barman, podpierając prawie nieprzytomną Brunhildę McCanus, a że kobieta ważyła dobre dziewięćdziesiąt kilogramów, facet miał fioletową z wysiłku twarz.
Z całej siły walczył o utrzymanie równowagi. Baba była jak worek ziemniaków, dało się zauważyć, że nogi kompletnie odmówiły jej posłuszeństwa.
– Nie no, kurwa – jęczał Damian, otwierając drzwi.
Normalnie odjechałby z miejsca bez chwili zawahania, ale widok barmana, który resztką sił utrzymywał siebie i Brunhildę w pionie, całkowicie go zahipnotyzował.
Jeszcze tego samego dnia wielokrotnie wyrzucał sobie tę decyzję, analizował sytuację od początku i zastanawiał się, dlaczego otworzył wtedy te drzwi.
– Do domu z nią – sapnął barman i wepchnął Brunhildę McCanus do samochodu.
– Ale ona jest całkiem najebana! – krzyknął Damian i głos uwiązł mu w gardle, ponieważ wraz z potężnym pierdnięciem doleciał do niego straszny smród.
Smród, który nie miał sobie równych: padlina, zgnilizna wymieszana z zapachem ostatniego stadium złośliwego raka. Damian czuł, że jeżeli powie coś jeszcze, zwymiotuje na siebie.
– Sorry, ale chyba mi się ulało, muszę się podmyć, wziąć prysznic znaczy – wybełkotała Brunhilda.
Barman zamykał już drzwi szczęśliwy, że pozbył się kłopotu, który siedział teraz w wypielęgnowanej taksówce. Damian ruszył natychmiast, otwierając wszystkie okna. Skoro wpuścił ją do taksówki, to miał do wyboru: na policję, do szpitala albo do domu. Dwie pierwsze opcje nie wchodziły w rachubę, bo zanim załatwiłby sprawę, ten smród po prostu by go zabił, a jeżeli nawet nie zabił, to pozostałby w Damianowym samochodzie na zawsze.
– Kurwa, dlaczego połakomiłem się na drogę objazdem, Jezu najdroższy – jęczał i próbował łapać powietrze, wystawiając głowę przez okno.
Był to jeden z tych stanów świadomości, o których czytał w jakiejś książce o medytacji – stan, w którym się nie myśli, jest się skupionym na jednym konkretnym zajęciu, najczęściej oddychaniu. Otóż Damian był skupiony na oddychaniu właśnie, a raczej na łapaniu tchu, tyle że nie załatwiła tego medytacja, ale Brunhilda McCanus.
– Ja pierdolę, gnijesz żywcem, Jezus Maria, co za smród – prawie płakał, próbując nie wymiotować.
Dlaczego mnie to spotyka? – pytał siebie i gdzieś tam na dnie duszy coś szeptało odpowiedź:
– Sam sobie jesteś winien, zacznij od początku. Po co przyjąłeś to zlecenie? Tyle razy mówiłeś sobie, że Wallys Bar nie na twoje nerwy, a jak już wziąłeś tę rundkę, to okazałeś się na tyle pazerny, że pojechałeś dookoła miasta.
– Wariuję, ja, kurwa, za chwilę sfiksuję – miauczał, manewrując po ulicach jak szalony.
Poczuł, że jest w stanie pijaczkę zamordować, chwycić do ręki potężny bejsbolowy kij i tłuc bez opamiętania, tłuc, póki cały smród z baby się nie wyleje wraz z jej zasranym, zmarnowanym, przepitym życiem.
Doskonale wiedział, że brutalne morderstwo było społecznie nie do zaakceptowania, ale siedząc w tym obrzydliwym smrodzie, pędząc przez miasto, łamiąc przy okazji wszystkie przepisy ruchu drogowego, miał wizję, że zabicie tego szkodnika przyniosłoby całemu światu wielki pożytek.
– Wypierdalaj z samochodu – wyrzucił z siebie, połykając nadmiar śliny wywołany przez nudności.
Brunhilda poruszała się jak przewrócony na plecy chrabąszcz, wyzwalając kolejne fale niesamowitego smrodu.
Damian wyskoczył z taksówki, otworzył drzwi od strony pasażera i wyszarpnął babsztyla ze środka, jakby to była szmaciana lalka, i, mimo że McCanusowa była postury wypasionego wieprza, mieszanka gniewu i nienawiści oraz adrenalina załatwiły sprawę.
Brunhilda prawie frunęła do domu, przebierając niezdarnie nogami.
– Idź, kurwa, i nigdy nie wracaj! – krzyczał Damian, opierając tucznika o drzwi budynku.
Zastanawiał się gorączkowo, co teraz zrobić z tym smrodem. Walczył rozpaczliwie z chęcią zostawienia wszystkiego. Niestety, doskonale wiedział, że nie ma w sobie tyle siły, żeby tak po prostu odejść od żony, z domu, w który włożył tyle energii i serca, od zwierząt, które towarzyszyły mu od lat.
– Muszę walczyć – mówił do siebie – los zacznie sprzyjać, kiedyś ten koszmar musi się przecież skończyć.
Jezu, tylko nie to… Telefon oczywiście musiał zadzwonić właśnie teraz.
Damian, oprócz systemu, za który płacił milionerowi-szczęściarzowi, miał swój własny taksówkowy numer założony wraz z kumplem zmiennikiem. Reklamowali go w kręgu miejscowego biznesu, starając się pozyskać bogatych klientów, którzy, owszem, wymagali jakości obsługi, ale płacili dobrze, nie narzekając na ceny.
Szczególnie wartościowym klientem był miejscowy potentat z szerokim wachlarzem działalności gospodarczej: zaczynając od restauracji, na salonach samochodowych kończąc. Nazwisko O’Lary otwierało drzwi do niejednego banku i zawsze wzbudzało respekt u miejscowych dusigroszy.
– Mój dom, za dwadzieścia minut.
Damian o mało nie zemdlał, rozpoznając głos Martina. Normalnie ucieszyłby się z tego zlecenia, bo oznaczało, że jest na dzisiaj zarobiony, ale jak miał pojechać samochodem, w którym śmierdziało, jakby ktoś trzymał tam przez miesiąc ludzkie zwłoki?
– Jest pewien problem, panie O’Lary – nieśmiało odezwał się do słuchawki, czując jednocześnie, jak stres robi mu rewolucję w żołądku.
– Jaki problem? Jak jesteś zajęty, to zawołam kogoś innego – stanowczy ton biznesmena wywoływał fale paniki.
Do tego Damian nie mógł dopuścić, to mogło oznaczać utratę dobrego klienta na rzecz jakiegoś taxi-dupowłaza, który, węsząc okazję, jęczałby całą drogę o tym, jaki jest lojalny i usłużny.
Sapałby, że dzieci ma na utrzymaniu, że na szkołę im odkłada, dlatego tak ciężko haruje, że może następnym razem pan Martin – bogacz – wspomoże biedną rodzinę, zamawiając taksówkę właśnie od niego.
Z tymi dziećmi jebanymi to połowa tych cierpiarzy w chuja grała, jeden taki to nawet sobie zdjęcie na wizytówkę zrobił z całą trojką wokół siebie, że bez matki niby je chowa. Wychudzone one na tym zdjęciu jakieś, smutne, brzuszki z głodu wydęte. Prawda była taka, że państwo darmozjadowi dawało wszystko – od dopłat miesięcznych na każdego bachora, po dotacje na opał, prąd, nie wspominając już o mieszkaniu socjalnym. Żona brała zasiłek dla bezrobotnych i cała rodzinka pasożytów beztrosko wysysała krew ze społeczeństwa.
– Jesteś tam, co z tobą? – Bogacz Martin wyrwał Damiana z zadumy.
– Jadę, będę o czasie, panie O’Lary – szybko wypowiedział słowa, których równie szybko pożałował.
– Dlaczego nie odmówiłem – bełkotał sam do siebie – co ja teraz zrobię?
Należało natychmiast obmyślić plan. Damian obliczył, że dojazd zajmie mu jakieś dziesięć minut. Miał zatem dobrych kilka minut na pozbycie się smrodu przechodzącego ludzkie pojęcie. Pamiętał, że ma butelkę męskich perfum oraz choinkę zapachową, której przyjemny, waniliowy aromat przez jakiś czas po otwarciu wypełniał całą przestrzeń samochodu.
Otworzył bagażnik, poruszał się szybko, po pierwsze dlatego, że pan-milioner-dziedzic Martin czekał tam w swoim wielkim domu i jako szanowany biznesman nie lubił opóźnień – to źle świadczyło o marce O’Lary. A już absolutnie niedopuszczalne było spóźnienie, które musiałby tłumaczyć nieporadnością jakiegoś taksówkarza.
Po drugie, tylko szybko wykonywane ruchy umożliwiały wystawianie głowy co jakiś czas ze strefy fetoru i nabieranie powietrza.
– Jezu, dlaczego ciągle tak śmierdzi? – pytał sam siebie Damian, gorączkowo obmacując przednie siedzenie.
Pamiętał, jak Brunhilda powiedziała, że jej się ulało, ale dokąd?
Pierwotnie zakładał, że cały ładunek został jej w gaciach. To był błąd, w końcu jego ręka badająca przestrzeń pod fotelem trafiła na coś, co miało strukturę świeżo wysmażonej jajecznicy. Teraz już wiedział, gdzie poszło całe rozwolnienie tego potwora. W końcu znalazł źródło smrodu. Potrzeba wyrzucenia zawartości żołądka narastała z każdą sekundą. Damian wiedział, że jeśli nie zrobi czegoś ze swoim umysłem, zacznie rzygać, a jak już zacznie, to długo nie będzie mógł przestać. Miał wrażenie, że zapach środka Brunhildy McCanus wypełnia go całego – czuł go na zębach, języku i w gardle.
– Jesteś na wojnie – przekonywał się w geście rozpaczy – warunki są trudne, musisz dać radę, uporaj się z problemem i jedź po swojego komendanta, od tego zależy los całej brygady, ratuj swoich kolegów, bądź prawdziwym wojownikiem.
Wyobrażał sobie pole bitwy i siebie jako tego, który bohaterską postawą odmienia historię.
Podziałało, smród nie był już smrodem Brunhildy, tylko obsranych ze strachu towarzyszy broni, a narzucone tempo działań nie było spowodowane potrzebą zadowolenia wymagającego klienta, tylko chwalebnym wyścigiem z wrogiem dla osiągnięcia wyższego celu.
Pamiętał, że robił tak jako dziecko, kiedy coś go przerastało. Wyobrażał sobie, że jest kimś szczególnym, że robi coś niesłychanie ważnego dla świata i ludzi.
Prawie zapomniał o tym sposobie, jednak gdzieś tam na dnie zawiedzionego życiem serca siedział nadal mały Damian – widocznie zachował jeszcze jakąś resztkę dziecięcego myślenia pozwalającego pomalować świat w magiczny sposób.
Odruch wymiotny ustał jak ręką odjął, a on zobaczył całą sytuacje jakby z boku. Przestał użalać się nad sobą, rozpoczynając przy tym konkretną akcję ratunkową, działał na chłodno, sprawnie wykonując kolejne ruchy.
Szybko uwinął się z powycieraniem substancji, która wyleciała z McCanusowej, szmatę wrzucił pod samochód, nie przejmując się faktem, że zaśmieca teren, opłukał ręce wodą mineralną, której – dzięki Bogu – miał zawsze spory zapas w bagażniku. Tak jak i papieru toaletowego – posłużył się nim przy doczyszczaniu wycieraczki.
Dziękował w myślach swojej ukochanej żonie. Podała mu ostatnio butelkę perfum wraz z drugim śniadaniem, sporo jej zawartości rozlał pod każdym z foteli. Teraz pozostało już tylko otwarcie waniliowej choinki, ubranie czapki i otwarcie wszystkich okien. Szybka jazda powinna zrobić swoje – zanim dotrze do domu potentata -bogacza-super klienta auto będzie już w miarę zdatne do użytku.
– Boże, pomóż mi, proszę. – Damian przypomniał sobie, że wypowiadał te słowa niejeden raz w swoim życiu i wypełnił go jakiś dziwny smutek, tęsknota za matką, ojcem, rodziną, ojczyzną, młodością, za wiarą w to, że wszystko, co się w życiu dzieje, ma jakiś głębszy sens.
W tej jednej chwili zauważył, że od dawna tak zwane „dorosłe życie” pełne pogoni za materializmem pomału, ale dokładnie zabijało tę szczególną więź pomiędzy nim a światem duchowym. Zanim się obejrzał, został sam, otoczony ludźmi, ale bez wiary w sercu. Teraz, po chwili, w której znowu poczuł się małym chłopcem bawiącym się w wymyślanie historii, zrozumiał przeczytane kiedyś słowa, że piekłem jest zapomnienie przez Boga, brak więzi, brak przekonania, że jest tego wszystkiego, co się w życiu dzieje, nierozumiana przyczyna.
– Hello, panie O’Lary – powiedział Damian, otwierając drzwi. Dobrze wiedział, że fetor cały czas przebijał się przez zapach perfum i waniliowej choinki, tworząc jedyną w swoim rodzaju słodko-mdląco-kwaśną mieszankę. Za chwilę pan-biznes-gruba ryba wyskoczy z taksówki, puści pawia małżonce na nogi i, wrzeszcząc coś o śmierdzących taksówkarzach, pobiegnie do domu, nie oglądając się za siebie.
– Pojadło się czosnku, co? – wesoło zagadnął kapitał-inwestor-człowiek sukcesu zaraz po wejściu do samochodu. – Wiesz co, stara, przypomina mi to dzieciństwo, podobny zapach można było wyczuć koło naszego domu, rodzice mieli dużo owiec, krów i koni, to wszystko tworzyło taki podobny do tego tutaj klimacik.
Damian nie mógł uwierzyć, że Martinowi O’Lary ten smród się podobał. Co prawda szacowna małżonka zaraz po wejściu do samochodu lekko przybladła, ale nie śmiała niszczyć sielankowej wizji męża jakimś nietaktownym komentarzem. Przecież mogło to mieć negatywny wpływ na jej cotygodniowe kieszonkowe. Usadowiła się na tylnej kanapie, przechylając głowę ku otwartemu oknu, i tak pojechali w kierunku miasta, każdy pochłonięty swoimi myślami.
Damian rozważaniami o Bogu, który jednak niecałkiem o nim zapomniał, pani O’Lary pogrążona w modlitwie o możliwość jak najszybszego opuszczenia pojazdu, dręczona pytaniem: co żre ten Polaczek? Nie wiedziała, że wdycha zapach marskości wątroby jej krajanki, która z życiem radziła sobie, spożywając wielkie ilości alkoholu. I wreszcie pan O’Lary wspominający słoneczne lata zielonej Irlandii, kiedy jeszcze nikt nie biegał jak opętany, uczestnicząc w niekończącym się wyścigu szczurów. Kiedy ludzie mieli wystarczająco dużo czasu, żeby usiąść razem przy piwku i, nie czując zawiści do sąsiada, pośmiać się z żartów o królowej Anglii, słuchając przy tym skocznej narodowej muzyczki.
– Reszty nie trzeba, wypij Guinnessa na moje konto, to może żołądek ci się ruszy.
Damian nie wierzył własnym oczom. Na przednim siedzeniu leżał pięćdzieisięcioeurowy banknot rzucony przez pana biznesmena-amatora wiejskich klimatów.
– Bardzo dziękuję, panie O’Lary – włazidupowy ton, w jakim wyraził swoją wdzięczność za suty napiwek, wywołał w Damianie falę obrzydzenia.
Uciekł z Polski pełen nadziei na ocalenie duszy, by tutaj, w Irlandii, rozmienić ją na drobne, pomału wyprzedając się za różnokolorowe banknoty.
Całym sobą czuł, że stopniowo przemienia się w złotówę, dusigrosza, który będzie łasił się i płaszczył, byleby dostać swoją porcję nominałów. Niedługo stanie się jak reszta tych cierpiarzy, walczących z zapałem o lepsze miejsce pod dyskoteką czy supermarketem. Z czasem na główny temat rozmów awansują opowieści o tym, gdzie był i z kim, skąd wyrwał nadzianego frajera, któremu w czasie wychodzenia z samochodu wypadło z kieszeni parę groszy, zasilając saldo zysku, dając ten przyjemny zastrzyk satysfakcji, bo przecież nic tak nie cieszy złotówy, jak portfel wypełniony banknotami.
Dobry taryfiarz to taki, który musi portfel dosłownie wyszarpywać z kieszeni spodni, musi walczyć z tłustym, napchanym po brzegi sianem, wypasionym pojemnikiem na spełnione marzenia, gdzie równiutko poukładane banknoty leżą sobie jeden obok drugiego, dobrane kolorami tak, by tworzyć ukochany, jedyny na świecie wzór satysfakcji cierpiarza, spełniający go absolutnie, dający poczucie, że nic więcej do życia nie jest potrzebne.
Damian przez ostatnie sześć lat pracy w tym zawodzie zauważył, że jest kilka etapów rozwoju choroby.
Pierwszy to – jak w przypadku każdego uzależnienia – stan euforyczny. Oto pojawia się możliwość zarabiania w nieskończoność, odkrycie, że tak naprawdę kasa może płynąć nieprzerwanie, trzeba tylko umiejętnie walczyć ze zmęczeniem, a na to kierowcy taksówek mieli swoje sposoby. Jedni twierdzili, papierosy, czekoladowy baton i podwójny cheeseburger za dwa euro to kombinacja najlepsza, że wypicie siedmiu, ośmiu kubków kawy otwiera drzwi do możliwości odbębnienia dwudziestoczterogodzinnej zmiany.
Co prawda później gwarancji, że się nie przyśnie za kierownicą, nie było, ale z czasem taki nauczony doświadczeniem miłośnik tłustego portfela wypracowywał sposób na przetrwanie kolejnych dwunastu, a niekiedy nawet dwudziestu czterech godzin za kółkiem.
Potrzeba tylko zdrzemnąć się co jakiś czas, oczywiście w samochodzie, żeby zachować gotowość do podjęcia natychmiastowej akcji w razie wezwania: zlecenie – odbiór klienta – transport – no i w końcu ten najbardziej satysfakcjonujący moment – wypłata.
Za chwilę może jeszcze jedna, dwie rundki, bo te lubiły przychodzić falami, następnie zaparkowanie gdziekolwiek, nerwowa drzemka z podświadomością nastawioną na oczekiwanie.
W ostatniej fazie takiego maratonu niektóre złotówy przysypiały już niemal po każdym zrobionym kursie. Wreszcie następował pełen niepokoju koniec zmiany.
Uczucie, że niestety trzeba zjechać, bo za chwilę organizm odmówi posłuszeństwa. Rozpacz, bo przecież gdzieś tam są ludzie, którzy potrzebują transportu, chcą za to zapłacić i ci ludzie właśnie zabrani będą przez kogoś innego.
Zabrani przez największego wroga, czyli innego cierpiarza – pazernego skurwysyna, bardziej cwanego, silniejszego, lepiej rozkładającego siły.
Po chwili pełnej paniki, gdzieś tam z głębi duszy wołał głos opamiętania – przecież jeździłeś tyle, czterdzieści osiem godzin prawie, portfel ledwo mieści się w kieszeni, plus te drobne w podłokietniku. Policz to, lepiej się poczujesz, i idź prześpij się, te kutasy na pewno będą miały ciszę teraz, frajerzy zmęczą się, a ty pierwsze, co zrobisz, kiedy wstaniesz, to dobra kawka, papierosek, włączysz telefon i wypoczęty uderzysz w miasto.
Powrót do domu, do rodziny, które są tylko tłem, wytłumaczeniem, dla jakiego się tak zapierdala, wygodne uzasadnienie pazernego nałogu. A to na telewizor lepszy trzeba zarobić, a to na samochód piękny, co by tym chujom z postoju na gulu zagrać, ale nie na wakacje, na wakacje nie, bo wtedy nie można zarabiać przecież.
Złotówa, jeśli już jedzie na wakacje, musi pić od dnia pierwszego do ostatniego, niby dla relaksu, odprężenia po pracy znaczy, ale tak naprawdę, żeby zapomnieć, że tam gdzieś ktoś wyżera mu interes, podbiera klientów, dostaje piękne rundki, portfel ma wypchany, w ręku kubek kawy, w ustach Marlboro light, bo te zdrowsze niż normalne, czekoladowy baton w schowku w razie nagłej potrzeby, a na horyzoncie wizję pysznego podwójnego cheeseburgera z McDonalda za dwa euro „only”.
Następny etap uzależnienia od taksówki objawiał się lekką apatią, zamknięciem w sobie, znerwicowaniem spowodowanym chronicznym zmęczeniem, depresją wynikającą z niedoboru snu. Wygląd wiele mówił o stylu życia: podkrążone oczy, wydęty od fast foodów, czekoladek i Coca-Coli brzuszek. Odwykłe od wysiłku fizycznego chude rączki i nóżki. Jedyny ruch u takiego cierpiarza-nałogowca to praca kierownicą, wajchą od skrzyni biegów, przyciskanie pedałów. Szczytem dla drugo-etapowca było zwalenie konia czy podrapanie się po tyłku.
Na tym etapie problemy ze zdrowiem były już wyraźnie zauważalne, zatwardzenie powodowane leniwymi jelitami od tego ciągłego siedzenia na dupie, problemy z krążeniem od nadmiaru kawy i papierosów. U niektórych cukrzyca od żarcia fast foodów, słodyczy i picia Coca-Coli, no i oczywiście problemy psychiczne: paranoja objawiająca się ciągłym podejrzeniem, że któryś z konkurentów kradnie rundki, zaniża ceny, kombinuje.
Uczucie permanentnego lęku, że biznes niedługo się skończy, bo bezrobotni Irole, Polaczki, Pakistance i inne czarnuchy zaleją rynek taksówkowy, niszcząc wszystko, co przecież tylko jemu się należało. Za lękiem szła wrogość i agresja w stosunku do wszystkich cierpiarzy na terenie, nienawiść tak głęboka, że trudna do opisania. Widok konkurenta jadącego w jakimś nieznanym, zapewne dalekim kierunku powodował tsunami zawiści, które uderzało, pozostawiając po sobie zrujnowany krajobraz wypełniony depresją – wszechświat tracił kolory, smucąc szarością na niebie, chmurami malowało się pytanie: „Dlaczego właśnie ten jebany, pazerny skurwiel musiał dostać taką fajną rundkę, a nie ja?” Rozgoryczenie, żal, smutek.
Cierpiarz przeklinał konkurenta, który wygrał taksówkowe zawody, Boga, który niesprawiedliwie go potraktował i tylko gdzieś tam z tyłu głowy kołatała się cichutka myśl, że może to z nim jest coś nie tak, że życie ograniczyło się do samochodu, postoju, dworca, konkurentów, rundek, portfela i kasy, że gdzieś utracony został kontakt z żoną, rodziną, samym sobą, że już dawno nie ma radości ze spaceru z psem, kinowego seansu, wypadu do lasu, że co by nie robił, będzie już zawsze myślał o tych kursach, które mu gdzieś tam uciekają w czasie, gdy nie trzyma kierownicy w rękach.
Na ostatnim etapie złotówa jest kompletnie wyczerpany, nie ma na nic energii. Oczywiście dalej siedzi w taksówce, tyle że nawet gdy dostanie coś naprawdę dobrego, nie towarzyszy już temu radość. Kompletne wypalenie, zmęczenie tak silne, że nie pozwalające na normalny sen. Cierpiarz śpi trzy, może cztery godziny, po czym zwleka się z wyra, człapie do kuchni, robi kawę, nie czuje już niczego, oprócz przymusu jeżdżenia, jest znudzony, bo ileż można się podniecać tym, że ktoś płaci za to, że się go przewiezie z miejsca na miejsce.
Konkurenci już go nie obchodzą, od tego czasu, w którym żona powiedziała, że kocha innego, a lekarz poinformował o raku jelita grubego nie obchodzi go, czy ktoś jedzie dalej, czy bliżej, powoli zaczyna rozumieć, że popełnił błąd, że pogoń za banknotem doprowadziła go do smutnego, samotnego końca, że zdechnie teraz ku uciesze tych cierpiarzy, którzy byli jeszcze na etapie pierwszym i drugim.
Damian nie chciał takiego losu, dlatego z wielkim niepokojem zauważył u siebie dupowłaźny ton wybrzmiewający w czasie składania podziękowań za napiwek.
Wiedział, że coś musi zrobić ze swoim życiem, coś było w tym wszystkim grubo nie tak, praca, rachunki, picie, egzystencjalny lęk, strach o przyszłość, żal po straconych na złej inwestycji pieniądzach, recesja, terroryzm, globalne ocieplenie, brak głębszego sensu, telefon dzwoni, chcą taksówkę pod studencki Pub. Jedzie, auto dalej śmierdzi, ale już go to nie obchodzi, chce skończyć zmianę i napić się czegoś, bo życie na trzeźwo jest tego dnia zupełnie nie do przyjęcia.
Czwórka studentów podeszła do auta, pokale z piwem, papierosy w rękach, pusty śmiech, głupia radość:
– Hej, jak się masz?! – krzyczeli jeden przez drugiego.
Dlaczego oni musza się tak wydzierać? – pomyślał Damian.
– Przechujowo się mam, proszę koleżanek i kolegów! – odwrzasnął szczerze.
– Ale masz humor zajebisty, ha! – śmiali się, myśląc, że Damian tak fajnie żartuje, ale on nie żartował, zapadał się w psychicznym bagnie. Przepłacony dom sprawiał, że nie cieszyła go praca, bo ile by rundek nie dostał, ile napiwków nie wyjęczał, ile kasy nie wyszarpał, i tak do końca życia już tego nie nadrobi. Czuł fale paniki, musiał się napić.
– Dawaj do McTearsa, puszczaj muzę, dawaj, panie szofer, dawaj! – młodzież wydzierała się jak opętana.
Wcześnie zaczęli, dopiero popołudnie, a już tacy najebani. Damian dodał ostro gazu, pragnąc jak najszybciej dojechać do McTearsa.
Niech wypierdalają ode mnie – myślał gorączkowo.
– Co to za okazja?! – próbował przekrzyczeć radio. Gdy usłyszał odpowiedź, natychmiast pożałował, że zapytał.
– Johny opija zdany egzamin na pilota. Jego siostra, która robi karierę filmową w Anglii, opłaciła mu dodatkowy kurs za czterdzieści tysięcy euro. Dzięki niej Johny od następnego roku będzie zarabiał kupę kasy. Rosin za to, że zdała maturę, w nagrodę dostała od rodziców piękny nowo wybudowany dom pod Dublinem, stojący na pięciohektarowej działce, obydwoje ustawieni są do końca życia! – wrzeszczała koleżanka Johna i Rosin.
Ja pierdolę – myślał Damian – ja to, kurwa, pierdolę.
Zatrzymał taksówkę pod McTearsem i wrzasnął nieszczerze:
– Gratuluję, dobrej zabawy!
Obyście zdechli na raka, szczęśliwe skurwysyny – dodał w duchu.
– Dwanaście euro, ile to jest na głowę? – spytał Johny.
– Trzy euro – odpowiedział Damian, myśląc o ironii losu. Facet miał zarabiać fortunę, a pytał taksówkarza, ile jest dwanaście podzielić na cztery.
– Dzięki, panie szofer, baw się pan dobrze. – Rzucili mu po trzy euro i odeszli w swoją stronę, wykrzykując przepełniającą ich radość.
Boże, jak bardzo ich nienawidził za to, że są młodzi, że maja szansę, że ustawieni na starcie, że bez kredytu, że bez obowiązków.
Miał dosyć – czas na przekazanie pałeczki, niech Maciek zabierze od niego cały ten syf.
Pojechał do wspólnika, zaparkował samochód, zapukał do drzwi i, nie czekając na zaproszenie, wszedł do domu. Zmęczonym głosem zaczął opisywać rzeczywistość.
– Kurwa, co za dzień, muszę się napić.
– Aż tak źle? – zapytał wspólnik tonem pełnym zrozumienia.
– Auto śmierdzi, chociaż robiłem co mogłem, to było naprawdę straszne – w słowach Damiana było tyle zmęczenia, że Maciek dał sobie spokój z wnikaniem w szczegóły.
– Na pewno chcesz pić? – Doskonale wiedział, że nie skończy się na dzisiejszym wieczorze. Jego wspólnik miał problem, który wydawał się tylko pogłębiać.
– Co ja tu robię, na tym padole jebanym? – Damian był totalnie rozwalony. – Daj mi łyka czegoś mocniejszego, proszę.
Maciej przez sekundę walczył ze sobą, wiedząc, że szklaneczka czegoś mocniejszego oznacza początek tygodniowego koszmaru, a tego dla swojego przyjaciela nie chciał. Po chwili poszedł do kuchni, gdzie nalał porządną porcje burbona. Miał świadomość, że w stanie, w jakim znajdował się obecnie jego wspólnik, pogadanki o szkodliwości nadużywania alkoholu nie pomogą.
W głębi serca liczył na to, że któregoś dnia Damian jakoś poradzi sobie ze swoim problemem.
– Masz, na zdrowie.
Maciej patrzył z niepokojem na trzęsącą się rękę przyjaciela, która łapczywie chwyciła szklaneczkę.
– Dzięki, stary. – Damian od razu wlał w siebie całą zawartość, porządna setka czystego Danielsa poleciała do żołądka, rozgrzewając go przyjemnie.
Efekt psychiczny był niemal natychmiastowy – cały egzystencjonalny lęk wyparował w mgnieniu oka, a w jego miejsce pojawił się przyjemny olewator wszystkiego i wszystkich. Damian odetchnął pełną piersią, smród Brunhildy McCanus, który utrzymywał się w ustach i żołądku, przepłukany został przepysznym burbonem przygotowanym przez wspólnika-przyjaciela-towarzysza niedoli.
Życie nabrało barw, stało się do zniesienia, jeszcze jedna taka szklaneczka, a nabierze głębokiego sensu.
– Muszę do klopa – uśmiechnął się szeroko Damian.
Już po chwili oddawał mocz, delektując się wypełniającym go spokojem. Patrzył na swoje oblicze w lustrze, myśląc tylko i wyłącznie o wspaniałym trunku.
– Nalejesz na drugą nogę? – krzyknął przez drzwi, myjąc jednocześnie ręce.
Kiedy skończył, spojrzał jeszcze raz na swoje odbicie i wtedy przez ułamek sekundy zobaczył przyszłość – bardziej wrażenie niż widzenie. Była tam życiowa walka, na końcu której pozostał przegrany, zniszczony, wewnętrznie wypalony człowiek. Człowiek ten nie pamiętał o tym, że życie może pachnieć wolnością, a każdy poranek przynosić nową przygodę. Spojrzał w zimne oczy, w których nie było śladu iskry świadczącej o osobowości, a tylko pustka niepamiętająca niczego, nawet tego, że miało się kiedyś marzenia…

ROZDZIAŁ 2

O’Brian Pub stanowił miejsce, gdzie łatwo było o prawdziwą męską rozrywkę. Na ścianach wisiały olbrzymie telewizory – spragnieni sportowych emocji bywalcy baru do woli mogli pogapić się na spocone męskie ciała biegające za piłką, tarzające się po ringu lub okładające z zapałem po głowach. Z pomieszczenia dochodziły jęki zawodu na zmianę z okrzykami radości. Gdy ktoś zdecydował się wejść do środka, mógł zaobserwować, że radość wyrażana była także poprzez wzajemne obmacywanie się, oklepywanie lub pocieranie rękami. Miejsce to niespecjalnie przypadało Damianowi do gustu, wolałby znaleźć się w towarzystwie kobiet lekkich obyczajów. W lokalu, gdzie co kilka metrów zainstalowane były striptiz-rurki, przy których w obscenicznych pozach wyginały się modelki topless różnej rasy i maści. Niestety, takiej opcji w Galway nie było. Zamiast pięknych kobiecych nóg udekorowanych pończochami, owłosione nogi rugbistów, zamiast wypchanych silikonem cycków, ponapinane klaty bokserów, zamiast opiętych lateksem azjatyckich tyłeczków wypinających się we wszystkich możliwych kierunkach, tutaj można było oglądać pulsujące dupy piłkarzy – po każdej strzelonej bramce w ekstazie rzucali się wszyscy razem na tego, któremu udało się umieścić piłkę w siatce.
– Jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma – mruknął do siebie Damian, wkraczając do pubu. Stado bywalców było już mocno podniecone meczem footballowym w angielskiej lidze. Na ekranie telewizora pojawiła się powtórka z wcześniej rozegranej akcji. Afroamerykanin – tutaj na co dzień nazywany „czarnuchem” – wyginał się w pozach à la Benito Mussolini. Powodem szalonej dumy Afroamerykanina była piękna asysta, dzięki której Manchester United objął prowadzenie nad znienawidzoną Chelsea London. Zgromadzeni w O’Briansie ludzie, w większości Irlandczycy, rozpływali się w pochwałach dla piłkarza. Wszystko wyglądało niby normalnie, zupełnie naturalnie, jak w każdym innym sportowym pubie na świecie, tyle że był to lokal w miasteczku na zachodzie Irlandii, w związku z czym Damian nie mógł zrozumieć przynajmniej dwóch rzeczy.
Po pierwsze, ci sami ludzie, którzy prawie wyjadali gówno z dupy Afroamerykaninowi, przekrzykując się w niekończących pochwałach: jaki on to sprawny, jaki technicznie doskonały, jak to nogą potrafi kopnąć, a piłką zagrać, jaki sprint, jaka główka, jaka atletyczna budowa, a fryzura; otóż ci sami ludzie na co dzień nie mieli dla czarnych za grosz szacunku.
Po drugie, skąd u Irlandczyków taka wielka miłość do angielskiej piłki? Obłuda i fałsz bijące z tej sytuacji działały na Damiana jak czerwona płachta na byka.
– Podwójną whiskey, proszę. – Barman podejrzliwie spojrzał na Damiana, bo ten wyglądał na dobrze wciętego. Złapał jednak butelkę i nalał do szklaneczki. Wiedział, że Polacy potrafią pić whiskey, jakby to była herbata, a do tego wyciągnięta przez Damiana dwudziestka dodatkowo zachęciła go do zrealizowania transakcji.
– Jakaś specjalna okazja? – zapytał, podając Damianowi zamówionego drinka.
– Taa, u Ruskich wybuchła bomba, trzeba to oblać – odpowiedział prowokacyjnie, pociągając sporego łyka. Miał już dobrze w czubie, wypił dwieście gram u zmiennika, potem setkę, którą kupił w sklepie, co by nie iść o suchym ryju, no i teraz dochodziło osiemdziesiąt gram przy barze.
Osiemdziesiąt gram, bo tu, w tym dziwnym kraju, wszystko musieli robić po wyspiarsku, więc zamiast pięćdziesiątki – czterdziestka. To po tych Angolach tak im zostało, zresztą wszystko tutaj było po Angolach: jeździli lewą stroną, rozmawiali po angielsku, większość odmierzała odległość w milach, no i – co było najdziwniejsze – kibicowali angielskim klubom.
Damian od ładnych paru lat nie mógł przestać dziwić się, jak to jest, że większość Irlandczyków wyraża do Angoli czystą nienawiść za lata zniewolenia, za rabowanie ich ziemi, niszczenie rodzimego języka, zabijanie rebeliantów, prześladowanie rodzin zamieszanych w IRA, za psie traktowanie wszystkiego, co Irlandzkie, i w tej nienawiści ci sami Irlandczycy potrafili kochać angielskie kluby, ba, potrafili pobić się, walcząc o szacunek dla Liverpoolu, Arsenalu czy Chelsea Londyn.
– Jak to jest możliwe – pytał ich czasami Damian – przecież to tak, jakbym ja, prawdziwy Polak, kochał jakiś Spartak Moskwa.
Nieraz gorączkował się, tłumacząc takiemu irlandzkiemu fanowi angielskiego klubu, że dla nas, Polaków, dobry Rusek to martwy Rusek i nigdy nie będzie inaczej. Niemożliwym jest, żeby po tylu latach upokorzeń, zdrad, masowych mordów Polak kibicował jakiemukolwiek “kacapowi” i nieważne, czy będzie on grał w bierki, szachy, piłkę nożną czy pokera. Taki Rusek może robić wszystko, nawet grać Beethovena na własnej dupie, prawdziwego Polaka nie jest w stanie tym zachwycić. Mało tego – prawdziwy Polak będzie robił wszystko, żeby Ruskiego wykończyć. Gdyby od nas, Polaków zależało istnienie narodu rosyjskiego, to dawno byłby wypalony napalmem jak te Wietnamczyki za Lyndona B. Johnsona.
Bo Polak wie, że prędzej czy później taki imperialny wąż łeb znowu podniesie i szkodę na około siebie będzie robił, więc jak w tym wszystkim możliwe mogłoby być kibicowanie ich drużynie piłkarskiej, no jak?
– Och, wy, Polacy, to tych Ruskich naprawdę nie lubicie – uśmiechnął się barman, pozytywnym nastawieniem zbywając zaczepkę Damiana, po czym pomaszerował na drugi koniec baru obsłużyć jakiego następnego amatora mocnych trunków. Damian został sam ze swoja nienawiścią trawiącą mu powoli duszę. W głębi serca dobrze wiedział, że nie wszyscy Ruscy, Anglicy czy Niemcy mieli zapędy imperialistyczne, że tak naprawdę na całym świecie, bez względu na narodowość, wyznanie czy kolor skóry, ludzie dzielili się na dobrych i złych. Nie było całych dobrych czy złych narodów, nie wszyscy czarni byli leniwi, nie wszyscy Polacy byli złodziejami samochodów, nie wszyscy Irlandczycy byli pijakami, nie każdy wyznawca Islamu wsiadał do autobusu obwieszony ładunkami wybuchowymi. Alkoholizmowi Damiana towarzyszył jednak pewien stan umysłu, stan który sprawiał, że lubił on nienawidzić, lubił wyżywać się na wyimaginowanym wrogu winnym całego nieszczęścia. Czasami był to Rusek narzucający Polakom komunistyczną niewolę, która zniszczyła Damianowi dzieciństwo. Czasami byli to Żydzi, z których Hitlerowi nie udało się oczyścić świata i teraz oni, manipulując wraz z masonami systemem bankowym, doprowadzili do tego, że kryzys zepsuł mu cały ten kapitalizm, do jakiego tak tęsknił jako dziecko zamknięte za żelazną kurtyną. Czasami byli to Polacy działający mu na nerwy przez sam fakt istnienia. Radość, którą czuł po wypiciu pierwszych porcji alkoholu, dawno prysła. Siedział zły na siebie i cały świat przy okazji. Dobrze wiedział, co go czeka – będzie pił, aż doprowadzi do kompletnego zatrucia organizmu, potem wróci do domu, gdzie będzie bełkotał, tłumacząc się żonie. A to, że musiał odreagować, że te nerwy go do tego wszystkiego doprowadziły, że normalny facet po robocie musi się przecież napić, że życie na trzeźwo jest nie do przyjęcia.
– Jebać Ruskich, Anglików, Polaków, jebać Żydów, czarnuchów, wszystkich jebać zresztą – powiedział do pustej szklanki Damian i już wiedział, że dzisiejsze picie na te całe nerwy dobrze mu nie robi.
Dostawał tego swojego pijackiego wkurwa, najchętniej by komuś przywalił po prostu. Za to, że uśmiech ma na twarzy, że inny jakiś taki jest, że kolorowy, że w innego boga wierzy, że może szczęśliwy, spełniony, że widzi sens tego wszystkiego albo że nie widzi, ale się tym nie przejmuje.
Czuł, że musi wyjść z tego pubu, iść do domu, przespać się. Wstać, walnąć setkę i zorganizować alkohol na następne dwa dni picia, bo oczywistym było, że jak Damian zaczął już pić, to później, czy chciał czy nie, pić musiał.
Minimum trzy dni, podczas których prawdziwy sens życia stanowiło pilnowanie odpowiedniego poziomu alkoholowego rauszu. Jedyne, co było wtedy ważne, to dokładne dozowanie, gdyż za mała ilość wypitego alkoholu mogła doprowadzić do nieprzyjemnego stanu trzeźwienia, nadchodzącego, trzymając się za ręce razem z paniką, depresją i stanami lękowymi. Natomiast za duża ilość zwalała z nóg, zabierając całą przyjemność pijackiej fazy w zapomnienie, z którego przebudzenie nigdy nie było miłym doznaniem. Człowiek nie wiedział, gdzie jest i co się z nim działo, co złego zrobił, bo dobrego w takim stanie to na pewno nic. Czekała go trzydniówka wypełniona seksem, oglądaniem telewizji, przesiadywaniem w ogródku i spacerami z psem. Profesjonalnie kontrolowany pokacowy rauszyk był dla Damiana rajem. Od zawsze lubił strzelić sobie na drugi dzień, lubił, kiedy z piekielnego kaca, posługując się oczywiście czymś mocniejszym, w ciągu zaledwie paru minut można było zrobić błogostan, za którym gonią wszyscy alkoholicy. Metamorfoza pijaka, przejście z piekła do nieba. Wieloletni schemat, pułapka narkomana. Picie – zapomnienie – pobudka – kac – pospieszne odkręcanie butelki wyciągniętej z zamrażarki – strzał i bomba.
I już nic nie było potrzebne do życia, może trochę muzyki, zależnie od nastroju. Łzy szczęścia, kontemplacja tego wspaniałego przekonania, że wszyscy mogą serdecznie ucałować Damianową dupę. Drugi dzień ciągu był zdecydowanie najlepszy. Człowiek miał dużo sił, perspektywa powrotu do rzeczywistości wydawała się odległa, Damian niczym się nie martwił, mógł cieszyć się życiem. Lubił przy otwieraniu kolejnego browca stanąć przed lodówką jak przed ołtarzem i dłużej zawiesić oko na półkach pełnych alkoholu. Widząc całą tę zmrożoną baterię, czuł się szczęśliwy i bezpieczny.
Czasami zastanawiał się, dlaczego tak pije, czy to uzależnienie organizmu sprawiało, że cyklicznie musiał odbywać zaklęty taniec w kółku chlanie – kac – depresja, czy też może brak prawdziwego sensu życia albo frustracja spowodowana marną egzystencją przysłowiowego trybiku w maszynie?
Pewnie wszystko to po części sprawiało, że coraz częściej sięgał po kieliszek. Sięgał, żeby wejść w stan, w którym nie było wspominania przeszłości, planowania przyszłości, tylko teraźniejszość – tu i teraz nieograniczone żadnymi problemami, lękami czy zmartwieniami – nie było rachunków, rat za dom czy podatków, nie było ambicji bycia kimś, nie było kariery, pogoni za stanowiskiem, była ta jedna chwila, gdy istniało tak naprawdę jedno pragnienie: żeby nigdy nie przeminęła.
– Na Ocean Park – wybełkotał, wsiadając do taksówki ustawionej pod O’Briansem. Było mu przykro, że znowu zobaczy smutek w oczach swojej ukochanej, że będzie musiał nieudolnie kłamać o wypitych tylko kilku piwkach, było mu przykro z powodu własnej słabości, która, odzierając go z godności, wpychała do piekła przegranych, bezwolnych ludzi.
– Mam przesrane – wymruczał do taksówkarza, który miał to oczywiście głęboko w czterech literach. Z autopsji wiedział, że taryfiarza interesowały wyłącznie dwie rzeczy: czy Damian porzyga mu się w czasie jazdy oraz czy jest wypłacalny. Facet dziesiątki razy dziennie słuchał o ludzkich sprawach, problemach, radościach i smutkach, aż uodpornił się na nie zupełnie.
Nie postrzegał już klientów jako żywych ludzi. W momencie, kiedy wyznaczyli trasę przejazdu, stawali się tylko cyfrą na liczniku. Cyfra mogła się zmienić nieco w stosunku do tej kalkulowanej, ale to wszystko, czym była przesrana sytuacja Damiana dla kierowcy taksówki, miał dla niego wartość sześciu euro i czterdziestu pięciu centów.
– Reszty nie trzeba. – Grzecznie wręczył kierowcy dziesięcioeurowy banknot, wysapując podziękowanie za wykonaną pracę.
– Piłeś – jego ukochana małżonka smutnym tonem stwierdziła oczywisty fakt. Damian nawet nie próbował zaprzeczać, debilny wyraz twarzy, kończyny odmawiające posłuszeństwa i smród trawionego alkoholu stanowiły wystarczające dowody.
– Przepraszam. – Czuł się podle. Może dlatego, że jego serduszko się nie awanturowało. Może dlatego, że kolejny raz przyszedł z pracy do domu i, zamiast spędzić miło czas ze swoją żoną, będzie kontemplował samotność alkoholika, zapijając żal nad sobą i wlewając w siebie kolejne porcje narkotyku. Może dlatego, że w jakiś sposób był świadomy marnowanego życia, które spływało rzeką wódki bez sensu, bez woli, bez Boga.
– Idź zjedz obiad, lepiej się poczujesz. – Patrzyła na niego smutnymi oczami.
– Taaa, lepiej się poczuję, jak na sznurku zadyndam chyba…
– Oj, nie gadaj głupot, koteńku. Masz coś na rano? Jego kochanie wiedziało, jak będzie się czuł na drugi dzień, że bez klina nie ma szans na normalne funkcjonowanie. Musiała go bardzo kochać, skoro po tych wszystkich latach miała cierpliwość, żeby to znosić.
– Mam, małpkę małą, jutro trzeba będzie do sklepu podjechać po towar jakiś. Przepraszam, ale miałem taki straszny dzień i ten smród w tym cholernym samochodzie… Tłumaczył się jak tłumaczy się małe dziecko. Był na tyle świadomy, że wiedział, jak to wyglądało, każdy powód był dobry, folgował sobie, był alkoholikiem i tyle. Czas najwyższy spojrzeć prawdzie w oczy.
– Kupimy więcej, to napije się z tobą, inaczej nie dam rady – oznajmiła mu żona stanowczo. I to przerażało go najbardziej, jego życiowa miłość piła coraz częściej i więcej tylko po to, żeby móc znieść alkoholizm męża.
Z każdym następnym kieliszkiem zwiększała się szansa, że obydwoje skończą na dnie. Wiedział, że jeżeli do tego dopuści, to nigdy sobie tego nie daruje. Wiedział, że jeżeli zniszczy życie im obojgu, to jedynym wyjściem będzie powiesić się na drzewie, głośno przy tym lamentując.
– Kochanie, muszę przestać pić, bo będzie niedobrze – prawie płakał.
– Kiedyś ci się uda, ale na razie bawmy się, skoro już mamy pić.
Podziwiał ją całym sobą. Inna kobieta narzekałaby, przeklinając na czym świat stoi, że znowu pije, że do pracy nie pójdzie, że pieniądze przechlewa, że kaca będzie miał i skomlenia trzeba będzie słuchać. Tymczasem jego ukochane serduszko wolało napić się, żeby być z nim na dobre i na złe, tak jak to sobie przysięgali lata temu. Dlatego właśnie nie mógł jej zawieść. Była warta tego, żeby zostawić wszystko, żeby zmienić siebie, żeby ulepszyć świat. Tylko od nich samych zależało w jaki sposób spędzą darowane im życie. Miał nieźle w czubie, mimo to gdzieś tam w głębi serca kołatało mu, że wielkimi krokami nadchodzi dzień, w którym będzie musiał stawić czoła wszystkim swoim lękom. Będzie musiał to zrobić dla siebie i dla niej, walczyć o to, aby mogli po spędzonym razem życiu uznać, że było ono udane i szczęśliwe.
– Chodź, obejrzymy coś razem w łóziu, jutro wstaniemy i damy razem czadu – powiedziała ciepło. Poszli do sypialni, gdzie Damian prawie natychmiast zasnął, jego żona jeszcze długo oglądała telewizję, myśląc o ich życiu. Nie miała wątpliwości co do wyborów, których dokonała, martwiła się tylko o swojego męża, wyrażała życzenie z głębi serca, żeby doszedł ze sobą do ładu. Wierzyła głęboko, że jest on dobrym, pozytywnym człowiekiem, który może im dać szczęśliwe i pełne głębokich wartości życie. Obudził się zlany potem, alkohol po części wyparował, pozostawiając ogromnego kaca. Miał wzwód, którego musiał się jakoś pozbyć.
Jego ukochana spała na boku, sięgnął ręką – nie miała majtek. Była taka piękna. Kochał jej czarne włosy, cudowne piersi, długie nogi, pełne usta. Jej indiańskie, pełne egzotycznego seksu rysy doprowadzały go do obłędu.
Często, kiedy się kochali, obserwował jej twarz jak z okładki modowego pisma. Przyjemny stan przerwany został przez narastającego kaca, który upomniał się o swoje. Musiał zejść na dół, do kuchni. Tam walnie sobie szklaneczkę, później wróci do sypialni, gdzie – przyjemnie odurzony – doczeka poranka.
– Co ty robisz? – Jego małżonka obudziła się nagle. – Świntuchu, co mi zrobiłeś? Jestem cała napalona! – Usiadła na łóżku całkowicie rozbudzona.
– Czekaj, kochanie, zaraz wracam. – Damian wstał i poszedł pod prysznic.
Kiedy wrócił do sypialni, jego miłość leżała z szeroko rozłożonymi nogami, różowe wargi zapraszały do pocałunku. Uwielbiał brać ją po francusku, miała cipę, która doprowadzała go do obłędu. Dyszeli coraz szybciej. Znowu był twardy jak skała, więc wszedł w nią, sprawiając, że krzyknęła z rozkoszy. Wykonał parę ruchów, po czym znowu zatopił usta w rozgrzanej cipce.
– Zerżnij mnie, kochanie! – krzyknęła, obracając się szybko.
Była naprawdę głodna kutasa, wypięła się na czworakach, oczekując, że teraz mąż zrobi jej naprawdę dobrze.
– Jesteś niegrzeczna, suko. – Złapał ją za włosy, wsadzając jednocześnie od tyłu. Parę konkretnych ruchów biodrami i prawie doleciała.
Damian na chwilę zwolnił, żeby znowu przyspieszyć – wypięta dupa doprowadzała go do szaleństwa. Obmacywał jej cycki, okładał ręką pośladki, rżnęli się cudownie, aż doleciała, jęcząc. Później leżeli, rozkoszując się cudowną chemią, mieszaniną szczęścia, rozkoszy i miłości, która jak najlepszy narkotyk rozchodziła im się po krwioobiegu.
Stanowili jedną istotę – niczego nie potrzebowali, byli uzupełniającym się superstworzeniem złożonym z kochających się kobiety i mężczyzny.
Czuli, że gdyby umarli w tym magicznym momencie, po śmierci podróżowaliby po nieznanej krainie zaświatów jako jeden zjednoczony przez miłość superbyt. Po chwili żona Damiana spała w najlepsze, on leżał, wpatrując się w sufit. Niepokój o ich przyszłość, frustracja związana z kolejną przegraną bitwą z nałogiem oraz pierwsze objawy odstawienia powodowały, że nie mógł zasnąć. Ratunek leżał w lodówkowych drzwiach. Damian zebrał się, zszedł do kuchni. Tam walnął klina, który zabrał go ze sobą do oazy spokoju. Powrót do łóżka, wyciszenie, wreszcie sen.
Sen z czasów dzieciństwa. Miał wtedy może z siedem lat. Do jego dorosłej siostry przychodziła koleżanka o ciemnej, południowej karnacji.
Zawsze pięknie ubrana, z bluzką opiętą na sterczących cyckach, spódnicą, a pod nią pończochy i szpile. Pozwalała mu tak niby dla zabawy siedzieć pod stołem pomiędzy swoimi nogami. Siostra myślała, że to taka dziecinna zachcianka. Miała z nim spokój, więc pozwalała mu robić, co chciał, byleby dalej siedział cicho. Jej koleżanka natomiast dobrze wiedziała, co jest grane. Mały Damian siedział tam na dole, podniecony do granic możliwości. Jeszcze wtedy nie wiedział, co to seks, uwielbiał tę „zabawę”, bo po prostu czuł się między jej nogami cudownie. Właził pod spódnicę i siedząc tam podekscytowany, delikatnie dotykał odziane w czarne pończochy nogi. Starał się to robić tak, żeby siostra nie zorientowała się, co się dzieje pod stołem. Jej koleżanka musiała lubić to, co jej tam pod spódnicą robił, bo napinała się czasami, ściskając go udami namiętnie. Gdy siostra na moment gdzieś wychodziła, pozwalali sobie na więcej. Supersuka podsuwała krocze Damianowi pod nos, dociskając ręką jego rękę do tego magicznego, bijącego gorącem miejsca znajdującego się pomiędzy jej pięknymi nogami. Odlatywał, był tak tym wszystkim podniecony, że prawie tracił przytomność. Któregoś dnia koleżanka siostry wyjechała do Australii. Damian bardzo za nią tęsknił, często przypominał sobie, jak siedział tam pod stołem miedzy jej nogami. Dostawał od tego wyobrażania erotycznej gorączki. Kiedy wróciła, miał już ze dwanaście lat. Przyszła jak zawsze ubrana w swoim stylu w długą spódnicę, szpile i pończochy na pasie.
Gdy Damian, śmiejąc się, udając zabawę, zapytał, czy może jak za dawnych lat, ta zgodziła się, obracając jak zwykle całą sytuację w żart.
Siostra popatrzyła wtedy na nich dziwnie, bo wydawało jej się to wszystko jakieś takie niestosowne w końcu nie był już taki mały, ale ostatecznie machnęła ręką i Damian, podniecony jak młody pies, wlazł pod stół.
Tam zastał prawdziwy raj – zboczona suka nie miała majtek, po prostu nie mógł w to uwierzyć. Był przestraszony i podniecony jednocześnie, zaczął jak zwykle od dotykania okrytych pończochami nóg, wpatrując się jednocześnie w ogoloną cipę, która z podniecenia stawała się coraz bardziej szklista od płynących z niej soków. Nie mógł się oprzeć i w końcu dotknął pulsującej pragnieniem szparki. Poczuł rozkoszną, gorącą wilgoć, jednocześnie po całym jego ciele przebiegły dreszcze. Nabrzmiały członek uwieziony w majtkach pulsował niewiarygodnie. Siedział cichutko, nie wiedząc, co robić. Chciał jęczeć z rozkoszy, ale bał się, że jego siostra to usłyszy i będzie po zabawie. Kiedy jednak ta tylko wyszła zrobić herbatę, napalona suka jednym ruchem przyciągnęła mu twarz do cipy, zaczął lizać i całować, choć nie wiedział za bardzo jak i gdzie. Nimfa szybko pokazała mu palcem:
– Tu ssij, ten guziczek ssij, o taaak, wsadź palce w dziurę i ssij, ty mały zboczeńcu – rozkazywała, dysząc z podniecenia.
Uwielbiał ją, czuł się jak w raju. Siostra nie wracała, bo okazało się, że przyszedł jakiś facet z którym musiała wyjść pozałatwiać jakieś sprawy. Krzyknęła tylko przez drzwi, że wróci za dwadzieścia minut.
– Wsadź tam rękę, no wsadź. – Sięgnęła i pomogła mu wcisnąć dłoń do pochwy. Wlazła cała po kilku próbach i koleżanka siostry zaczęła krzyczeć z rozkoszy. Naprawdę lubiła deprawować młodych chłopców, może sama była tak właśnie kiedyś deprawowana. Jak było – Damian nie wiedział. Wiedział za to, że jest w siódmym niebie, wsuwał rękę i wysuwał w spodniach czuł niesamowite napięcie. W ustach czuł słodki smak jej wnętrza. Obydwoje jęczeli, nagle zboczona suka wyprężyła się, krzyknęła głośno i opadła bez sił. Po chwili jednak otworzyła oczy i zapytała:
– Chcesz być mężczyzną?
Oczywiście, że chciał, mogła z nim robić, co chciała. Ta ściągnęła mu spodnie, był tak napięty, że nawet nie czuł wstydu.
– Dawaj go, szybko – pociągnęła go za wzwiedzionego małego peniska, który pulsował mu niesamowitym napięciem i rozkoszą.
Naprowadziła go na swoją rozpaloną dziurę, dostosowała wysokość bioder do wzrostu Damiana i pociągnęła do siebie. Wszedł w nią jak w masło, była o wiele za duża dla niego. Mimo to, gdy tylko poczuł tę gorącą, rozpaloną podnieceniem mokrą jamkę od razu eksplodował, po prostu wsadził i doleciał. Było to najlepsze, czego doznał do tej pory w swoim krótkim życiu. Wiedział, że seks stanie się jego hobby, było mu tak dobrze, że pragnął w niej pozostać na zawsze.
– Jejku, szybki jesteś, mały. – Odsunęła go, pochyliła się i wzięła kutaska do buzi. Poczuł podniecenie prawie natychmiast.
– Chodź, dam ci jeszcze raz, bo nawet sobie nie poruchałeś – mówiła, ssąc peniska. Kiedy stwardniał na nowo, usiadła na krześle, wypięła mocniej pośladki i powiedziała:
– Teraz w dupę, będzie ciaśniej, w sam raz na twój rozmiar.
Damian był w szoku, nie wiedział, że tak można. Suka naśliniła palec i wsadziła sobie w odbyt, poruszała chwilę, po czym wsadziła mu go do ust.
– Zobacz, jaka słodka, pokochasz ją, zboczeńcu, w dupę jest fajnie, nawet bardzo fajnie. No chodź, poruchasz sobie teraz. Rozłożyła szeroko nogi, rozszerzyła odbyt i czekała aż jej wsadzi. Damian chwilę się przymierzał, po czym wszedł. Było ciasno, bardzo przyjemnie.
– No, ruszaj się teraz, mały, ruchaj tę dupę ostro, ty mały kutasku.
Damian ruchał, ruchał jak robot, kompletnie nad sobą nie panując. Czuł, jak rozkosz obejmuje go całego. Patrzył na jej nogi ubrane w czarne pończochy i wyprężone stopy, na których pięknie prezentowały się seksowne szpile.
Ruchał i krzyczał, dolatując. Kiedy tylko zboczona suka-koleżanka siostry-miłośniczka małych chłopców zobaczyła, że Damian szczytuje, szybkim ruchem przyciągnęła go do siebie i wsadziła mu swój gorący język w jego usta oraz małego naślinionego wcześniej palca do niczego nie spodziewającego się Damianowego tyłka. Uczucie, jakiego wtedy doznał, zostało w nim na zawsze, szarpnęła nim rozkosz tak wielka, że na moment stracił przytomność. Kiedy doszedł do siebie, zobaczył, jak koleżanka siostry onanizuje się wprawnie obydwoma rękami, jedną pieszcząc napaloną pochwę, a drugą ciągle jeszcze głodną dupę.
– Daj mi język – jęczała podniecona, chciała skończyć, liżąc się z tym małym, niegrzecznym chłopcem.
Była zła, niemoralna, zboczona, ale Damian zapamiętał ją jako źródło swoich najlepszych przeżyć najmłodszych lat. Nigdy tego wszystkiego, co się wtedy stało, nie żałował. Dzięki niej odkrył, jak smakuje seks, który stał się planem na życie. Od tamtej pory dla Damiana najważniejsze było dobrze się zabawić, ostro spuścić, spróbować wszystkiego, czego się da, byleby tylko poczuć ten perwersyjny dreszcz rozkoszy. Był opętany, nie obchodziło do nic, oprócz seksu i okultyzmu. Zainteresowanie magią również jej zawdzięczał. Pończochowa suka, kiedy przychodziła do siostry Damiana, często stawiała tarota, opowiadała o duchowym świecie, magicznym postrzeganiu rzeczywistości, wpływaniem na świat i ludzi telepatią. Przynosiła książki zawierające satanistyczne zaklęcia, które często recytowała w celu uzyskania jakiegoś efektu. Nad swoją wiecznie głodną cipką wytatuowaną miała głowę jakiegoś demona. Na tyłku i plecach wił się wąż z głową kozła. Damian zobaczył pewnego razu ten tatuaż, kiedy podglądał siostrę i jej koleżankę, przymierzające stroje. Wąż-kozioł patrzył na niego kpiącym, pozbawionym jakiegokolwiek szacunku wzrokiem.
Damian pomyślał wtedy, że chciałby kiedyś tak spojrzeć na świat. Życzenie to musiało być poparte szczera chęcią, bo dzięki wysiłkowi woli zasiane wtedy ziarno zakiełkowało i w końcu wyrosło. Damian-czarownik traktował kobiety bardzo przedmiotowo. Myślał o nich jak o instrumentach służących do powodowania u siebie stanów rozkoszy, które przenosiły mu percepcję w ukazane tedy przez zboczoną wiedźmę miejsce. Gonił za tym wspaniałym stanem bez wytchnienia Jako nastolatek potrafił wchodzić za atrakcyjnymi kobietami do bram w mieszkalnych blokach i gdy nie było w pobliżu świadków, prosił o buziaka lub wkładał im od tyłu rękę pod spódnicę. Większość przeganiała go, krzycząc za nim z oburzenia. Czasem jednak trafiał na „swego”. Pamiętał, jak któregoś razu wlazł za babką do windy i gdy ta ruszyła, Damian nieśmiało zapytał:
– Dasz mi buzi? Baba wcisnęła mu wtedy język do ust i lizali się przez chwilę. Był tak zaskoczony i napalony jednocześnie, że gdy kobieta złapała go za krocze, po prostu skończył w spodnie i zamarł. Ta uśmiechnęła się, pogroziła mu palcem i wysiadła z windy. Stał jak słup soli. Kiedy się ruszył, było już za późno – suka zniknęła. Polował tam jeszcze wiele razy, ale nigdy już na nią nie trafił, pamiętał jednak tamten okres jako ten, który bezpowrotnie odsunął go od „normalnej ludzkiej formy”. Bezspornie odpowiedzialna była za to przyjaciółka siostry która swoją postawą przeciągnęła małego Damiana na „ciemną stronę mocy”.
Na śniadanie Damian wypił tylko parę szklanek wody, o jedzeniu nie mogło być mowy. Czekał cierpliwie, aż jego małżonka skończy posiłek, potem czekała go już tylko droga do sklepu, a tam półki pełne skarbów – skarbów zamkniętych w szklanych butelkach z kolorowymi, pięknie zaprojektowanymi nalepkami. Raj alkoholika, Eden przestraszonego pijaczka, wybór, zakup, medykament przynoszący wybawienie z piekła lęku i choroby psychicznej, klucz powrotu do normalności i chęci życia.
– To powinno nam wystarczyć. – Damian głodnym wzrokiem patrzył na sklepowy wózek wypełniony po brzegi, piwem, colą i mrożonym żarciem, które pozwalało zaoszczędzić czas.
Objawy odstawienia właśnie zaczynały wyżerać mu mózg, były tym, czego Damian nienawidził najbardziej w swoim zmarnowanym życiu.
Fale paniki przelewały się przez niego, rujnując mu psychikę, na czoło występował zimny pot, dopadały go stany depresyjne. Już nie myślał, że chce kiedyś skończyć z piciem, myślał tylko o tym, żeby wyjść ze sklepu, otworzyć butelkę i pociągnąć łyka, który sprawiłby, że wszystko złe przepadnie chociaż na jakiś czas.
– Źle się czujesz? – retorycznie zapytała go małżonka.
Dobrze wiedziała, co się z nim dzieje, wiedziała, że dostaje szału w tej kolejce – wydawała się stać w miejscu. Kasjerka, nie śpiesząc się, celebrowała każdy ruch, przedłużając w nieskończoność męczarnię Damina. Powodem jej opieszałości była tradycyjna w Irlandii wymiana uprzejmości z klientką.
– Ależ dzisiaj leje – oczywista oczywistość wypowiedziana durnym tonem.
– Tak, ma padać aż do wieczora – genialna, pełna błyskotliwości odpowiedź, za nią kolejny artykuł leniwie skanowany na kasie.
– Jutro też ma lać. – Kolejne zdanie sprawiło, że Damian zaczął się zastanawiać nad tym, po co niektórym dano zdolność mowy.
– Może tak padać do końca tygodnia nawet.
Można było oszaleć. Damian czuł, że musi czymś zająć umysł, bo zwariuje na tym kacu w tej cholernej kolejce.
Chciał otworzyć swoją krówkę i napić się tak po prostu przy wszystkich, byleby te nerwy przeszły. Wiedział jednak, że takiego numeru, to by mu jego ukochana nie darowała. To było jednak małe miasteczko, gdzie każde wydarzenie odbijało się szerokim echem. Po czymś takim plotka, która rosłaby w ustach przekazujących ją sobie ludzi, na końcu swego łańcucha mówiłaby, że Damian nie tylko napił się wódki z gwinta w sklepie, ale jeszcze za nią nie zapłacił, a żeby tego było mało – puścił pawia na kasjerkę.
Nie miał wyjścia, musiał cierpliwie czekać. Na szczęście w sąsiedniej kolejce zobaczył nastolatkę przebraną w szkolny mundurek. Tutejsze szkoły zezwalały na makijaż, więc małolata wyglądała jak nieletnia prostytutka przebrana w szkolny uniform. Mała zdzira przebrana w szkolne ubranko stała, nie wiedząc, że niektórzy źli faceci mają bardzo dzikie myśli, widząc jej umalowaną dziewczęcą buźkę. Tym razem ci się udało, suczko, ale następnym razem cię dopadnę – powiedział demon, który siedział w głowie Damiana. Może to właśnie on był powodem, dla którego pił, może to on sprawiał, że życie wyglądało tak, a nie inaczej.
– Pewnego dnia cię pokonam – oznajmił kpiącemu z niego demonowi.
Małżonka popatrzyła na Damiana dziwnie, ale dała sobie spokój z dociekaniem, kogo ten ma zamiar pokonać. Wyznawała filozofię, że wszystko jest po coś i ma swój czas, oraz miejsce. Wierzyła więc głęboko, że któregoś dnia jakoś się to wszystko ułoży. Zajęła się prowadzeniem auta, wybierając jak najszybszą drogę do domu, myślała o tym, co ubierze na siebie, gdy już tam dotrą. Dobrze wiedziała, że Damian będzie ją brał na wszystkie możliwe sposoby. Poczuła, jak wilgotnieje, dodała więc gazu, żeby dojechać na miejsce jak najszybciej. Chciała wejść do przedpokoju, zamknąć drzwi, ściągnąć majtki, odwrócić się tyłem i szybkim numerkiem na stojąco rozpocząć dwudniową imprezę.
Z tego dnia Damian pamiętał, że słuchali transowego housu, pili i kochali się na różne dziwne sposoby. Jego żona wychodziła czasami na ogród zapalić fajkę, a on wtedy wracał myślami do dziewczynki w szkolnym mundurku. Czas mijał na folgowaniu sobie w pijaństwie i rozpuście. Potem zmęczeni poszli spać. Kiedy wstali, nastał dzień trzeci, dzień hamowania, który nie był już tak przyjemny jak ten drugi.
– Co tam tyle robisz?! – krzyczała do Damiana małżonka.
Siedział zamknięty w kiblu od ponad pół godziny, słuchał odkręconej w kranie wody, która koiła jego roztrzęsione nerwy. Dzień trzeci zaczął się puszczonym pawiem. Rzyganie żółcią stanowiło standard, po dwóch dobach wlewania w siebie alkoholu pod różną postacią, wątroba odmawiała posłuszeństwa, zatrucie organizmu osiągnęło taki poziom, że niemożliwym było wyjście z domu, ba! – wyjście z toalety.
– Zaraz przyjdę – odpowiedział, myśląc o browarze, który został po wczorajszej libacji. – Idę po piwko, przynieść ci? – zapytał, bojąc się własnego głosu.
– Ja już dzisiaj nie piję i tobie też radzę, żebyś przyhamował, bo jutro będzie koszmar. Żona Damiana wiedziała, że jeżeli jej mąż przekroczy limit, będzie naprawdę niedobrze. Z trzydniówki zrobi czterodniówkę, albo i pięcio, a może nawet cały tydzień, a wtedy strącą dochody za weekend na taksówce, podmiot ich utrzymania. Do tego nie mogła dopuścić, postanowiła, że będzie pilnować Damiana cały dzień, żeby ten jakoś go przeżył o sześciu, góra siedmiu piwkach. Tylko w ten sposób mógł wyhamować alkoholowy ciąg, po którym przez jakiś czas będzie spokój. Aż do następnej Brunhildy McCanus, która to, krzyżując swój los z losem Damiana, sprowokuje go znowu do picia.
– Dzisiaj tylko piwko, obiecuję. – Zszedł na dół, odpieczętował browara, po czym usiadł przy komputerze i włączył sobie pornosa. Na ekranie monitora seksowna Azjatka za wszelką cenę próbowała sobie wcisnąć olbrzymie dildo do swojej malutkiej kuciapki. Kutas był tak ogromny, że w pierwszej chwili Damian nie mógł uwierzyć, że taki rozmiar można było sobie gdziekolwiek włożyć. Jednak Azjatka była naprawdę zdolna i zdeterminowana.
– Baby są bardziej zboczone od facetów, powiedział do siebie Damian, pogrążając się w zadumie. W końcu dotarło do niego, że rozpoczął się dzień trzeci, dzień oczekiwania na najgorsze. Jutro musiał wytrzeźwieć, powrócić do normalności – wiedział, że to będzie bardzo bolesny powrót, przechodził przecież przez to setki razy…
– Kiedyś nie wytrzymam i się powieszę, nie dam rady, muszę z tym skończyć – mówił do siebie bardzo słabym głosem. Równia pochyła – zjeżdżał, ciągnąc za sobą swoją ukochaną. Musiał przestać albo się zabić dla jej dobra, żeby uratować jej życie. Tyle że jeżeli się zabije, to ona już zawsze będzie się obwiniać, tęsknić, bo go kocha przecież, więc i tak szczęśliwa już nigdy się nie stanie. To tak naprawdę oznaczało tylko jedno – musiał przestać pić na zawsze. Dla niej, dla Matki, dla Boga i przede wszystkim dla siebie, musiał uratować swój świat, który kreowany przez bezwolnego alkoholika, mógł przybrać tylko szare barwy, barwy świadczące o braku charakteru, osobowości, słabości ducha i małości jego mieszkańca. Damian musiał odpowiedzieć sobie na pytanie, kim jest oraz dokąd zmierza. A także, czy pragnie dla swojej ukochanej szczęścia czy zgryzoty. Wchodząc na górę, po schodach myślał o śmierci. Przecież żył po to, żeby umrzeć. Tak już jest, nawet jeżeli czegoś dokonam i tak umrę, a z czasem wszyscy zapomną, bo przecież wszystko się kiedyś kończy, nawet Ziemia kiedyś spłonie, zalana gorącą falą płynącą z umierającego Słońca, a skoro tak, to po co się wysilać? Czy nie lepiej przepić życie, nie martwiąc się? Czy nie lepiej żyć na luzie, bez tej codziennej walki o przetrwanie?
Może i lepiej – dyskutował w głowie sam ze sobą. – Ale co, jeśli życie to próba, co jeśli od tego, jak umrę, zależeć będzie, gdzie się obudzę? Może to wszystko ma jakiś cel, schowany gdzieś na energetycznym poziomie egzystencji? Co wtedy? Czy chcę umrzeć jako złoczyńca, który skrzywdził wszystkich wokół siebie? Czy chcę umrzeć jako oszust, kłamca, wiarołomca, jako śmieć, który nie potrafił wygrać z nałogiem? Może jako gwałciciel lub seryjny morderca, który do ekstremum doprowadził folgowanie sobie w chuci? Co będzie, kiedy obudzę się gdzieś tam, na innym duchowym poziomie i okaże się, że przegrałem próbę, której zostałem poddany? Damian wchodził po schodach i zastanawiał się nad prześladującymi go pytaniami. Czytał gdzieś kiedyś, że tak zwane „wyższe Ja” mówi czasami do człowieka przez jego własne myśli. Może tak właśnie było i przemawiał do niego „Damian Źródło”:
– Opamiętaj się, nim będzie za późno…
Dotarł w końcu do swojej małżonki. Bawiła się pilotem, szukając w telewizji programu, który mogliby razem obejrzeć. Wiedziała, że na kaca Damian lubi zobaczyć coś o morderstwach, gwałtach lub drugiej wojnie światowej. Uważała to za dziwne, sama nie przepadała za tego typu „rozrywką”, ale jego to z jakiegoś powodu wyciszało.
– Mam „Generałów Hitlera”, chcesz?
Oczywiście, że chciał. Myśli o „wyższym Ja” prysły, jakby nigdy ich nie było i już cieszył się na dokument o nazistach. Od dziecka uwielbiał temat Hitlera – był dla niego niezrównanym przykładem, jak inteligentny, obdarzony nadludzkimi zdolnościami człowiek może zapanować nad „głupią małpią masą”. Damian lubił studiować historię człowieka, który niedoceniony przez tak zwanych „wykształciuchów”, potrafił tak bezprecedensowo zamieszać na świecie. Hitler imponował Damianowi stanowczością, decyzyjnością, hipnotyczną magią swojej osobowości oraz, co było najważniejsze, totalnym brakiem szacunku i poważania dla ustalonych norm. Stanowił dla Damiana uosobienie oryginalności, otwartości umysłu oraz braku tolerancji dla bezmyślności ludzi, którymi zawładnął jak nikt inny wcześniej. Lubił myśleć o Führerze jako o wysłanniku z innego wymiaru, który swoim losem powinien zwrócić uwagę świata na zło, jakiego dopuszczała się cywilizacja. Damian kojarzył Hitlera z Biczem Bożym, karą i przestrogą dla tych, dla których wartości Starego Testamentu przepadły w chciwości, zawiści, pazerności i egoizmie.
Świat napędzała gonitwa za pieniądzem, biblijnym złotym cielcem, a nowe bożki zajmowały miejsce tego, który według świętych ksiąg miał stwarzać wszechświat. W takim oto religijnym kontekście można było podziwiać Adolfa Hitlera bez zbędnych wyrzutów sumienia. Można było się skupić na cechach, które sprawiły, że osiągnął tak wiele na polu sztuki manipulowania masą. Wyznając nienawiść absolutną, wyzwolił w otaczających go ludziach najgorsze instynkty. Sprawił, że szewcy, sprzedawcy, kierowcy, lekarze czy politycy przemienili się w bestie mordujące swoich bliźnich tak, jakby do tego właśnie byli przeznaczeni. Hitler był dla Damiana dowodem na to, że wola jednego zdeterminowanego człowieka posiadającego „magiczny talent” jest w stanie poruszyć, a następnie przesunąć świadomość innych ludzi w zamierzone przez siebie miejsce. Był dowodem na to, że wystarczy niezłomna intencja, żeby dokonać każdej, nawet najbardziej niewiarygodnej rzeczy. Dlatego na wieść o tym, że jego małżonka znalazła program o tamtym okresie, ucieszył się z całego serca. Fenomen Hitlera nigdy nie zaginął w mrokach historii, tak jak to się stało z innymi „wielkimi przywódcami”. W zasadzie nie było dnia, żeby jakiś telewizyjny kanał nie pokazywał wodza Trzeciej Rzeszy, niewątpliwie ten człowiek stanowił ikonę dwudziestego wieku. Damian często zastanawiał się, czemu Hitler zawdzięczał swoją medialność. Odpowiedź mogła tkwić właśnie w tym wielkim znaku zapytania – fakcie, że ludzkość tak naprawdę nigdy nie pojęła, kim lub czym był, oraz w jaki sposób zabrał do swojego wszechświata śmierci miliony Niemców, tworząc największy w historii manifest bezlitosnego zła. Programy dokumentalne przedstawiały historię, ale nie próbowały zinterpretować jej w jakiś inny sposób, niż tylko zwalając wszystko na psychopatyczną osobowość Hitlera, która w wyniku cudownych „zbiegów okoliczności” zdobyła władzę w ówczesnych Niemczech. Myślał o obłudzie ludzi analizujących te wydarzenia, chrześcijanach mówiących o złu, Bogu, zbrodniach przeciwko ludzkości. Tyle że jeżeli jest się wierzącym w Boga człowiekiem, to powinno się zauważyć fakt, że w Boskim wszechświecie wszystko jest Jego dziełem, więc Hitler także. Taka interpretacja zmusza jednak do rachunku sumienia – a tego ludzie nie lubią – do uznania swojej winy, do dopuszczenia możliwości, że dla Boga nasza cywilizacja zasługiwała na Adolfa Hitlera.
Dla prawdziwego chrześcijanina znakiem powinien być fakt, że najpierw na Ziemię przyszedł Jezus, który mówił o miłości bliźniego, przeciwstawieniu się chciwości, pokonaniu pychy i poświeceniu samego siebie dla innych. Umarł, trzymając się swoich ideałów. W odpowiedzi nastała inkwizycja, wojny religijne, prześladowanie Indian i postęp cywilizacyjny prowadzący do zagłady środowisko naturalne. Patrząc z mistycznego punktu widzenia, naturalną koleją rzeczy wydawał się właśnie Hitler. Skoro Jezus swą postawą niczego ludzkości nie nauczył, przyszedł kolejny „znak”. W swojej niezwykłości nie mógł przemknąć niezauważony. Niestety, ludzkość w dalszym ciągu – w większości określająca się jako wierząca – nie chce spojrzeć na Hitlera z alternatywnego punktu widzenia, a to skutkuje odrzuceniem kolejnej lekcji. Świat toczy się dalej według szalonej zasady utrzymywania dodatniego wyniku wzrostu gospodarczego bez względu na koszta. Dzieci umierają z głodu, wojny zabijają miliony, piłkarze kopiący kawałek gumy zarabiają krocie, a ludzie, którzy próbują walczyć o przyszłość, dostają grosze, za które ciężko jest im zainicjować „cywilizacyjny krok”. Oglądając dokumenty o Hitlerze, Damian często myślał o następnym znaku, jaki przyjdzie od Boga, opatrzności, Matki Natury czy wszechświata. Ciekawiło go, co tym razem pierdolnie i na jaką skalę. Co mogło zmusić ludzkość, by otworzyła wreszcie oczy. Po Adolfie Hitlerze, który zademonstrował zło w czystej postaci, powodując panowanie negatu na ładnych kilka lat, tym razem musiało nadejść coś naprawdę straszliwego. Damian często wyobrażał sobie sektę, która – zawładnięta obsesją stworzenia „nowej drogi” – konstruuje wirusa, na przykład krzyżówkę eboli z grypą. Następnie po uprzednim zaszczepieniu wybranych ludzi, wypuszcza go na wszystkich kontynentach zabijając dziewięćdziesiąt procent ludzkości. Dzięki czemu stwarza nową cywilizację opartą na jednorodności gatunku. Cywilizację niepodzieloną na rasy, wyznanie czy narodowość. Funkcjonującą bez wskaźnika gospodarczej koniunktury, bez głupiego wykorzystywania zasobów naturalnych, bez ego, bez wojny. Cywilizację opartą na wzorze „mrowiska”, gdzie każdy robi to, co umie najlepiej dla dobra ogółu, cywilizację budowaną na dążeniu do możliwości opuszczenia planety, cywilizację poszukującą nowych światów oraz nieustającą w próbach zrozumienia mechanizmu kontrolującego rzeczywistość. Damian myślał wtedy, jak taka sekta zapisałaby się w kartach „supernowożytnej” historii, czy byłaby organizacją zbrodniczą, czy bohaterską w oczach przyszłych pokoleń. Wtedy też próbował sobie wyobrazić wygraną przez Hitlera wojnę, zniszczenie innych narodów, panowanie tysiącletniej Rzeszy Niemieckiej, świat bez wrogów, wojen. Z jedną ideologią wyznawaną przez wszystkich i wtedy odpowiadał sobie, że coś w tym wszystkim było grubo nie tak, skoro się nie udało. Może za dużo okrucieństwa, może zbytnia pewność siebie, może brak prawdziwie „ludzkich cech” w nazistowskiej machinie sprawiły, że tysiącletnia Rzesza zapisała się w historii jako kilkuletnia, a sam Hitler odszedł jako wielki przegrany. Wielki, bo posiadający niesłychane możliwości, a przegrany, bo ich nie wykorzystał, robiąc największy błąd mistyków, uznając „boskie dary”, jakie otrzymał, za własne. Brak pokory doprowadził do braku trzeźwego spojrzenia i w rezultacie zaprzepaszczenia możliwości zbudowania nowej – innej – cywilizacji. Damian zafascynowany oglądał produkcje mówiące o tym, że niektóre kobiety przeżywały orgazm w czasie słuchania Hitlerowskich przemówień, mówiące o nowatorskich pomysłach i otwartości Hitlera na możliwość istnienia mistycznej strony wszechświata.
Führer dokarmiał zranione ego Damiana – jako słaby, ulegający nałogom człowiek, który niczego w życiu nie osiągnął, szczerze podziwiał kogoś, kto – niedoceniony przez społeczeństwo – osiągnął tak wiele. Damian nieraz marzył, żeby jako pan świata, wielki „jaszczur mocy” krzyknąć z góry do ludzkości:
– No i teraz macie, skurwysyny!
Był w nim pewien dualizm – z jednej strony pragnął dawać miłość swojej ukochanej, z drugiej zaś, żywić nienawiść do otoczenia, z którym się nie zgadzał. Przeczuwał, że nadchodzi w jego życiu moment, gdy będzie musiał zdecydować: białe albo czarne. Musiał poświęcić swoje picie i olewatorstwo za nim idące na ołtarzu miłości do swojej ukochanej, musiał uwierzyć, że taki gest zdeterminuje jego ścieżkę i w rezultacie odsłoni prawdziwy sens życia, którego na ten moment nie pojmował…
Resztę dnia spędzili, popijając piwo. Nie rozmawiali zbyt wiele, cieszyli się swoja obecnością i możliwością spędzenia razem czasu, jaki był im dany.
Oddali się razem lenistwu oraz przyjemności płynącej z osiągnięć współczesnego świata, czyli większość czasu zabili, gapiąc się w telewizor…

ROZDZIAŁ 3

Siedział w fotelu cały wypełniony lękiem. Trzy doby chlania zrobiły swoje, był kompletnie zdemolowany, wiedział jednak, że dalej tak tego ciągnąć nie może. Musiał wrócić do pracy, zarobić pieniądze, które w czasie alkoholowego ciągu topniały tak szybko jak topnieją lody w pełnym słońcu. Bał się myśleć o tym, co go czeka w najbliższych dniach: depresja, ataki paniki, niechęć do robienia czegokolwiek. To wszystko podkręcane pragnieniem, świadomością, że wypita szklanka wódki naprawiłaby każde zło, pozwoliłaby myśleć, działać i żyć. Filozofia, mistyczne wybory, duchowa forma wszechświata zniknęły z jego głowy, zastąpił je alkoholowy głód. Nie zniknęła tylko miłość do żony sprawiająca, że całkiem poważnie brał pod uwagę czarną wizję ich wspólnej przyszłości, która niechybnie musiała nastąpić, jeżeli ostatecznie nie poradzi sobie ze swoim nałogiem. Widział siebie i swoją ukochaną bezdomnych, opuszczonych, zapomnianych przez cały świat. Siedzących gdzieś pod mostem w Dublinie, żebrzących o parę euro na bełta czy flaszkę wódki. Miał świadomość, że wielu rodaków tak właśnie zakończyło swą wielką przygodę na emigracji. Damian z przykrością zauważył, że coraz trudniej jest mu przerwać alkoholowy ciąg, a nawet jeżeli mu się już udało i nie pił przez parę dni. To za jakiś czas znów ogarniał go taki nerw na wszystkich i wszystko – to wystarczało, żeby uznać, że rzeczywistość na trzeźwo jest nie do przyjęcia.
– Kurwa, ja tego dłużej nie wytrzymam – powiedział bardziej do siebie niż do swojej żony.
– Co tam, kochanie? Czego nie wytrzymasz?
– Źle się czuję – wyjęczał.
– No, piłeś, to się źle czujesz, mówiłam ci, nie pij tyle. Po co piłeś? Teraz się źle czujesz, co ci jest właściwie? – małżonka ciągnęła zestaw pytań.
Ja pierdolę – Damian mało nie płakał. Jak miał wyjaśnić, że wie o tym, iż nie powinien był tyle chlać. Jak miał wyjaśnić, że pierwszy łyk oznaczał również, że ten ostatni będzie po trzech dniach, z których nie wynikało nic, taka niby zabawa, odreagowanie, relaks. Gówno prawda: połowy nie pamiętał, organizm miał zmęczony, w głowie mu szumiało z gęby śmierdziało. No i to uczucie pogardy, obrzydzenia do samego siebie, piekło psychiczno-fizyczne. Nienawidził siebie za to, że znowu się wpakował w ten syf. Dlaczego znowu się napił? Trzy dni chlania – zero pracy, a tym samym dochodu, potem cztery dni totalnej męki, wychodzenia z ciągu. To dawało tydzień wyjęty z życia, tydzień bez samego siebie. Żyjący, ale martwy jednocześnie – takie zombie bez duszy, charakteru, bez współczucia, empatii, bez jakichkolwiek wyższych uczuć, zdominowany lękiem i pragnieniem kontynuowania picia.
– Po co mi to znowu było? – wyjęczał, wkurwiony na siebie i cały świat.
– Boże, jak ja nienawidzę swojego życia. Wszystko malowało się w czarnych barwach, sytuacja materialna wydawała się beznadziejna, recesja głębsza, a rata za dom o wiele wyższa.
– Co ja zrobiłem ze swoim życiem? – pytał Damian retorycznie, ni to siebie, ni Boga, ale było to jak szeleszczenie marnego robaka, bo w tym stanie nie wyczuwał ani siebie, ani obecności żadnego Boga.
Jakby tak rozwalić się samochodem? Żona dostałaby odszkodowanie, bo miał przecież ubezpieczenie na życie, które wymogli na nim w banku przy podpisywaniu tego cholernego hipotecznego cyrografu. Przynajmniej umarłby jako wolny, trzeźwy człowiek, no bo gdyby był pijany, to odszkodowania by nie wypłacili. Przynajmniej pozostawiłby coś po sobie, chociaż namiastkę pożytku jakiegoś. Wizja siebie jako zdychającego pod mostem karalucha, zaszczanego, zamęczonego rakiem trzustki, żołądka czy wątroby, była nie do przyjęcia. Zdawał sobie sprawę, że jeśli wpadnie w chlanie na całość, to skrzywdzi wszystkich począwszy od rodziny, przyjaciół, aż po ukochaną żonę. Całe gówno z życiem zrobił, bo nie został ani bankierem, ani politykiem, ani Wojewódzkim czy Ronaldo, ani chociaż jakimś budowlańcem, co paru chłopa zatrudnia albo notariuszem. Nic, zasrane nic. Był alkoholikiem-cierpiarzem, który czekał na postoju dla taksówek, aż ktoś wlezie do samochodu i po przejechaniu paru kilometrów, zostawi mu kilka groszy na chleb i mleko. Nie miał wizji czegokolwiek innego – reszta życia za kółkiem tylko dlatego, że podpisał złą umowę w złym czasie. Sytuacja w Irlandii też nie nastrajała pozytywnie – było tylko gorzej z każdym kolejnym newsem w telewizji, a to o pogłębiającym się kryzysie, kolejnych cięciach budżetowych, bankrutujących krajach ciągnących za sobą całą Unię Europejską. Może Damian nie powinien teraz myśleć o świecie, ludziach lub o swoim życiu – pryzmat trzydniowego kaca ukazywał rzeczywistość w bardzo niekorzystnym świetle. Widział siebie dyndającego na sznurku z mokrą plamą w okolicy krocza. Beznadzieja – to słowo cisnęło mu się na myśl niemalże bez przerwy. Klimat popierdolony, wszyscy mówią o końcu świata, jakby to miało być coś w stylu igrzysk, tylko ciekawsze, rak wszędzie, bo jedzenie zatrute albo zmodyfikowane, jacyś pojebańcy wysadzają budynki i strzelają do ludzi w imię tylko im wiadomych wyższych celów.
– Pierdolić to – wypalił nagle Damian do żony, a ta popatrzyła na niego dziwnie.
– Coś ty, koteńku, faktycznie źle się czujesz. Może się położysz, odpoczniesz chwilę.
Jak się miał, kurwa, położyć, skoro nie mógł w miejscu usiedzieć. Tak właściwie to żadna pozycja nie była dobra: ani leżeć, ani siedzieć, stać czy biegać – chyba, że do jebanego monopolowego po wódkę albo dwie najlepiej, tak na zapas.
– To nie jest mój dzień, kochanie – starał się powiedzieć to normalnie, ale jego ton mówił sam za siebie: był chory psychicznie, cierpiał na zespół uzależnienia.
Przez następne trzy, cztery dni, będzie walczył z rozdrażnieniem, które pojawi się zaraz po ustąpieniu lęków, potem nadejdzie depresja, smutek, poczucie bezsensu życia, a na to wszystko sraczka, permanentna, dokuczliwa, upierdliwa sraczka, taki bonusik.
Co by nie zjadł lub nie wypił, pogoni go do kibla i będzie się cieszył, jak zdąży całość wysikać do muszli. Tak – wysikać właśnie. Wpadł kiedyś na to określenie, kiedy jego szacowna małżonka, zniecierpliwiona długą obstrukcją toalety, zapytała:
– Co tam tak długo robisz, kochanie?
– Sikam dupą – odpowiedział wkurwiony do nieprzytomności, rozpaczliwie próbując zamoczonym w zimnej wodzie papierem toaletowym złagodzić pieczenie odbytu.
– Tak długo sikasz, kochanie? – Najwyraźniej umysł szanownej małżonki nie dopuszczał do siebie możliwości sikania dupą. A może słuch ją zawodził albo może głos przez drzwi i korytarz nie dochodził tak jak trzeba, a może po prostu tak słabo Damian meldował się swojej towarzyszce życia. Tak czy owak, od tamtej pory „sikanie dupą” pozostało w jego słowniku. Było jak rytuał, który zaczynał się pod koniec każdego pijackiego ciągu. Po pierwszym „siknięciu” musiał myć cały klop, bo ten wyglądał, jakby ktoś wylał do niego cały garnek jarzynowej zupy, robiąc to jednym zamaszystym ruchem. Kibel był zasrany równiutko i trzeba go było porządnie szorować gąbką. Następne razy wymagały już tylko użycia szczotki i odrobiny Domestosa. Czyszcząc ubikację, Damian myślał często, że właśnie to powinien robić, że jego głównym zajęciem powinno być zmywanie gówna.
Chodziło mu po głowie, że gdyby za młodu obrał sobie taką prostą drogę bez tych wszystkich ambicji zostania „kimś”, bez wchodzenia w poważny związek, bez podpisywania kredytowych umów, to może teraz byłby szczęśliwy, pracując spokojnie jako babcia klozetowa. Wynajmowałby sobie mały pokoik gdzieś niedaleko miejskiego szaletu –zero stresu, nikt się nie czepia takiej babci klozetowej, skoro wszystko ładnie zrobione: kible poczyszczone, papier założony, podłogi świeżo wymopowane. Dałby sobie radę – sprzątać przecież lubił.
– Ja pierdolę, zmarnowałem życie – powiedział o wiele za głośno.
– Jak to zmarnowałeś, kochanie? Przecież masz mnie, mamy domek, pieska, z którym chodzimy na spacery i kotka, o którym zawsze marzyliśmy. Masz pracę, dużo ludzi teraz nie ma pracy, ciesz się z tego, co masz – za wszelką cenę próbowała pocieszyć go małżonka.
– Jasne, kurwa. Tyle, że mogłem mieć swoje kibelki, kawałek podłogi, mopa i kantorek z papierem. Mogłem mieć wszystko w dupie: karierę, kredyty, małżeństwo, obowiązki, ambicje. Nie byłoby tego całego ciśnienia, które teraz wpycha mnie w szpony nałogu – wylał z siebie jednym tchem, patrząc na zdziwioną twarz swojej ukochanej. Za nic w świecie nie mogła zrozumieć, o jakie kibelki mu chodzi.
– Przepraszam, kochanie – dodał natychmiast, widząc jej smutną minę. – Sam sobie jestem winien, nawet gdybym został babcią klozetową, ogrodnikiem, kucharzem albo księdzem i tak pewnie znalazłbym powód do picia. Taka już jest moja konstrukcja. Damian musiał dać w szyję, żeby potem móc wpaść w szpony nostalgii za rajem utraconym, żeby móc potaplać się w nihilizmie.
– To ja jestem problemem, a nie moje życie – podsumował.
– Może meliski się napij. Meliska dobra, zawsze ci pomaga. Ja w tym czasie „Matyldę” zobaczę. Żona od zawsze rozbrajała go tym prostym podejściem do życia. Zazdrościł jej spokoju, który wynikał z pozytywnego podejścia do świata i ludzi. Może w tym tkwił sekret, może on sam za bardzo nienawidził i to stąd brał się ten cały syf, może wszystkie problemy, które miał ze sobą, nie istniały tak naprawdę, a skoro nie istniały, to nie było na nie sposobu, bo jak leczyć chorobę, gdy jej nie ma. Może wystarczyło zmienić sposób postrzegania siebie, ludzi oraz rzeczywistości.
– Meliskę, powiadasz, pewnie masz racje, kochanie – powiedział bez przekonania, człapiąc w kierunku kuchni.
– Napijesz się ze mną? – zapytał uprzejmie, ale nie uzyskał odpowiedzi.
Jego połówka była już zbyt zajęta oglądaniem serialu o jakiejś babie – projektantce. Serial nigdy się nie kończył i Damian od zawsze zachodził w głowę, jak można całymi godzinami oglądać to samo, zastanawiał się, jak to jest, że wielka grupa ludzi, dysponując ogromnymi środkami, tworzy debilną papkę po to, żeby inna, jeszcze większa grupa ludzi siedziała bezmyślnie przed telewizorem i wtłaczała w siebie to całe gówno.
– O, już jesteś, kochana? – Z odbiornika dolatywało kretyńskie, retoryczne pytanie. Kurwa, skoro widzi, że jest, bo przecież pyta, to musi widzieć, że jest, to po co pyta?
– No, jestem – padła genialna odpowiedź. No tak, czego mógł się spodziewać? Słodki Jezu, jak tu nie pić? Może niektórzy zapijają się na śmierć, bo po prostu nie mogą znieść tej głupoty. Ale z drugiej strony, przecież można by zagospodarować przestrzeń życiową tak, żeby nie stykać się z tym szlamem, przynajmniej po części. Taki astrofizyk na przykład – w pracy sami myślący, poszukujący nowych rozwiązań ludzie, w domu też pewnie atmosfera książkowo-naukowa. Damian mógłby się założyć, że nie ogląda się tam „Matyldy” albo innej „Jolandy”. No tak, ale astrofizykiem to on nie był i nigdy nie będzie – był za to niepotrzebnie zużywającym tlen pasożytem, który, nie wiedzieć czemu, wsłuchiwał się w matyldowy dialog:
– Jestem taka zmęczona tym projektowaniem, chyba ze trzy godziny spędziłam w biurze. Wymalowana pizda nawet nie próbowała wygrywać Oskara za rolę w tasiemcu. Trzy godziny w biurze i zmęczona, a co on miał powiedzieć. Czekało go ładnych parę zmian po piętnaście godzin w samochodzie za te marnych parę euro, które pójdą w większości na podatki, a te z kolei na spłatę długów, jakie narobiły irlandzkie banki, topiąc kasę w budowlance.
– Nie no, kurwa, dlaczego mi nikt nie płaci za paplanie jakichś głupot w zasranej telewizyjnej produkcji? – Spalała go zazdrość. Zazdrościł wszystkim, którym udało się cokolwiek: od wielkiego Messiego po sklepikarza, który, handlując polską kiełbasą i chlebem, dorobił się własnego domu i średniej klasy samochodu. Zazdrościł papieżowi, generałom, dziennikarzom, politykom, zazdrościł wszystkim, którzy znaleźli swoje miejsce w szeregu, zazdrościł każdemu, kto miał swój mały, miejski szalecik do wyczyszczenia.
– Co jest ze mną nie tak? – rzucił w powietrze, nie wytrzymując natłoku myśli.
– Masz kaca, kochanie. Za dużo piłeś i teraz źle się czujesz – odpowiedziała małżonka w czasie przerwy na reklamę. Pierdolona eureka. Oczywiście, że miał kaca, a w zasadzie nie kaca, tylko początek jakiejś schizofrenii. Dlaczego czuł się tak, jakby do nikogo ani niczego nie przynależał? Dlaczego nie widział sensu życia, dlaczego nie miał hobby, zainteresowań, pasji, czegokolwiek, co wbiłoby go w normalną rzeczywistość i pozwoliło żyć jak wszyscy inni ludzie?
– Kochanie, ja dłużej nie wytrzymam, coś sobie zrobię chyba. – Chciało mu się płakać. Może gdyby jako młody człowiek inaczej spożytkował czas, teraz byłby na przykład takim zastępcą prezesa popularnej partii albo chociaż jego doradcą lub rzecznikiem prasowym. Miał talent do tego, był wygadany, potrafił być złośliwy, ludzie byli mu kompletnie obojętni, nie miał skrupułów, uważał się za wystarczającą szuję i bydlaka, żeby móc zostać politykiem, dlaczego więc nim nie został?
– Nie gadaj głupot, co sobie zrobisz, koteczku? – Jego partnerka życiowa definitywnie nie rozumiała powagi sytuacji, nie siedziała w jego głowie, więc nie mogła wiedzieć, jak bardzo jej ukochanemu doskwierał kac. Był na pograniczu nerwowego załamania.
– Mam wszystkiego dosyć. Damian czuł narastającą falę paniki. Niosła go przez wspomnienie dzieciństwa, gdy rozrywką było granie w kapsle-kolarzyki na asfalcie pod dziesięciopiętrowcem albo łażenie wokół blokowiska w poszukiwaniu dziury w całym. Niosła również wspomnienie szkoły, której nienawidził tak bardzo, że, słysząc raporty ze Stanów Zjednoczonych o strzelaninach w tamtejszych uczelniach, nie potrafił wydobyć z siebie nawet odrobiny współczucia dla ich ofiar.
Więcej zrozumienia miał dla tych, którzy nie wytrzymywali i z bronią w ręku szli robić porządek z tymi małymi potworami zasiadającymi w szkolnych ławkach. Przypominał sobie, że w klasie nikt go nie lubił za wyjątkiem Grzegorza Metki, z którym robił psikusy typu zostawienie stolca na podłodze w szkolnej toalecie albo nasikanie koledze do bidonu lub butelki po oranżadzie. Reszta klasy była nastawiona do niego negatywnie. Może dlatego, że był oryginalny i kontrowersyjny, a może dlatego, że nie miał dla nich odrobiny szacunku. Odkąd pamiętał, brzydził się socjalistycznym wyścigiem lizusów zaczynającym się już w szkole podstawowej. Gardził dzieciakami wyrywającymi się do tablicy tylko po to, żeby popisać się tym, jak dobrze wbiły sobie do głowy, że Związek Radziecki jest bratnim narodem, że najmniejszą cząstką jest proton i elektron, a wszechświat jest nieskończony. Jak się okazało po latach, to wszystko wcale nie było takie pewne, ale oni mieli wtedy do niego pretensje, że zadaje dodatkowe pytania, że poddaje ich książkową wiedzę pod wątpliwość. Może gdyby położono nacisk na te dziedziny, których był naprawdę ciekaw, jego życie wyglądałoby teraz inaczej, może pomogliby mu odnaleźć i pielęgnować talent. Czytał kiedyś, że każdy ma jakiś talent. Damian wprost nie cierpiał przedmiotów ścisłych, lubił dobrą książkę, cieszyła go historia. Nie mógł nigdy zrozumieć, po jaką cholerę za wszelką cenę starają mu się wcisnąć do głowy jakieś funkcje trygonometryczne. Był dla nich jak wrzód na dupie demoralizujący resztę grupy. Szkoła definitywnie wolała taką Agatkę Pac, która napierdalała jak leci – średnia ocen pięć osiem, wszystko na pamięć, zero jebanej abstrakcji. Socjalistyczna szkoła mogła być winna całemu nieszczęściu, jakie go teraz spotykało. Jak bardzo jej nienawidził, wiedział tylko on sam. Oczyma duszy widział siebie wchodzącego do szkoły z shotgunem w rękach i dylematem w głowie: lekcja polskiego czy matematyki, obu nauczycielek nienawidził jednakowo.
Damian wybiera polonistkę – scena jak z „Leona Zawodowca”, kiedy to Gary Oldman z bronią w ręku stoi przed mieszkaniem, w którym ukrywa się niepłacący należności narkotykowy dealer.
– Uwielbiam tę chwilę ciszy przed nadciągającą burzą – mówi do siebie Damian-Gary, odkładając słuchawki walkmana, z którego dolatują dźwięki piano Beethovena. Ściska mocno shotguna i jeb, kopie w drzwi, wpadając na lekcję polskiego.
– I co teraz, kurwo? – krzyczy do suki-polonistki, co to nawet nie chciała pięciu minut skupić się na merytorycznym przekazie jego wypracowań, tylko stawiała dwóje po znalezieniu trzech błędów ortograficznych lub pięciu interpunkcyjnych. Nigdy nie mógł zrozumieć, jak można było przekreślić całą jego pracę tylko dlatego, że literce brakowało ogonka, a brakowało często, bo Damian pisał z błędami.
– O Jezu, drogi Jezu! – Pani Bednarz, polonistka, drze ryja, zamiast opanować sytuację. Klasa siedzi spokojnie, zamurowana, chociaż Damian kątem oka dostrzega, że pod krzesłem Agaty Pac rośnie mokra plama. Dziewczynka sika ze strachu pod siebie. Damian czuje sztywność w spodniach, obrazek wywołuje w nim seksualne podniecenie, jest nieźle nakręcony. Polonistka wrzeszczy jak opętana, może dlatego, że ona jedyna widzi oczy Damiana, a te mówią, że cała sytuacja dobrze się skończyć nie może. Klasa dalej siedzi cicho, za wyjątkiem Agatki, która zaczyna chlipać cichutko. Myśli sobie, że reszta już zawsze będzie wypominać jej moczenie się w sytuacjach stresowych. Takie już są te małe gnoje, może dadzą jej przydomek „Siuśka”? Damian wie, że nie może na to pozwolić
– Nie martw się, Agatko, nie dożyjesz czasów poniżenia i smutku, twoja marna egzystencja „trybiku w maszynie” dzisiaj zostanie zakończona. Szkoda tylko, że nie mogę cię przelecieć tak po prostu pod tablicą, pozbyłbym się tego uwierającego wzwodu oraz nerwowego napięcia.
Tylko jak tu trzymać shotguna w rękach i posuwać jednocześnie Agatkę?
– Jezus ma cię w dupie, szmato! – krzyczy do pani Bednarz i strzela jej w głowę. Części czaszki i mózgu tworzą dość ciekawy, surrealistyczny wzór na ścianie, ciało polonistki podryguje skocznie, jakby do oberka, klasa zaczyna krzyczeć. Damian przeładowuje i strzela, malując coraz to ciekawsze wzory na ścianach, nie chcąc ani nie mogąc przestać…
– Jak to masz wszystkiego dosyć, misiu? Nie kochasz mnie już, nie jesteś ze mną szczęśliwy? – Małżonka przywróciła Damiana do rzeczywistości. Jedyną pozostałością po delirycznej wizji jest dręczący go kacowy wzwód.
– Possiesz mi? – spytał nieśmiało.
– Aaa, to o to ci chodziło. Sam sobie possij – odpowiedziała jego połówka, odwracając się w stronę telewizora z zamiarem obejrzenia kolejnego odcinka „Matyldy”.
– Muszę przestać pić. Mam jakieś takie dziwne myśli – rzucił, walcząc z kolejną falą lęku. Był w proszku, miał dosyć, wypełniało go przekonanie, że już nigdy nie wróci do normy.
– Przestań miauczeć, tym razem ci się uda! – pocieszał go koteniek, maltretując jednocześnie w rekach telewizyjnego pilota.
– Znowu to samo – jęknął Damian do siebie.
Walczył z alkoholem od zawsze tak naprawdę, od pierwszego wypitego kieliszka. Może gdyby wtedy, jako szesnastolatek, nie spróbował tego gówna, wszystko wyglądałoby inaczej. Spożytkowałby młodość, inwestując w przyszłość, a dokładniej w siebie, zdobyłby wykształcenie, rozwinął interesujące hobby, miałby wartościowych przyjaciół, może nawet zostałby kimś znanym, poważanym, takim na przykład dziennikarzem albo prokuratorem, może aktorem. Niestety, jako nastolatek sięgnął po kieliszek i zakochał się „od pierwszego wejrzenia”, od tamtej pory najbardziej lubił być po prostu pod wpływem, walnąć sobie co jakiś czas „na nóżkę”. Otaczający go świat przestawał pędzić, zatrzymywał się, dając poczucie radości życia. Mógł wtedy bez końca gapić się w ogień, telewizor, ścinać trawę lub spacerować. Problem zaczynał się, kiedy tracił hamulec i przyjemna, spokojna faza zamieniała się w bombę. Potem niczego nie pamiętał, budził się wypełniony lękiem i poczuciem, że jeżeli natychmiast się nie napije, na pewno zwariuje. Zamknięte koło, frustracja, beznadzieja, tunel bez światła, równia pochyła. Doskonale pamiętał dzień, w którym pierwszy raz poczuł rozgrzewającą moc alkoholu. Zrobili wtedy połówkę we dwóch z Grzegorzem Metką. Była piękna, słoneczna pogoda – nauczył się doceniać taką dopiero tutaj, w Irlandii, gdzie czyste niebo stanowiło rzadkość. Wybierali się wtedy z całą klasą na wycieczkę historyczną do Oświęcimia.
– Podjebałem z domu flaszkę, wypijemy? – zapytał Grzegorz na przywitanie. Jego brat planował wesele, a rodzice wychodzili ze skóry, usiłując zgromadzić dostateczną ilość alkoholu dla gości. Składowali wódkę we wszystkich wersalkach znajdujących się w ich trzypokojowym mieszkaniu – części dziesięciopiętrowca z betonowej płyty bliźniaczo podobnego do wielu innych składających się na socjalistyczne blokowisko zamieszkiwane przez klasę robotniczą.
– Pewnie, że wypijemy – odpowiedział Damian i poszli na górkę za boiskiem szkolnym. Grzegorz wyciągnął z plecaka flaszkę, literatkę, butelkę oranżady oraz słoik kiszonych ogórków.
– A to na co, po co? – zapytał Damian, gapiąc się na słoik.
– Ojciec zawsze od matki na zagrychę ogórki kiszone woła, to musi coś w tym być – odpowiedział Grzegorz, po czym zabrali się do konsumpcji.
Wódka była po prostu ohydna, ale oranżada i ogórki pomogły zabić jej wstrętny smak.
– Fajnie jebło w banię, co? – spytał retorycznie Grzegorz.
Obaj byli roześmiani od ucha do ucha, świat wydał się jakiś taki ciekawszy, weselszy, budynek szkoły już nie taki szary i ponury, a perspektywa historycznej wycieczki do Oświęcimia bardziej interesująca. Przybili sobie piątkę, zapakowali resztę sprzętu do plecaka i śmiało, lekko zachwianym krokiem, ruszyli pod główne wejście na spotkanie z resztą grupy. Damian już z daleka zobaczył Roberta Kózkę – ich klasowego kolegę, którego znano w szkole z zapędów onanistycznych. Chłopak był ciągle napalony, biegał do toalety nawet w czasie lekcji. Któregoś razu udało mu się zrobić sobie dobrze siedemnaście razy. Wszyscy chłopcy zazdrościli Robertowi tych zdolności, ale Damian podejrzewał, że coś jest z nim nie tak. Sądził, że napięcie jego szkolnego kolegi ma swoje źródło w problemach z systemem nerwowym, a wniosek taki wyciągał ze znajomości sytuacji rodzinnej Roberta, którego ojciec wyznawał zasadę, że jak się baby i dzieci nie bije, to w nich wątroba gnije. Dbał więc o wątroby swojej rodziny codziennie z systematycznością godną jezuickiego zakonnika. Krążyły plotki, że oprócz sadystycznych zapędów tatuś darzył również specjalnym uczuciem siostrę Roberta, która jak na swoje dwanaście lat była nad wyraz „dobrze zbudowana”. Tatusiowi najwyraźniej nie przeszkadzały więzy krwi, bo korzystał z wdzięków urokliwej córeczki za każdym razem gdy mu przyszła na to ochota. Damian wiedział, że Robert nienawidził swojego ojca tak bardzo, jak mocno kochał matkę. Biedna kobieta broniła swoich dzieci jak mogła, nieraz zasłaniając je własnym ciałem. Stanowiła jedyne dobro, jakiego zaznał w swoim życiu młody Kózka.
– Odwalimy numer – zaśmiał się Damian do Grzegorza Metki. Alkohol krążył w żyłach, dodając im animuszu. Podeszli do Roberta, po czym Damian wypalił:
– Robert, mamy dla ciebie straszną wiadomość – włożył w uzyskanie smutnego tonu całe swoje zdolności aktorskie. Grzesiu aż zaniemówił z wrażenia: Damian brzmiał tak realnie, że można było naprawdę uwierzyć, że niosą jakąś okropną wiadomość.
– Niestety, twoja mamusia nie żyje – pociągnął Damian i wtedy rozpętało się piekło. Odgłos, jaki wydał z siebie Robert Kózka, pozostał z nimi na zawsze. Był to wrzask człowieka, który właśnie się zepsuł nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim psychicznie.
– Biegnij do domu – rzucił zdenerwowany reakcją kolegi Damian. Gdzieś w środku czuł, że przesadził. Robert zawył i pobiegł, a cała klasa – wraz z nauczycielami – patrzyła w ich stronę. Byli jak na widelcu. Pani Waiss, nauczycielka historii, już pędziła w ich kierunku, wiedząc, że znowu coś przeskrobali.
– Coście mu zrobili, gnoje?! – krzyczała z daleka.
– My nic, taki tylko żart… – nieśmiało tłumaczył Grzegorz. Damian milczał. Wiedział, że będzie afera, pamiętał grymas na twarzy Roberta Kózki.
– Chuchnijcie mi, szubrawcy! Coście pili?! Przecież widzę po was! – grzmiała pani Waiss. Nadciągały czarne chmury – ten dzień nie mógł skończyć się dobrze i się dobrze nie skończył. Wezwani rodzice, śledztwo w sprawie alkoholu, wyrzucenie z listy wycieczkowej, nagana do dziennika, powiadomiona dyrektorka szkoły. Damian interesował się późniejszym losem Roberta Kózki. Podobno długo dochodził do siebie, a potem przeniósł się do innej szkoły. Jakieś dwa lata później doszło w końcu w jego rodzinie do tragedii: starszy brat Roberta – Andrzej Kózka – został przyłapany na kradzieży w Supersamie. Głowa rodziny, Stanisław Kózka, nie mógł tego puścić płazem, wpadł do domu, krzycząc już od progu:
– Gdzie jest ten bękart?! Ściskał w ręku wojskowy pas. Andrzej chwycił za tłuczek do mięsa i zaszedł ojca od tyłu. Stanisław Kózka, nie widząc, co się święci, zamachnął się na Bogu ducha winną żonę. Uderzyli w tym samym momencie, matka oberwała końcówką pasa, tatuś oberwał tłuczkiem od Andrzeja, który włożył w cios cały nagromadzony przez te lata upokorzeń gniew. Uderzenie było tak mocne, że czaszka Stanisława Kózki pękła, jakby była ze szkła. On sam podobno chrząknął jak knur i był to ostatni dźwięk, jaki wydał z siebie w swoim nędznym życiu. Mówiono też, że Andrzej uderzył w jego głowę jeszcze około dwudziestu razy, a matka i siostra patrzyły na to w milczeniu i tylko Robert darł się jak opętany w sąsiednim pokoju, biegając od ściany do ściany. Późniejsza sekcja zwłok wykazała, że wystarczył ten pierwszy cios, ale po ujawnieniu motywów, nikt tak naprawdę nie dziwił się, że Andrzej miał potrzebę zadania ich kilkudziesięciu. Mimo okoliczności i zgodnych zeznań całej rodziny, starszy brat Roberta otrzymał kilkuletni wyrok, a on sam trafił na leczenie psychiatryczne, które niewiele dało. Zostały mu problemy ze snem, miał budzić się w nocy cały zlany potem, krzycząc przeraźliwie:
– Moja mamusia nie żyje! Moja kochana mamusia nie żyje! W późniejszym czasie Damian nieraz wyrzucał sobie głupi żart, po latach zrozumiał, ile było w nim okrucieństwa. To, co zrobił, biorąc wzgląd na sytuację rodzinną Roberta Kózki, było złe i podłe. Może właśnie to zło stało się fundamentem alkoholizmu Damiana, a może po prostu tak sobie chciał tłumaczyć własną słabość. Fakt był taki, że po wypiciu połówki, którą zakosił starym Grzegorz Metka i odwaleniu numeru z nieżyjącą mamusią Roberta Kózki, Damian obudził się na drugi dzień ze strasznym bólem głowy. Okropnego kaca po „Stołowej karbidówie” dodatkowo podkręcał stojący nad nim ojciec.
– I co narobiłeś? – pytał, kręcąc z dezaprobata głową.
– Synku, co się z tobą dzieje? – chlipała cicho matka.
– Jak mogłeś powiedzieć Robertowi, że jego mamusia nie żyje, dlaczego wypiłeś alkohol? Dlaczego, dlaczego? Przecież wszyscy piją – myślał gorączkowo Damian. Jezusku Nazareński, ale bigos się narobił. Czuł się podle, miał dreszcze na zmianę z wybuchami gorąca, przypomniał sobie, jak Grzegorz mówił mu, że jego ojciec jak popije i ma „złego kaca” to wali kielona na jedną nóżkę, potem na drugą, żeby nie kuleć, a jak trzeba to i na trzecią, tę krótszą, też wypijał, a potem – jak ręką odjął – kac mijał. Damian wiedział, że rodzice mają coś mocniejszego w barku. Musiał sobie tylko jakoś walnąć te nóżki, bo było naprawdę źle.
– Odkurzysz mieszkanie, potem zobaczymy, co dalej. W głosie ojca rozpoznał nutkę gniewu i rozczarowania.
– My z matką musimy iść do szkoły na rozmowę z panią dyrektor, przez ciebie – dodał surowym tonem, celując w syna palcem. No i dobrze – pomyślał Damian. Co prawda nienawidził odkurzać, ale stwarzało mu to okazję do wyleczenia kaca. Rodzice wyszli z domu, a Damian zrobił swoje. Może to skłonności genetyczne, może sytuacja stresowa związana z Robertową aferą, może zło, którego narobił – fakt był taki, że Damian wdepnął w alkohol obiema nogami. Wtedy jeszcze nie wiedział, że picie na kaca to prosta droga do uzależnienia. Dowiedział się o tym, kiedy było już za późno. Może gdyby inicjacja nie nastąpiła w tak młodym wieku, może gdyby nie zaczął od wódki, tylko od czegoś słabszego, jak piwo czy wino, jego życie wyglądałoby inaczej. To nie miało już znaczenia – czas najwyższy spojrzeć prawdzie w oczy. Został alkoholikiem i od niego samego zależało, czy to będzie jego jedyny i zarazem ostateczny dorobek życiowy. Sytuacja przestawała być śmieszna, bo osiągał wiek, w którym notorycznego pijaństwa nie dawało się już dłużej tłumaczyć chęcią zabawy czy odreagowania. Nadszedł czas rachunku sumienia, zadania sobie pytania, czy chce walczyć o szczęście dla swojego serduszka. Innego dla siebie celu nie widział – bo czy sensem Damianowej egzystencji miałoby być przebadanie stu tysięcy ludzkich odbytów w poszukiwaniu raka jelita grubego albo prostaty? Czy sensem miało być rozwożenie poczty, produkcja hamburgerów, uprawa roli, polityka? Damian nie widział siebie w żadnej z tych ról. Każda wiązała się z zaangażowaniem, poświeceniem, rutyną i schematem. Nuda i monotonia, nie widział w tym wszystkim „głębokiego sensu”, materialne cele nie były w stanie go zdopingować do zmiany życia. Miał tylko miłość do żony i teraz postanowił uczepić się jej na tym zakręcie losu. Dziękował Bogu, że ją ma, czuł, że bez niej jego życie zakończyłoby się wybuchem, który zabrałby przy okazji wiele ludzkich istnień. Zadzwonił telefon. Jego małżonka rozmawiała z kimś, ale on nie wiedział z kim, nie był w stanie się skupić. W końcu odłożyła komórkę na stół.
– Jadę do Beaty, coś jej wypadło i muszę przypilnować małej – oznajmiła, z niepokojem obserwując zmaltretowanego męża.
Damian miał zostać w domu. Może i dobrze – myślał. Poogląda telewizję, będzie brał zimne prysznice, przyspieszając tym sposobem przemianę materii. Może powali konia, może pozmywa naczynia, a jak będzie naprawdę źle, to zamknie się w kiblu i posłucha lecącej z kranu wody. Może jakoś przeżyje ten dzień. O nocy nie chciał na razie myśleć – to będzie później. Najpierw musiał przetrwać krytyczne pierwsze parę godzin po odstawieniu alkoholu.
– Pa, kochanie, uważaj na siebie. Jego serduszko wyszło, a on został sam. Dopadła go straszna myśl, przeczucie, że będzie wypadek, a ona tego nie przeżyje. Przyszła fala paniki, łzy, tłumaczenie sobie, że to tylko chochliki takie po głowie mu skaczą, że żadnego wypadku nie będzie, a on nie dostanie wiadomości, że jego jedyna miłość umarła. Telewizor, National Geographic, pokazywali jak Japończyki mordują delfiny.
– Ja pierdolę, bomba atomowa niczego Żóltków nie nauczyła, delfin tak mądry jak kilkuletnie dziecko, pełen miłości do gatunku ludzkiego, pomocny, pozytywnie wpływający, a te chuje dla jakiegoś przysmaku go zabijają. Damian czuł, jak przepływa przez niego nienawiść, wypierając kacowy lęk. Wyobraził sobie, że jest Godzillą, wychodzi z morza i człapie w kierunku Tokio. Zabija wszystkich, których spotyka, niszczy budowle. Ma specjalny język à la mrówkojad, którym zbiera uciekających w panice ludzi. Pożera ich żywcem. Nagle przystaje, bo na czubku języka widzi dwie seksowne Japoneczki. Damian nigdy nie miał Japoneczki, dostał wzwodu i przemienił się w potwornego przybysza z kosmosu, który przyleciał na Ziemię w celu zdobycia próbek biologicznych. Zabiera Japoneczki na swój statek. Jest tak paskudny, że dziewczynki krzyczą z obrzydzenia i przerażenia. Damian nie rozumie po japońsku, więc ich błagania o litość niczego nie dają, a nawet gdyby rozumiał, to i tak by to niczego nie dało, potrzebuje przecież tych próbek. Porywa je na statek. Tam przytrzymuje dziewczyny w miejscu, oplatając je swoimi mackami, obmacuje jedną z nich, wkłada mackę pod spódnice, odchyla majtki, patrzy na pochwę, podoba mu się, zaczyna więc penetrować otwór. Dziewczyna drze się jak opętana, druga szlocha cichutko, myśląc o całym swoim życiu. Macka dostosowuje się do kształtu pochwy i zaczyna rytmicznie pulsować, dziewczyna jęczy, czuje do siebie obrzydzenie, poddając się jednocześnie rosnącemu uczuciu rozkoszy. Druga z dziewcząt jest zaciekawiona, łzy strachu wysychają. Kolejna macka wchodzi w odbyt, najpierw jest mała potem powoli rośnie, wypełniając dupę całkowicie. Rozkosz osiąga granicę bólu, więcej macek wędruje w stronę dziewczyn, wypełniają im każdą dziurę, pulsując, masując i pieszcząc. Pierwsze fale orgazmu wywołują spazmy u obu, dziewczyny całują się głęboko, jęcząc przy tym bez opamiętania, przeżywają najlepszy w swoim życiu seks. Damian-potwór-alien, odgryza im głowy, ich ciała sztywnieją, uciskając macki, krew sika po całym statku, wszędzie pełno materiału biologicznego, po który przybył kosmita. Kutas mu stał, ale zastanawiał się nad mordowaniem Żółtków.
Przecież my, Białasy – myślał – zabijamy i jemy świnie, krowy, konie, zwierzęta inteligentne i pełne miłości do człowieka. Czemu czepiać się Japońców za delfiny albo Chinoli za psy i koty, skoro sami zjadamy inteligentne, czujące zwierzęta? Przełączył kanał, trafił na wiadomości. Mowa była o nowym papieżu, jakaś znana babka nazwała go chujem. Damian poczuł niesmak. Nie chodziło mu już o to, czy się jest członkiem Kościoła czy nie, ale jaki przykład młodemu pokoleniu daje baba mówiąca publicznie o starszym człowieku per „chuj”? Następny news z zestawu „polityka”, w nim nie ma już żadnych zasad, wzajemne opluwanie, zamiast merytorycznej dyskusji, nienawiść, walka na śmierć i życie pomiędzy ludźmi, którzy kiedyś razem walczyli o wolność przeciwko Sowietom, żenada, uczucie smutku i przygnębienia, złe na kaca. I wreszcie coś z uśmiechem – pogoda. Szczupła pani ubrana w mini, śliczna jak laleczka, chodziła wkoło mapy, obiecując trąby powietrzne, ulewy i powodzie, a po nich czterdzieści stopni Celsjusza i znowu burze. Damian nie słuchał, patrzył na pogodynkę i kontemplował wzwód. Oj, pokazałby jej, jak się nadziewa kuciapkę. Zaczął się masować, ale pogodynka zniknęła. Kutas stał na maksa. Przełączył więc kanał na ten, gdzie w kółko pokazywali reklamy sekstelefonów. W jednym okienku blondyna pieściła się ręką, a w drugim Murzyn posuwał drobną brunetkę. Uznał, że drugie okienko fajne, obserwował, jak sobie dogadzają, Murzyn sapał, brunetka jęczała. Damian zawzięcie masował kutasa. Nagle usłyszał, jak ktoś wali do drzwi. Wyłączył w pośpiechu telewizor. Przeszywający strach zniszczył zabawę. Damian włożył spodnie od piżamy – odstawał mu lekki namiot. Podkradł się do drzwi, złapał za klamkę i otworzył. Dwie kobiety z pretensją w głosie oznajmiły mu, że dzwoniły, ale dzwonek nie działa.
– Nie działa, bo wyłączony, spokój chciałem mieć, o co chodzi? – spytał podejrzliwie, obserwując ich twarze. Obie jakieś takie niekobiece, nie zerżnąłby ich, nawet gdyby był bardzo potrzebujący.
– Jaki spokój, skoro koniec świata idzie, możemy na chwilę? – Baby zaczęły machać broszurami od Jehowych. Ja pierdolę, tylko tego mi potrzeba – pomyślał.
– Koniec? I bardzo dobrze, moje drogie panie, nie ma się czym przejmować. Życie na tym świecie jest gówno warte, my z żoną to się tylko modlimy, żeby razem nas śmierć zabrała, świata i tak nie ocalimy. Zresztą po co? Dla tych kutasów, co pragną władzy i pieniędzy? Ja tam niczego nie pragnę, przez pomyłkę tu jestem, może, żeby podupczyć tylko, ale, moje drogie panie, do dupczenia to wy się niestety nie nadajecie. Pozwolicie więc, proszę, że oddalę się w głąb mojego, a raczej banku AiB domu w celu dokończenia praktyki onanistycznej.
Damian patrzył na rozdziawione japy Jehowych i na moment wrócił mu dobry humor, tak jakby dzięki kontakowi z tymi babami zyskał jakąś życiowa energię. A może mu się tak wydawało tylko, pewien nie był. Zamykając drzwi, słyszał jak mówią o piekle i niebie, o ratowaniu duszy i prawdzie jedynej tylko im objawionej. Pierdolenie kotka za pomocą młotka, piekło to on miał teraz na tym kacu, nie wyobrażał sobie, by mogło istnieć jakieś inne, jeszcze gorsze. Całe życie w dupie, a te mu tu prawdy przyszły wyjawiać. Seksualna atmosfera prysła, nie chciało mu się ruszać ręką, telewizji też miał dosyć. Poszedł więc do łazienki i puścił wodę. Siedział tak bez światła, wsłuchując się w jej szum. Kiedyś przeczytał gdzieś, że płynąca woda może zabrać każdą dolegliwość, a umieszczenie nóg w strumieniu z odpowiednio nakierowaną intencją miało sprawić, że choroba mijała. Podobno jeżeli ktoś naprawdę chciał, już samo wyobrażenie trzymania nóg w strumyku mogło uleczyć. Skoro schorzenia, to może i kaca? Siedział więc Damian na kiblu i wyobrażał sobie strumyk, który, przepływając, miał zabrać od niego ten koszmar. Myślami wędrował po swojej pamięci, aż natrafił na jedyny okres, w którym był beztroski i szczęśliwy – całe wieki temu. Ciemność łazienki, szum płynącej wody oraz skacowany umysł pozwolił mu na dość dokładne wizualizowanie tamtych czasów. Miał siedemnaście lat, kiedy poznał Artura. Od razu przypadli sobie do gustu. Artur był miłośnikiem samochodów rajdowych, a on fanem prostytutek i zgłębianiem tak zwanej wiedzy tajemnej. Zainteresowania wydawały się skrajnie różne, ale cechująca obu mania wystarczyła, by połączyć ich więzami niemal braterskimi. Odkąd odkryli, że najlepiej bawią się, spędzając czas razem, postanowili robić wszystko, żeby było go jak najwięcej. Los im sprzyjał. Z Ameryki wróciła Viktoria – siostra Artura, dla której on sam był oczkiem w głowie. Po jakimś czasie kupiła mieszkanie w ich rodzinnym mieście oraz stary poniemiecki dom leżący na rozległym terenie u podnóża gór – takie fajne, ciche miejsce, gdzie można było odpocząć od cywilizacyjnego zgiełku. Były to czasy komuny, kiedy za dolara w Peweksie można było kupić litr wódki. Artur doradził więc siostrze, żeby zrobiła zapas, bo ceny miały niby pójść w górę. Viktoria posłuchała go, zainwestowała, wypełniła jeden z pokoi w mieszkaniu po brzegi skrzynkami z alkoholem. Zostało akurat tyle miejsca, żeby zmieścić łóżko dla Damiana. Artur spał w sypialni, natomiast pokój gościnny był zawsze gotowy na wypadek, gdyby komuś zachciało się imprezy. Mieli raj na ziemi, mieszkali sami, bo Viktoria po pobycie w Stanach większość czasu spędzała, oddając się zabawie polegającej na zaliczaniu coraz to nowych facetów, krążyła jak bumerang pomiędzy swoimi nieruchomościami. Wytworzył się układ, który pasował im wszystkim: kiedy przyjeżdżała do mieszkania w mieście, oni jechali do domku w górach i odwrotnie. Rzadko wchodzili sobie w drogę, mijali się dosłownie w drzwiach. Viktoria dawała Arturowi trochę kasy, pytała, czy wszystko gra i tyle. Gdy tylko zamykała za sobą drzwi mieszkania, przyjaciele organizowali imprezki, na których to stopniowo wypijali zgromadzoną w pokoju Damiana wódkę. Chlali prawie codziennie, co pomału, ale bardzo systematycznie wpychało ich w szpony alkoholowego nałogu. Były to dni całkowitego luzu i swobody, nie martwili się niczym, korzystając z danej im okazji aż do bólu, wszystko kręciło się według schematu: panienki – impreza – wódka – muzyka.
Zmieniały się tylko miejsca. Damian doskonale pamiętał jeden z najbardziej szalonych wypadów do starego domku w górach, kiedy to siostra Artura postanowiła pozałatwiać jakieś sprawy w mieście i zajęła swoje mieszkanie. Oni nie mieli wyjścia. Zabrali więc ze sobą parę flaszek, trochę jedzenia i całą masę dobrego humoru. Lubili jeździć w te góry. Dom stał na odludziu – zero jakiegokolwiek nadzoru. Tym razem zapowiadało się bardzo spokojnie, nie mieli żadnych planów, nie mieli też ze sobą żadnej z imprezowiczek. Wszystkie, do których dzwonili z propozycją wyjazdu, były zajęte albo umówione. Pojechali sami, nastawieni na picie, palenie w piecyku i spacery, przygotowani na parę dni przerwy od hucznych imprez. Los chciał jednak inaczej. W autobusie, którym jechali, poznali dwie małolaty. Nie trzeba było długo ich namawiać na wspólne spędzenie wieczoru w ich poniemieckim domku. Kiedy przybyli na miejsce, wszyscy byli już dobrze wstawieni. Obaj starali się, jak mogli, żeby upić te małolaty, bo wiadomo było, że baba nachlana – dupa sprzedana. Dziewczyny, mimo iż ostro podpite, bardzo pilnowały się nawzajem.
–Trzeba suczki rozdzielić, bo nie poruchamy – szepnął mu w ucho Artur, korzystając z tego, że dziewczyny poszły na stronę.
– Taa, mogę tę blondynę? – zapytał wtedy kurtuazyjnie Damian. Miał na nią wielką ochotę, stawał mu za każdym razem, kiedy na nią patrzył. Ona jednak wcale nie była taka na niego chętna, jakby wyczuwała, że patrzy na nią jak głodny wąż boa na młodą kozę.
– Pewnie, mi tam wszystko jedno, byleby którejś wreszcie wsadzić. Damian ucieszył się wtedy. Co prawda tej drugiej niczego nie brakowało, ale blondyna działała na niego jak płachta na byka.
– Dobra, to trzeba je upić i ja biorę blondynę na piętro, a ty zostań z tą małą na dworze, może poproś ją o pomoc przy naciąganiu wody ze studni – zaproponował, co spotkało się z aprobatą przyjaciela.
Kiedy cipcie wróciły z sikania, Artur podał im drinki z podwójną wódką i relanium, które wcześniej znalazł w kuchni. Tabletki prawdopodobnie zostawiła tam jego siostra, kiedy była w górach ostatnim razem. Nie trzeba było długo czekać – dziewczyny po wypiciu mikstury kompletnie odleciały, blondyna padła głową na stół, a jej towarzyszka ledwo stała na nogach.
– Chodź, pomożesz mi z wodą – powiedział, trzymając się planu, Artur.
– Ale ja nie mogę jej tak zostawić – opierała się mała.
– Możesz. Damian jej tu przypilnuje, nic się nie martw. Damianowi stał na maksa. Wiedział, że zaraz dobierze się do blond-suczki. Jego przyjaciel wyszedł na zewnątrz, podpierając zataczającą się małolatę, ta mamrotała jeszcze, że nie powinna zostawiać przyjaciółki samej. Wreszcie został sam na sam z blondyną, która spała z głową na stole. Podszedł i dotknął jej roztrzęsionymi rękami. Nawet nie zareagowała.
– O Jezu – jęczał sam do siebie, kiedy ręka penetrująca niecierpliwie majtki trafiła na cipę. Blondyna miała tam kawał mokrego mięsa, prawdziwy ukryty skarb. Damian dostał gorączki, musiał ją mieć. Chwycił dziewczynę jak worek kartofli, przerzucił sobie przez ramie i poczłapał po schodach na górę, wprost do raju. Kutas mało mu nie eksplodował. Otworzył drzwi od sypialni. Chłód tam panujący sprawił, że dziewczyna się przebudziła.
– Co jest? – mamrotała, opierając się, miała jednak za mało siły, by skutecznie się obronić. Wódka z relanium zrobiły swoje, a Damian dziękował Bogu za to, że Artur znalazł tabletki – małolaty do picia były chętne, ale do łóżka to coś za bardzo je nie ciągnęło. Rzucił dziewczynę na łóżko, ściągnął z niej ubranie. Próbowała mu przeszkadzać, ale był podniecony do granic możliwości i nic nie mogło go zatrzymać. Musiał ją mieć i to natychmiast. Rozłożył jej nogi i nie mógł uwierzyć własnym oczom.
– Ale masz pizdę – sapał podniecony. Już wiedział, dlaczego ciągnęło go tak do tej suki – miała najlepszy kawał mięsa, jaki widział w życiu.
– Nie, nie, proszę – chlipała blondyna, ale Damian, opętany pożądaniem, nie zwracał na jej protesty uwagi. Istniał tylko on i ta wspaniała cipa.
– Mam cię – jęczał z podniecenia, wkładając język prosto między wargi sromowe dziewczyny, wilgoć, gorąco, ekstaza, lizał jak wściekły.
– Co ty mi robisz? Przestań proszę – błagała, ale już się tak nie opierała.
Język Damiana zrobił swoje, podniecona zaczynała pchać biodrami rytmicznie, podobało jej się, jak ją obrabiał tam na dole. Był naprawdę napalony, chciał wyssać ją całą. Blondi wiedziała, że jej pizda napala go do szaleństwa. Dziwnie się czuła pijana, odurzona i podniecona zarazem – było jej już wszystko jedno, chciała dolecieć. Język pracował jak oszalały, nagle zaczęły przychodzić pierwsze fale potężnego orgazmu. Krzyczała.
– Jesteś cudowna – dyszał Damian, kiedy blondyna tryskała mu w usta. Robiła to przy każdym szczytowaniu. W końcu, za którymś jej wytryskiem, nie wytrzymał i spuścił się po prostu w spodnie.
Opadł z sił, ale tylko na chwilę, akurat taką, żeby pozbyć się ciuchów.
– Teraz zaczniemy zabawę, suko. – Naślinił palec i wsadził go w jej ciasną dupę.
– Ja jeszcze nigdy, tam jeszcze nie – znowu próbowała opierać się blondyna.
– To nic, zawsze jest ten pierwszy raz – śmiał się Damian, świdrując palcem jej cudowne dziurki. Czuł, jak mięsiste cipsko puchnie i wilgotnieje znowu, co świadczyło, że blond piękność zaczynała lubić tę zabawę. Wiedział, że musi być cierpliwy – im więcej czasu poświeci na rozluźnienie dziewczyny, tym lepiej mu ją będzie później rżnąć.
– Och, ach. – Suczka zaczynała się nakręcać, miała już dwa palce w dupie. Drugą ręką Damian pieścił najlepszą dziurę świata, a jego kutas stawał, nabierał mocy. Myślał już tylko o tym, żeby wsadzić jej w tę ciasną, dziewiczą dupę. Chwycił kutasa, wycelował po palcu w dziurę, patrzył na mięso jej cudownej pizdy i przez chwilę rozkoszował się perspektywą następnych piętnastu minut, podczas których będzie pompował tę jędrną dupę na wszystkie możliwe sposoby, głaszcząc jednocześnie jej cudowną cipkę, wsadzając w nią palce i wylizując tryskające z niej soki.
– Wsadź mi proszę – wyjęczała namiętnie malolata-blondi-tryskajaca seks bomba.
– Proszę bardzo. – Ochoczo wypełnił polecenie. Nie minęła jedna minuta i dupsko pochłonęło całego kutasa. Damian zanurzył jęzor w ustach blondyny, sunął dupę, ile wlezie. Następna minuta i suka strzeliła z cipy, przeżywając kolejny orgazm. Damian czuł, że fiksuje z podniecenia. Wyciągnął kutasa i lizał raz dupę, raz cipę – uwielbiał to. Zanurzał się raz w jednej, raz w drugiej dziurze, wysysając wszystko, czym tryskała blondyna. Cipa była słodka tak samo, jak i dupa.
– Jezu, jak smakujesz – jęczał.
– Ale ty zboczony jesteś – miauczała zabrana analnym seksem małolata.
Nagle do pokoju wparował Artur i zawołał:
– Tamta wpadła głową w dół do studni! Ledwo ją za nogi wyciągnąłem, kurwa, mało brakowało i byłoby po niej, ja pierdolę, ale byłby cyrk. – Wyglądał na naprawdę zdenerwowanego.
– I co z nią teraz? – spytał Damian. Myśli przelatywały mu przez głowę. Gdyby Artur nie złapał dziewczyny i ta poleciałaby do środka nogami do góry, to chuj, już byłoby po nich. Śmierć, sekcja zwłok, alkohol, relanium, małolaty, seks.
– O ja pierdolę, no, co z nią?
– Śpi na dole, wszystko jest już OK, ale mało brakowało, bracie, naprawdę mało. A wy tu co? Widzę, że dogadzacie sobie ostro.
Napięcie spowodowane stresem przeszło w seksualne podniecenie. Widok, jaki zastał, dał Arturowi niezłego kopa i kutas stanął mu od razu.
– Mogę się dołączyć? – charczał z podniecenia, patrząc na rozłożone przez blond bombę seksowne nogi.
– Nie – zaprotestowała dziewczyna, zaciskając jednocześnie uda.
– Zamknij się, suko, teraz się dowiesz, co to znaczy porządne pierdolenie. Dopadli ją we dwóch, posadzili dupą na Arturowym kutasie, który od razu zaczął porządnie dymać. Damian lizał pizdę, z niej płynęły soki, jakby suka miała tego nie kończący się zapas, już się nie opierała, język w cipie, chuj w dupie zabierały ją do świata seksu, o którym nie miała do tej pory pojęcia.
– Teraz drugi – jęczał Damian, wpychając naprężonego do granic kutasa w wilgotne, gorące mięso, rżnęli ją we dwóch, blondi krzyczała z radości, mamrotała coś o pierdoleniu, że już tylko tak teraz będzie chciała, że jutro też po to przyjdzie. Spuścili się prawie jednocześnie, nie przejmując się tym, że mogą dziewczynie zalać formę, wszyscy krzyczeli z rozkoszy, a potem padli na łóżko, z którego nie zbierali się jeszcze przez jakiś czas. Później Artur wyszedł, mówił, że idzie sprawdzić, co z tamtą. Damian chciał jeszcze, ta blondyna naprawdę go kręciła, fajne cycki i ta jedyna na świecie pizda – strzelające mięso.
Blondi patrzyła z niepokojem na znowu wzwiedzionego kutasa, wiedziała, że będzie jeszcze wykorzystana seksualnie czort wie w jaki zboczony sposób.
– Nie chcę, żebyś mnie rżnął, boli mnie już tam, proszę – szeptała.
Damian chwycił ją wpół i posadził sobie dupą na twarzy, zaczął delikatnie pracować językiem. Chciał ją znowu rozkręcić. Wsadził język do cipy, czuł smak spermy pomieszanej z sokami małolaty-seksi-szmaty. Kreciło go to wszystko, wiedział, że jest zboczony, ale lubił swoją odjechaną seksualność. Był otwarty na różne formy, dzięki temu jego życie obfitowało w różne doznania. Liał cipę, zerkając na nogi dziewczyny, patrzył na wyprężone stopy, suka była naprawdę fajnie zbudowana.
– Ssij – rozkazał, a ona zaczęła ssać. Damian lizał łechtaczkę, starając się podniecić małolatę. Już po chwili oboje jęczeli, usta mieli wypełnione narządami, sapali, dyszeli i mruczeli, nakręcając następny orgazm. Dziewczyna skończyła pierwsza, krzycząc z rozkoszy.
– Szczyj na mnie – prosił Damian podniecony tak, jakby to był jego dzisiejszy pierwszy raz.
Dziewczyna się krepowała.
– No co ty, jak szczyj? – pytała, stając nad Damianem. Ten dyszał, patrząc na blond piękność.
– Sikaj, błagam. – Czuł, że zaraz się spuści, chciał poczuć jej gorący mocz na sobie, podniecało go, że wyleci z tego mięsa, które tak dzisiaj wypieścił. Krople spadają na twarz, Damian otwiera usta i smakuje mocz – jest słony. Wraz z jego smakiem nadchodzi, pierwsza fala orgazmu.
– Teraz na kutasa. – Blondyna trafiła sikiem w wyprężonego do granic członka, Damian prawie zemdlał od orgazmu, który przelatuje przez niego jak piorun, gorący mocz pieści spuszczającego się Damianowego chuja. Dziewczyna przytuliła się całym ciałem, mamrocząc coś o jej ulubionym zboczeńcu, o tym, jak jej było dobrze, że nie chciała, ale teraz to już może zawsze tu przychodzić, chce żeby ją jeszcze czegoś nauczył.
Odkrywała w sobie sukę, która lubi się gzić. Wiedziała, że od tej pory już zawsze będzie marzyła o kutasach drążących jej głodne dziury. Zasypiała w przekonaniu, że kiedyś pozwoli się zerżnąć przez całe stado głodnych samców, najlepiej żołnierzy tak napalonych, jak mogą być napaleni tylko żołnierze powracający z frontu, którzy będą dosiadać ją przez pełne dwie godziny. Zrobi sobie tylko zapas wazeliny, by móc w pełni korzystać z seksu, bo od teraz stanie się on jej życiowym hobby. Damian przebudził się w środku nocy, blondyna zniknęła. Zszedł po schodach, szukając swojej kochanki, ale trafił do pokoju, gdzie w łóżku leżała koleżanka blondyny. Spała mocno po alkoholu pomieszanym z relanium.
To była wspaniała, spontaniczna, szalona wyprawa w góry, która zakończyła się świetną zabawą, a mogła mieć tragiczny finał. Los chciał inaczej, choć od prawdziwych kłopotów dzielił ich tylko malutki kroczek. „Co ma wisieć, nie utonie” – tak było i z nimi, bo jedna z kolejnych górskich wypraw nie zakończyła się już tak wesoło.
Pewnego razu wyjątkowo pojechali tam wraz z Victorią – głodną cipką – i jej nowym przydupasem, na którego wołała Tomaszek. Okazał się amatorem środków odurzających. Już w czasie podroży obiecywał wszystkim „niezłą jazdę” po „magicznych grzybkach”. Po dotarciu na miejsce i wstępnym rozlokowaniu się, Tomaszek zachichotał:
– Gotowi na prawdziwy odlot?
Oczywiście, że byli gotowi, ograny schemat już im się trochę znudził, więc propozycja zaliczenia „odlotu” sprawiła, że mało nie dostali epilepsji z podniecenia. Będą brać coś magicznego – Damian ucieszył się podwójnie, gdyż od czasów, kiedy poznał pończochową wiedźmę, interesował się okultyzmem.
– Za chwilę dostąpicie wielkiego zaszczytu, dzięki tym oto magicznym grzybkom, poznacie „Moc” – oznajmił tajemniczo Tomaszek.
Victoria nie była stuprocentowo przekonana, ale ich stanowcze nalegania oraz poparcie Tomaszka sprawiły, że przestała w końcu oponować.
Kiedy nastał wieczór, który był według Tomaszka najlepszym momentem na zapoznanie się z „Mocą”, wyciągnął worek i rozdzielił grzyby na cztery równe porcje. Zostały natychmiast pochłonięte przez żądnych sensacji przyjaciół. Jedynie Victoria nadal nie okazywała entuzjazmu, jadła, jakby to było jej własne ciało. Może miała jakieś przeczucie, może kobieca intuicja podpowiadała jej, że dzieje się coś bardzo złego. Może czuła, że popełnia błąd, godząc się na podanie grzybków ukochanemu bratu i jego zboczonemu koledze – jak dokładnie było, Damian nie wiedział. Fakt, że nawet jeżeli Victoria-mokra cipka-łowczyni facetów miała wtedy jakieś przeczucie, to go nie posłuchała.
Pochłonęli swoje porcje. Przez pierwsze pół godziny nic się nie działo, po nich przyszły mdłości, po następnych dziesięciu minutach musieli wybiec przed dom, bo wypełniła ich tak potężna życiowa energia, że nie mogli ustać w miejscu. Biegali w koło, śmiejąc się nerwowo. Później pojawiły się kolory, wszystko iskrzyło się, jakby naładowane prądem.
Nagle Artur z Damianem zawyli ze zdziwienia – przeżywali tę samą wizję, co sprawiało, że postrzegali Tomaszka jako szamana, który zamiast ludzkiej głowy miał głowę potężnego kozła. Jakby tego było mało, w jakiś sposób obaj wiedzieli, że jest to właśnie jego prawdziwa głowa, a ta ludzka stanowi tylko przykrywkę sprawiającą, że Tomaszek-szaman-kozioł mógł swobodnie działać pośród ludzi. Nie musieli niczego mówić, bo ich umysły zgrały się w nadzwyczajny sposób, sprawiając, że wymieniali miedzy sobą myśli. Zobaczyli się wtedy na wskroś, przeniknęli własne dusze, dotarli do wiedzy, która uświadomiła im, że jeżeli użyją swojej niezłomnej woli, posługując się niezachwianą intencją, mogą użyć wypełniającej świat energii do zrealizowania własnych planów. Podróżowali przez krainę wiedzy przychodzącej do nich w sposób bezpośredni, pytali o sens stworzenia, cel życia, istnienia ludzi, świat. Pytali o to, dlaczego są tacy, a nie inni. Zrozumieli tej nocy, że ich spotkanie nie stanowiło przypadku, że razem mogą dokonać wszystkiego, mogą zmanipulować przyszłość, która na tamtym poziomie świadomości była w jakiś magiczny sposób dostępna, mogli zadecydować, co się stanie i zdecydowali jednomyślnie: trzeba dojebać ludzkości. Małpy homo sapiens zasługują, żeby im dopierdolić i to tak, żeby nie wiedzieli, w którą stronę mają spierdalać – pomyśleli wspólnym makroumysłem. Ich świadomość połączyła się w jedną, widzieli siebie na duchowym poziomie w sposób nie do ogarnięcia zwykłym umysłem. Tworzyli jakiś supertwór, który bez chwili zawahania – korzystając z nadarzającej się okazji – zamierzył zagładę cywilizacji. Cywilizacji opartej na wzajemnym wyzysku oraz na beztroskim zużywaniu zasobów naturalnych. Na ogólnoświatowej zachłannej grabieży wszelkich dostępnych dóbr. Cywilizacji tworzonej przez pasożyta, który podzielony był na rasy, wyznania, narody. Podzielony na bogatych i biednych, opływających w przepych i dostatki oraz umierających z głodu i pragnienia. Cywilizacji, w której każda grupa ciągnęła w swoją stronę, bez koordynacji zawłaszczając wszystko, co można było zamienić na pieniądz i władzę. Cywilizacji pasożytującej na Ziemi i sobie samym w tak zachłanny sposób, że bardziej zjadliwego stylu życia nie można było sobie wyobrazić.
– Mikama, zodir – przeklinali w starożytnym języku, którego używał znany im satanistyczny zespół Mitote. Byli wtedy jego fanami.
– Mikama, mikama zodir kom se la-che, zodir kom se la-che azodiren – śpiewali, przyzywając wojnę nuklearną.
– Nuclear assault, nuclear assault – ryczeli black-metalowym wokalem, a szalona muzyka grała w całym wszechświecie. Transowy bit, pomieszany z trashowymi gitarami, tempo było oszałamiające, koncert końca świata.
Grali dla zabitych przez inkwizycję, niewolników, ofiar wojen i głodu, dla wszystkich ludzi, którzy byli ofiarami tego chorego systemu opartego na rozdmuchiwaniu liczb makroekonomicznych. Śpiewali dla wycinanych lasów, zabitych delfinów, śpiewali dla siebie, bo nigdy nie czuli prawdziwej satysfakcji z życia na tym padole pełnym zawiści, korupcji i chciwości.
– Jeb, kurwa, jeb – cieszyli się, że wreszcie mogą coś zrobić.
A może tak supernową? Usłyszeli wspólnie myśl, która pojawiła się jakby z nikąd. Pewnie, czemu nie? Supernową w skurwysynów.
– Kali gita o achueria o santas o bados. – Gitary grały ciężkiego rocka, a oni wrzeszczeli jak opętani. – Bafometas, Bafometas, Loki, Neronetas. – Zaklinali kulę ognia, której teleskopy w porę nie zobaczą. Cieszyli się, wyobrażając sobie falę uderzeniową tak potężną, że obiegającą glob kilka razy, widzieli ogień pochłaniający wszystko, widzieli planetę zmienioną nie do poznania. Byli przekonani, że życie przetrwa mimo katastrofy i kiedyś powstanie nowa inteligencja, może lepsza, może zasługująca na to, aby żyć. Inteligencja oparta na wzajemnym szacunku, której życie skorelowane będzie z innymi gatunkami, mądrze dysponująca zasobami, bez podziałów na lepszych i gorszych, ekonomistów i robotników, biednych i bogatych, szlachetnych i cwaniaczków.
– Bumm, bumm – zawodzili – kill him, kill him, zabij bestię zwaną człowiekiem, kill him, o jak pięknie go zabiłeś, pięknie go zabiłeś. – Muzyka grała jak opętana, a oni stali się satanistycznym Mitote. Słyszeli krzyki fanów. Fanów, którzy, nie żyjąc już na fizycznym poziomie, teraz dopingowali ich w tym dziwnym wymiarze nieprzemijającej teraźniejszości, gdzie wszystko było kwestia woli, gdzie obraz świata można było zamierzyć według własnego wzoru, posługując się niezłomną intencją płynącą z wewnętrznej ciszy: stanu, który osiągnęli dzięki Tomaszkowym magicznym grzybkom. Nie mieli w głowie żadnego wewnętrznego dialogu na co dzień bez końca opisującego rzeczywistość – istniało tylko tu i teraz, bez lęku o przyszłość, marzeń czy wyrzutów sumienia. Byli zamknięci w pełnej cudów chwili i rozkoszowali się oświeceniem, którego doświadczali.
– Bazademo – śpiewał Artur, wkładając w to zaklęcie całego ducha.
– Szatan! – odkrzykiwał mu Damian w pełni przekonany, że na Szatana wszyscy, jako ludzkość, zasługują. Zdawali sobie sprawę, że sami są częścią tego drapieżnego gatunku nastawionego na niepohamowaną konsumpcję. Nieraz kierowali się żądzą, chciwością, nieustającym głodem sukcesu, uznania, woli zaznania modowego blichtru, fałszu i bezlitosnego stosunku do bliźniego. Wiedzieli, że zginą razem ze wszystkimi, byli jednak dumni, że potrafili przyznać się do obrzydliwego charakteru swoich marnych egzystencji, że potrafili popełnić zbiorowe samobójstwo, rezygnując z hedonistycznego cieszenia się dalszym życiem. Pierdolić to wszystko, pragnęli umrzeć razem z tą zgrają karaluchów. W momencie podejmowania decyzji w jakiś sposób spojrzeli w głębię wszechświata, gdzie ogromny, niezrozumiały, nieorganiczny Byt obudził się ze snu. Gdy tylko zorientował się, co się stało, zawibrował złowrogo z głodu i wściekłości. Przyjaciele zrozumieli wtedy, że ich decyzja była nieodwołalna i do końca życia przyjdzie im mierzyć się z jej konsekwencjami. Duchowym okiem dostrzegli straszliwego stwora, który – przebudzony ze snu – przygotowywał się do uderzenia. Obudzili się na drugi dzień w normalnym stanie umysłu. Po kontakcie nawiązanym na tym dziwnym „grzybkowym poziomie” nie było śladu. Udawali wesołość, opowiadali sobie, jaki to mieli dziwny odlot, jednak za pustym śmiechem czaił się strach, pierwotny strach o własną duszę. Jeżeli to był tylko odlot, to dlaczego widzieli i czuli to samo? Powoli docierało do nich przeczucie, a w zasadzie niezachwiana pewność, że ich szczęśliwie, beztrosko spędzany razem czas właśnie dobiegał końca. Gdzieś tam na dnie serca wiedzieli, że oddali się temu, którego imię zakazane było od wieków przez Kościół i jego święte księgi. Wiedzieli, że wydając wyrok na ludzkość, zostali masowymi mordercami, bo nie tylko czyny kreują ludzi takimi, jakimi są, ale myśli, dążenia i uczucia także. Wyrażając nieugięta wolę zniszczenia świata, określili jasno duchowy kierunek, w którym pójdą.
– I cośmy narobili? – wyjęczał targany wątpliwościami Damian.
– Musimy pozostać niewzruszeni w swym postanowieniu, przyjacielu. – Artur od zawsze potrafił płynąć z falą.
– Taki jest nasz los, teraz oczekujmy na śmierć, przepełnieni spokojem i niezachwianą wiarą w słuszność naszego postępowania – dodał, patrząc na Damiana. Jego oczy wypełniała pewność siebie. Przez moment znowu poczuli, że stanowią jedno – to był tylko ułamek sekundy, ale wystarczyło, żeby zaakceptowali swoje nowo ułożone życie na normalnym poziomie umysłu. Od tej pory będą żyć tak, jakby za chwilę mieli umrzeć, każdy ich czyn będzie miał ostateczne znaczenie, będą okazywać wdzięczność ludziom, którzy coś dla nich dobrego zrobią, będą doceniać przyrodę, będą czcić każdy dzień, jakby miałby być ich ostatnim. Obaj przekonani byli, że gdzieś tam we wszechświecie coś strasznego podąża w ich stronę i że nie znają dnia ani godziny. Z czasem duchowi bracia podążyli własnymi ścieżkami, Damian spotkał swoją ukochaną, a Artur zarabiał pieniądze, realizując się w swojej pasji samochodowej. Żyli osobno, ale mieli poczucie wspólnoty powstałej na skutek podjętej wtedy decyzji oraz długoletniej przyjaźni. Nie czuli się samotni, wspierali się duchowo i mimo iż kontakty ograniczyły się do minimum, to zawsze gdzieś tam w tle czuli swoją obecność. Tak było do czasu, kiedy Artur zginął w wypadku. Pędził samochodem, droga została źle oznakowana, przeszarżował na zakręcie i tyle. Damiana nie było na pogrzebie. Nie pogodził się ze stratą. Wiedział, że nie może dopuścić do świadomości śmierci swojego jedynego przyjaciela. Nie chciał, żeby ten rozpłynął się gdzieś tam we wszechświecie. Czuł, że jest dla niego ostatnią deską ratunku, że została tylko jego wola i intencja utrzymania świadomości przyjaciela na nieosiągalnym rozumowo duchowym poziomie. Dlatego Damian nigdy nie odwiedził grobu Artura. Za to czasami spotykał go w snach, w których śmiali się, płakali, no i oczywiście knuli przeciwko ludzkości, jak to mieli w swoim zwyczaju…

ROZDZIAŁ 4

– I jak tam? – zapytała małżonka zaraz po wejściu do domu.
– Lepiej nie mówić – wysapał porażany coraz to nową falą paniki Damian.
Czy wszyscy pijący mają tak przesrane? Może tylko z nim coś było nie tak? Może to te wszystkie rzeczy z przeszłości mu to robiły? Hitleryzm, satanizm, brak szacunku dla ludzi i systemu, w którym żył, powodowały te straszne lęki, jakich już po prostu nie mógł znieść.
– Chodźmy do łóżka, pooglądamy coś razem, a później pójdziemy spać, wstaniemy i będzie ci lepiej. – Patrzyła na niego zmartwiona, był w totalnej rozsypce.
– Jakie lepiej? Jakie spać? W życiu nie zasnę z takimi lękami, kochanie.
Przez dobrych parę godzin oglądali jakiś sensacyjny serial – odcinek za odcinkiem. Zrobiło się w końcu późno i jego miłość uznała, że ma dosyć.
– Dobranoc, kochanie – powiedziała, wyłączając telewizor.
– Może chociaż spróbuję poleżeć – wysapał w odpowiedzi.
Czego by nie robił, przez następne trzy, może cztery doby i tak miał przejebane. Oczywiście, że cudownie byłoby po prostu wszystko to przespać, ale nie miał na to żadnych szans. Musiał znosić swoje piekło „na żywca”.
Już pół godziny później jego małżonka chrapała w najlepsze. Dzielnie próbował zasnąć, ale każde dotknięcie snu kończyło się okropną falą lęku przeszywającą jego ciało od stóp do głów.
Lęk nadchodził z pogranicza snu, przynosząc straszne wizje.
W jednej sekundzie delirycznej halucynacji Damian potrafił zobaczyć wiele okropnych rzeczy. Wydawało mu się, że pod kołdrą, którą byli przykryci, siedzą ohydne kuny z piekła rodem. Kuny te, mimo że martwe, były ciągle głodne, czekały więc cierpliwie aż Damian zaśnie.
Innym razem dostrzegał wielki, ciemny kształt stojący u stop łóżka wymownie patrzący na niego nieistniejącymi oczami. Wydawał się świadomy wszystkich złych uczynków, których dopuścił się Damian. Czyhał na jego duszę.
Każda próba zaśnięcia kończyła się majaczeniem, krótkim snem, fragmentem piekła na ziemi, uczuciem zawodu, rozgoryczenia, przegranej, poczuciem winy. Cierpiał tak bardzo, że pragnienie napicia się wódki wypełniło każdą jego komórkę. Doskonale wiedział, że po dwóch głębszych zasnąłby jak przytulone do serca matki, nakarmione do syta niemowlę.
Niestety, nie miał w domu ani kropli alkoholu, a o kupnie czegokolwiek w mieście nie mogło być mowy.
W ogarniętej problemem picia Irlandii rząd ograniczył obywatelom dostęp do alkoholu, wprowadzając prohibicję od dwudziestej drugiej do dziesiątej trzydzieści, co miało niby pomagać w walce z pijaństwem.
Damian nie wiedział, czy prohibicja w czymkolwiek pomaga, wiedział natomiast, że nie kupi sobie niczego procentowego.
Zmagał się z myślą o wypiciu perfum, które to stały na półce w łazience, ale zdawał sobie sprawę, że po czymś takim byłoby z nim naprawdę źle. Musiał wytrwać do rana, wtedy może wstanie, weźmie prysznic i pójdzie do pracy, a może jak nie do pracy, to kupi sobie cztery piwka i jakoś to wszystko wyhamuje.
– Kompletne dno, jestem, kurwa, na dnie – szeptał do siebie, połykając łzy. Jak to się stało, że leżał tutaj obok swojej ukochanej i, zamiast smacznie spać, wypoczywając przed pracą, kręcił się po łóżku niczym gówno w przerębli, walcząc z kacowymi omamami.
– Jak ty wyglądasz, człowieku? – pytał sam siebie.
– Co sobą reprezentujesz?
Zero – odpowiedź była oczywista. Co innego mógł sobą reprezentować czterdziestoletni, spocony jak szczur, bojący się własnego cienia facet.
Damian zastanawiał się nad wyborem: kieliszek czy sznurek? Pić pod sklepem czy dyndać na drzewie?
Wiedział, że istniała jeszcze jedna droga, ale żeby na nią wstąpić, musiałby wstać z łóżka rano, jako abstynent, trzeźwy, pozytywnie myślący człowiek. Przeżyć dany mu od losu dzień godnie, starając się jak najlepiej robić to, co do niego należało.
Musiał skończyć z zastanawianiem się nad tym, co było albo co będzie, bez wyrzutów, bez rozpamiętywania, gruba kreska, osobisty Okrągły Stół.
To było teoretycznie możliwe. Mógł przestać pić. Problemem wydawało się tylko konsekwentne utrzymanie życia w trzeźwości. Żeby tego dokonać, Damian potrzebował fundamentalnej zmiany na wszystkich poziomach swojej świadomości.
Musiał spróbować, był u kresu, miał dosyć swojego życia, całym sobą czuł, że jeżeli natychmiast czegoś nie zrobi, to już niedługo w jakiś tragiczny sposób zakończy swoją smutną, nieudaną egzystencję.
Trzeba zrobić rachunek sumienia – pomyślał, próbując chwycić się przysłowiowej brzytwy. Może byłby to krok na nowej, trzeźwej drodze życia? Może spowiedź dałaby mu lekkość, z którą łatwiej byłoby nią ruszyć?
Damian czytał kiedyś książkę o alkoholizmie – ileś stopni szczęścia w tytule – było tam o szczerości, o wyznaniu winy, o przerwaniu łańcuszka kłamstw. Potrzebował spowiednika, któremu mógłby opowiedzieć o swojej nienawiści, zazdrości, smutku.
Potrzebował kogoś, komu mógłby pokazać swój życiowy bagaż dźwigany niczym worek kamieni. Kogoś, kto zrozumie, że decyzja, jaką podjął wtedy wraz ze swoim przyjacielem, będąc pod wpływem magicznych grzybków, to obciążające wyrażenie życzenia masowej zagłady, zdeterminowało tragicznie ich los.
Damian potrzebował kogoś świadomego grzechu, jaki wtedy popełnili, kogoś tak miłosiernego jak sam Jezus. Potrzebował znaleźć człowieka, który wybaczy swojemu oprawcy. Może wtedy, już oczyszczony poprzez to wybaczenie, mógłby zacząć na nowo, może wtedy wygasłaby w nim złość, która pchała go do picia, może stałby się z powrotem szczęśliwym człowiekiem, dla którego rzeczywistość na trzeźwo byłaby do przyjęcia. Potrzebował kogoś, kto wysłucha i podejdzie do wszystkiego z dystansem, kto da mu rozgrzeszenie, otwierając drzwi do nowego rozdziału jego osobistej historii.
Naturalnym wyborem wydawał się być katolicki ksiądz, może jakiś proboszcz, co w hierarchii kościelnej wysoko zaszedł i pewnie dzięki temu bliżej pana Boga będąc, mógł lepiej ludziom pomagać.
Noga Damiana dawno nie stała w katolickiej świątyni, jego świadomość przesiąknięta była historiami wiernych, którzy traktowani byli przez Kościół bardzo przedmiotowo, a sama instytucja kojarzyła mu się bardziej z fabryka pieniędzy niż miejscem kultu. W jego rozumieniu Kościół stał się, a może zawsze był, wygodną fasadą dla ludzi, którym przebranie księdza służyło do ukrycia prawdziwych celów.
Teraz jednak, w chwili życiowego załamania, bardzo tęsknił za klimatem wiecznego spokoju panującym w świątyni. Tęsknił za zapachem świec, kadzideł i duchowej tajemnicy.
Damian lubił kościół w czasie, kiedy nie odprawiano w nim nabożeństwa. Kontemplował wtedy atmosferę oderwania od rzeczywistości.
Czasami organista przeprowadzał próby, muzyka niosła Damiana daleko poza znany mu świat.
Leżał tak obok swojej ukochanej, która – objęta przez Morfeusza – cieszyła się spokojnym snem i słuchał organów Bacha wprost ze swojej wyobraźni. Wspominał dawne czasy, kiedy zaczynające się dopiero życie dawało możliwość wyboru.
Zasnął w końcu z przepełnionym smutkiem sercem.
Przyśniła mu się rodzinna wieś matki, do której rodzice wysyłali go na wakacje. Była to tania alternatywa dla kolonii czy letnich obozów, za którymi Damian nie bardzo przepadał. Preferował to miejsce ze względu na kompletny luz, jaki panował pod rządami ciotki. Mógł zajarać szluga, powłóczyć się po okolicy czy zobaczyć, jak wujo puszcza kuraki, co było jedną z najśmieszniejszych rzeczy, jakie widział w tamtych czasach. Często biegał za wujkiem Jurkiem i wołał:
– Puszczamy kuraka, puszczamy kuraka?
– No dobra, pokaż którego. – Wujo uśmiechał się szeroko.
Damian dokonywał wyboru, po czym wujek Jurek łapał ulubionego przez Damiana kurczaka jedną ręką za nogi, w drugiej trzymając dobrze naostrzoną siekierkę, wprawionym ruchem umieszczał ptaka na specjalnie przygotowanym pieńku, po czym mocno uderzał siekierką w jego szyję, krzycząc jednocześnie:
– Patrz na kuraka, patrz na kuraka!
Głowa odpadała, krew sikała, wujo puszczał zwierzę, a ptaszysko, mimo że pozbawione głowy, latało po ogrodzie jak szalone. Damian krzyczał z radości, zaś wujek Jurek głośno śpiewał jakąś wojskową piosenkę z czasów drugiej wojny światowej. Były to piękne, słoneczne dni pełne naiwnej radości i szczęścia.
Damian śnił dalej, tyle że już nie był małym chłopcem, ale poszukującym pomocy zagubionym czterdziestolatkiem.
Szedł wiejską drogą w kierunku kościoła, był umówiony z tamtejszym proboszczem na spotkanie w jego gabinecie. Chciał mu wyznać wszystkie grzechy i opowiedzieć o swoim problemie z piciem doprowadzającym go na skraj życiowego załamania.
Szedł wypełniony nadzieją, że proboszcz pomoże ściągnąć mu z pleców ciężar, który tak przytłaczał, czyniąc go beznadziejnie nieszczęśliwym.
Po przybyciu na plebanię, Damian chwycił za klamkę gabinetu proboszcza, wszedł do środka, natychmiast uderzył go piękny wystrój, drewniane meble, półki pełne mądrych ksiąg, wielkie biurko, a za nim cierpiący na nadwagę ksiądz siedzący na bogato zdobionym fotelu. Pierwsza myśl, jaka przeszyła Damiana na widok proboszcza, przyniosła pytanie, czy człowiek, który folguje sobie życiem w takim przepychu, będzie w stanie udzielić mu duchowej pomocy.
Zerknął niepewnie na okrągłą, zaczerwienioną od nadużywania mszalnego wina twarz wyrażającą niecierpliwe pytanie: czego tam chce? Zapasiony duszpasterz przyodziany w czarna sukienkę usiłuje pozbyć się uczucia świądu odbytu, z zapałem wiercąc się na fotelu-tronie.
– Niech będzie pochwalony – rzucił cichutko Damian do gospodarza parafii-fana tłustych potraw-przedstawiciela Jezusa Chrystusa.
– Na wieki wieków – odpowiedział proboszcz, łypiąc świdrującymi oczkami na intruza. Przebierał paluchami. Wyglądały jak tłuste serdelki, na które jakiś szalony kreator mody ponakładał wyszukaną złotą biżuterię. – Co cię sprowadza, synku? – Zezował na Damiana, zastanawiając się, ile można wyciągnąć z tego smutnego frajera.
– Problem z piciem, bardzo chciałbym zerwać z nałogiem. Mam przeczucie, że fundamentem mojej choroby jest zły stan mojego ducha, do tego zagubiłem się gdzieś w materializmie, pędzony chciwością wpadłem w finansowe tarapaty, źle inwestując lata pracy, jestem złym, sfrustrowanym człowiekiem, który zazdrości każdemu, nawet panu, ojcze. – Kurwa, dlaczego nazwał tego prosiaka swoim ojcem? Może dlatego, że on nazwał go swoim synkiem?
Proboszcz-paluch-serdelek już wiedział, że ten tutaj to strata cennego czasu. Zamiast kontemplować kościelną atmosferę, obserwując jędrne pośladki ministrantów, siedział tu z pożal się panie Boże alkoholikiem i słuchał o jakichś duchowych problemach.
– No cóż, bardzo mi przykro, chciałbym pomóc, ale my tutaj alkoholizmu nie leczymy, może do anonimowych trzeba albo lekarza dobrego. Jak spowiedzi potrzebujesz, grzechy swe wyznać, to do kościoła zapraszam. – Robił wszystko, żeby pozbyć się intruza.
– Chciałbym grzechy wyznać, ale pytania mnie, Ojcze, dręczą, dlaczego na przykład nasz Jezusek najlepszy, jedyny do zbawienia prowadzący, dlaczego nie Mahomet albo inny Budda? Jak to byłoby, gdybym się Hindusem narodził na wsi jakiejś i nigdy o naszym panu Jezusku nie słyszał to, co do piekła tak od razu w ogień bym poszedł?
Proboszczowa twarz zrobiła się czerwona jak burak. Wylew mu idzie jak nic – myślał Damian, czekając na rozwój wypadków.
– Co ty mi tu za pytania durne zadajesz, ha? – sapał proboszcz-miłośnik wina. – Boga się nie boisz, takie rzeczy do duchownego wygadywać?
Serdelki u rąk chodziły jak oszalałe, proboszcz młynka paluchami kręcił, aż pierścieni nawet zobaczyć nie było można.
– Idź z Bogiem, młody człowieku, i pamiętaj, że Jezus cię kocha – skończył dyskusję przebrany w czarną sukienkę smakosz miłości greckiej.
– Ale ja pomocy potrzebuję, ojcze proboszczu. Przecież to wasza posługa, ludziom pomagać, ten Jezus o którym mówicie, potrafił nogi ludziom myć, trędowatym rękę podał, chorych wiarą leczył, a tu co? Z kwitkiem człowieka zagubionego odprawiacie? – Damian prawie płakał, widząc, że bagażu życiowego to on się tu nie pozbędzie, a bez tego nowa droga zamknięta, zero szans na osobistą grubą kreskę.
– Idź, bo policję zawołam. – Proboszcz stracił cierpliwość, miał wyraźnie dosyć tak świądu dupy, co to mu został po wczorajszym „tylnim miłowaniu”. którego wierceniem na tronie nijak pozbyć się nie mógł, jak i tego pomieszańca, co herezje miał tu czelność wygłaszać.
– Gdyby Jezus z grobu nie zmartwychwstał, to by się w nim codziennie przewracał, widząc, co wy, pederaści, pedofile, pazerne bydlaki zrobiliście z jego Kościołem – nie owijał w bawełnę zrozpaczony Damian. – Tylko kasa się dla was liczy, władza i kariera, dzięki której możecie realizować swoje pragnienia – wyrzucał z siebie urazę, którą od dawna do Kościoła chował. – Gdzie wyrzeczenie, skromność, oddanie bliźniemu, gdzie poświecenie dla umacniania wiary, jaki przykład dajesz innym, prosiaku jeden? – wrzeszczał i ten wrzask obudził zarówno jego, jak i żonę, która, siadając na łóżku, spytała:
– Co z tobą, kochanie, zły sen?
– Tak jakby, przyśnił mi się proboszcz parafii z babcinej wioski, do której na wakacje jako dziecko jeździłem – odpowiedział Damian.
– I co, złapał cię na kradzieży wina? – zażartowała małżonka, obracając się jednocześnie na drugi bok.
Damian w tym czasie zastanawiał się nad znaczeniem swojego snu.
Może to nie tędy biegła droga, może to on sam musiał sobie wybaczyć. Był przekonany, że Kościół nie pomoże mu, bo nawet jeżeli była w tej instytucji jakaś resztka uczciwych, szlachetnych ludzi, to prawdopodobieństwo trafienia na takich wydawało się niewielkie. Musiałby szukać na misjach albo w domach opieki, a takim prawdziwym sługom Bożym Damian swoimi problemami głowy zawracać nie chciał.
– Boże, pomóż mi, proszę, chciałbym przestać pić i nigdy do tego nie wrócić.
Jego ulubiony wielki przywódca twierdził, że nic się nie dzieje bez udziału woli, dlatego wypowiedział te właśnie słowa, które wyrażały niezłomne pragnienie zmiany, chęć naprawy życia, potrzebę znalezienia sensu własnej egzystencji.
Zwrócił się do Boga ze względu na swoje wychowanie – jego rodzice zaszczepili w nim wiarę, że istnieje siła, do której można się zwrócić, której można służyć, siła, którą w razie potrzeby można prosić o pomoc.
Jako dziecko kojarzył Boga z Kościołem z czasem zrozumiał, że Kościół to tylko jeszcze jedna instytucja pełna rożnych ludzi – uczciwych, pełnych wiary, pomagających bliźnim, wypełniających swoje powołanie oraz takich, którym przebranie się w sutannę umożliwiało czynienie zła.
Pod wpływem nabytej wiedzy i doświadczeń Damian oddzielił Boga od Kościoła. Pewnego dnia zrozumiał, że religie przyczyniają się bardziej do podziałów wśród ludzi niż do ich jednoczenia. Przedstawiciele różnych wyznań sądzą, że tylko ich droga prowadzi do zbawienia, a imię czczonego przez nich Boga jest jedynym prawdziwym. Dlatego już dawno dał sobie spokój z religiami, natomiast wiary w sprawczą, świadomą siłę, która stwarza wszechświaty, nigdy nie stracił. Miedzy nim a Bogiem bywało raz lepiej, raz gorzej, ale ogólnie mogli na siebie liczyć.
– Pomóż sam sobie – powiedział do siebie i podjął decyzję o ostatecznym zerwaniu z nałogiem.
Metoda małych kroczków.
Musiał skupić się na chwili obecnej i w niej realizować założony plan, robić wszystko, co służyło osiągnięciu celu, eliminując jednocześnie rzeczy, które go osłabiały i działały przeciwko niemu.
Trzeba się czymś zająć – wykonywać założone zadania i robić to z oddaniem i poświeceniem, tak jakby to miały być ostatnie rzeczy w tym życiu.
– Idę do kuchni sprzątać, i tak nie zasnę – powiedział do ukochanej i, nie zważając na jej protesty, uczynił tak, jak postanowił.
W kuchni znalazł kartkę papieru, na której napisał: „godzina pierwsza – sprzątanie”. Mył naczynia, czyścił półki, równiusieńko układał wszystkie przedmioty.
Po godzinie zajęcie, któremu oddał się bez reszty, zabrało lęk i napady paniki.
Po drugiej poczuł zmęczenie, a wraz z nim chęć położenia się do łóżka. Wrócił więc do sypialni, gdzie spała jego małżonka, położył się i stwierdził, że jest lepiej.
Odrobinkę, ale lepiej – światełko w tunelu, mała szansa na szczęśliwe życie. Musiał tylko wytrwać.
Wiedział, że nie ma wyjścia. Musiał poradzić sobie sam.
W Kościół nie za bardzo wierzył, a psychiatra przydzielony z ubezpieczenia wpędzić go mógł tylko w kolejny nałóg, może nawet gorszy od alkoholizmu.
Pamiętał szokujący program o amerykańskich, australijskich i kanadyjskich lekarzach wciskających oxycontine – lek zawierający heroinę – pacjentom skarżącym się na ból głowy czy pleców. Był przekonany, że lekarzowi nie mógł zaufać, bo ten, kierowany chęcią zysku, naciskany przez firmę farmaceutyczną, przypisze mu jakieś gówno, od którego nie uwolni się już do końca życia, nawet do końca nie wysłuchawszy Damianowej historii.
Oczyma zrozpaczonej wyobraźni zobaczył siebie w gabinecie psychiatrycznym, gdzie dla sprawienia dobrego wrażenia ubrany w śnieżnobiały kostium uzdrowiciel ludzkich dusz zerkał na niego spod okrągłych okularków, drapiąc się jednocześnie po wypielęgnowanej bródce.
– Z czym mamy problem? – pyta znawca tematu, ale dlaczego pyta w liczbie mnogiej? Może od razu chce stwierdzić schizofreniczne rozszczepienie osobowości, bo to akurat idealnie pasowałoby mu do choroby alkoholowej?
Jak Damian miałby odpowiedzieć? Że „mamy” problem z sensem życia, Bogiem, wszechświatem? Czy też, że „mam” problem z dziwnym dwubiegunowym postrzeganiem rzeczywistości.
Na jednym poziomie jestem zrozpaczonym nieudacznikiem, który radzi sobie z poczuciem życiowego bezsensu wlewając w siebie litry alkoholu.
Na drugim jestem katem, duchowym oprawcą złych ludzi, programatorem rzeczywistości, szatanem przywołanym w celu ostatecznego rozwiązania problemu dzisiejszej cywilizacji.
Jeśli zdecyduje się podać pierwszą wersję, dostanie cały „zestaw lęków” typowy dla alkoholowych schizoli, a jeśli drugą, to na bank trafi na oddział, z którego już pewnie nigdy nie wyjdzie, bo tam za pomocą swoich kolorowych tabletek wyciągną z niego gwałty, zabijanie, potwory, seryjnych morderców i Hitlera.
Wyciągną z niego historię o Tomaszku-Koźle, magicznych grzybkach, duchowym bracie, który twspomaga go z wyższego, niedostępnego żyjącym poziomu.
Dlatego milczy.
Lekarz myśli za to o bilansie finansowym, który mógłby być lepszy, gdyby miał więcej szczęścia i leczył znanych, bogatych ludzi, którym to zapisywałby proszki na dobre samopoczucie, wmawiając im jednocześnie, że wszystko będzie dobrze, bo ten brak satysfakcji z życia i osiągniętych sukcesów, to tylko przejściowe.
Kupiłby sobie wtedy porsche i wielki dom w dobrej dzielnicy, miałby ładne asystentki, które w chwilach przerwy pomiędzy przyjmowaniem wypasionych pacjentów ubierałby pasy z wielkimi kutasami i rżnęłyby go we wcześniej wyczyszczoną lewatywą dupę.
Bo pan doktor, jak większość psychiatrów, tylko dobrze udawał normalnego, tak naprawdę był hedonistycznym zboczkiem, którego rodzice zmusili do studiowania tego akurat kierunku zapewne przez to, że sami nie radzili sobie ze swoimi problemami.
Damian okiem wyobraźni widział małego pana doktora, jak podgląda swoją matkę, która z zapałem rżnie tatuśka. Rodzice nie wiedzą, albo i nie chcą wiedzieć, że ich mały synek przechodzi właśnie na stronę anal-seksu, że podniecony zastanym widokiem, pieści swój odbyt najpierw palcem, potem znalezioną w szufladzie świeczką, że uczucie, którego doznaje w swojej dupie, zabiera go do innego świata.
Pan doktor już nigdy nie odnajdzie się w „normalnym” związku, będzie odwiedzał prostytutki zadowalające go w ten właśnie sposób. Wstydzi się przed samym sobą tej skłonności do „miłości greckiej”, gdzieś tam na dnie serca lęka się, że jest ukrytym pedałem. Całość tworzy wewnętrzny konflikt, który sprawia, że nie jest w stanie pomagać innym. Dlatego nigdy nie zrobi wielkiej kariery, nie będzie miał wymarzonego porsche i całej reszty, będzie za to zmuszał tanie dziwki do robienia mu tych chorych rzeczy i pozostanie przy zapisywaniu zaleconych przez korporacje leków ludziom w swej nieświadomości szukającym u niego pomocy.
– Lekarzu, lecz się pan sam – mówi Damian do swojego mirażu i zaczyna planować następny dzień – bardzo ważny, bo pierwszy, uczciwy dzień zdeklarowanego abstynenta.
Musi wypełnić go zadaniami: sprzątaniem, ogrodem, czytaniem, no i – co najważniejsze – sportem.
Co godzinę trzydzieści pompek. To najlepsza chemia antydepresyjna, czytał, że lepsza niż to farmaceutyczne gówno, które wciskają pseudo-lekarze.
Z uprawiania sportu popłyną mu w żyłach endorfiny, a te wygonią lęki, panikę i żal. Z czasem przyniosą spokój i radość z życia.
Trzeba się skupić na tu i teraz.
Damian zasypiał z nadzieją.
Przebudzenie – fala paniki, pytanie – czy da radę?
– Nie masz wyjścia, koleś, musisz dążyć do doskonałości, zacznij od prysznica, pompek, zrób śniadanie żonie, potem kolejne pompki i praca w ogrodzie. Dziwne takie gadanie do siebie, ale pomaga…
Poszedł pod prysznic, oblewał się na zmianę raz gorącą, raz zimną wodą co by przyspieszyć przemianę materii. Wyszedł z kabiny, jego ukochana zauważyła wzwód, bez słowa wypięła się i pieprzyli się ostro na stojąco, dolecieli razem.
– To będzie dobry dzień, kochanie – powiedziała do niego zdyszana.
– Wiem. – Wierzył w to głęboko.
Uwielbiał w niej tę otwartość. Potrafiła wyczuć, o co mu chodzi, była damą, ale gdy tego potrzebował, umiała zagrać kurwę. Dobrze wiedziała, jak lubił prostytutki, czasami dawała mu w taki właśnie prosty sposób: potrzeba – usługa – satysfakcja.
Potrafiła stworzyć tę unikalną atmosferę panującą w burdelu: rytuał polowania, wyboru, opłata, później używanie, przedmiotowość, niech się nie odzywa tylko robi, co klient każe.
Damian doskonale pamiętał, kiedy pierwszy raz poszedł do kurwy, spróbował i zakochał się od pierwszego wejrzenia.
Pamiętał jak dziś: gazeta, rubryka „towarzyskie”, telefon:
– Halo. – Miękki ton głosu sprawia, że staje mu od razu.
Jest tak napalony, że nie może usiedzieć w taksówce, pukając do drzwi willi, musi głęboko oddychać, żeby opanować podniecenie. Za chwilę tam wejdzie, zapłaci i będzie robił jakiejś nie wiadomo jeszcze jakiej suce różne rzeczy.
Drzwi otwiera wielki jak góra ochroniarz.
– Właź. – Poznaje po minie, że ma do czynienia ze zboczonym, napalonym do granic histerii małolatem. Wisi mu to, że gówniarz ma szesnaście lat, jak już przylazł i zapłacił, to niech sobie popierdoli.
– Kasa, sto złotych za godzinę, wybierz sobie – mówi, wskazując na drzwi.
Damian łapie za klamkę i wchodzi. Siedem, może osiem dziewczyn siedzi wokół ławy. Wodzi wzrokiem i już wie, czarne włosy, ciemna karnacja, mini, czarne pończochy i szpile.
– Pójdziesz ze mną? – pyta drżącym głosem, chuj mu stoi tak, że za chwilę eksploduje, Damian nie chce tak szybko kończyć, będzie ją lizał i to długo.
– Da, pajdu – uśmiecha się Rosjanka.
Idzie przodem, schody, Damian podąża za nią, patrzy na nogi, pończochy, zaraz zwariuje, dupa kołysze mu się przed nosem, myśli tylko o tym, żeby wsadzić jej w tę dupę język.
– Idziemy pod prysznic – mówi do niego kurwa, otwierając jednocześnie drzwi od pokoju.
– Ja pójdę, a ty nie. Chcę cię czuć taką, jaka jesteś – odpowiada roztrzęsiony.
– Jak chcesz, ostatni prysznic brałam przed pięcioma godzinami, klient mnie brał, ale w gumie, co myślisz? – Patrzy na Damiana i wie, że to młody perwers, erotoman, męska wersja nimfomanki.
– Super, dla mnie bomba.
Podnieca go myśl, że ruchała się parę godzin temu, na pewno został tam smak jej orgazmu, zaraz ją spróbuje. Nie może się doczekać, idzie szybko pod prysznic, kutas stoi, stara się go nie dotykać, boi się, że wystrzeli.
– Obróć się tyłem na czworaka – mówi Damian łamiącym się głosem.
Prostytutka patrzy na niego niepewnie, ale obraca się, wypinając piękną dupę. Spódniczka opina ją wspaniale, pończochy są dobrego gatunku, szpilki czerwone, cała suka seksi jak cholera.
Damian nic – ani buzi, ani macanek – odchyla gacie i jęczy z zadowolenia. Mięso aż wystaje, będzie co possać, ale zaczyna od dupy, pierwszy ich dotyk to zetkniecie jego napalonego języka z jej gorącym anusem. Słodko. Liże, wsadzając język coraz głębiej, dupa też mięsista, wyrobiona, widać, że suka lubi ten sport, wie, że nie ma niczego lepszego niż obrabianie dupy. Damian wkłada serce w to, co robi, kurwa jęczy, jest jej dobrze, tego się nie spodziewała po tym zboczeńcu – chłopak wie, jak się liże anusa, robi tak, że ciarki idą wszędzie.
Teraz cipa, cudo, czysta namiętność, prostytutka kończy jęcząc, Damian odchodzi od zmysłów, przewraca rosyjskie cudeńko na plecy jak lalę, bawi się cyckami, sutki sterczą, głaszcze nogi, całuje stopy, rozkoszuje się widokiem swoich ulubionych fetyszów:
– Daj, possę – mówi cicho kurwa.
– Nie, jak mi weźmiesz, to się spuszczę od razu, tak jestem napalony – odpowiada zmartwiony Damian.
– Czekaj, połóż się na brzuchu, zrobię ci tak, że nie wytryśniesz, a będzie dobrze, obiecuję. – Lala jest biegła w temacie.
Damian kładzie się posłusznie, suczka od razu dopada do jego dupy, wsadza mu język w taki sposób, że on od razu wie – to jej hobby, kocha lizać tak samo, jak i on.
Poznaje ten namiętny styl, język pieści otwór, powoli wchodzi i wychodzi, suka nie używa rąk, śmiga po odbycie, rozprowadza ciarki po całym ciele, całuje się namiętnie z jego dupą, jakby miała do czynienia z ustami.
Damian jest w niebie, już wie, że będzie bywalcem burdeli, wie, że będzie wybierał niewinnie wyglądające nieśmiałe suczki i będzie je zmuszał do lizania mu otworu, aż się spuści.
Właśnie tak jak teraz. Przecudowny orgazm sprawia, że Damian krzyczy, potem długo dochodzi do siebie.
Po chwili idzie pod prysznic, wraca i bierze Rosjankę na wszystkie możliwe sposoby.
Używa jej jak kupionej w kiosku lali i bardzo mu się to podoba, kończy w jej w ustach, leci do nieba, jest szczęśliwy.
Rozmawiają, ciekawi go ta namiętność do lizania dupy u niej. Ona opowiada, że ojczym wymyślił taką zabawę jak miała jedenaście lat. Nie był brutalny, tłumaczył jej, że to normalne, takie okazywanie miłości, trochę się bała, trochę wstydziła, kiedy całował ją między nogami.
Czuła, że to złe, szczególnie, że robili to tylko wtedy, kiedy nie było w domu mamy.
Za którymś razem odprężyła się na tyle, że doleciała, pamięta tamto uczucie, poleciała wtedy prosto do nieba. Od tamtego czasu wiedziała już, że jest niegrzeczną dziewczynką. Musiała być zła, skoro podobało jej się to, co robili wtedy po kryjomu.
Po kilku tygodniach zabaw z ojczymem poprosiła go, żeby coś zrobił z żarem który na widok jego wielkiego kutasa rozpala ją tam w cipce. On tłumaczył jej, że muszą cipkę zostawić w spokoju, bo gdyby lekarz ją przypadkiem zbadał, to wydałaby się cała ich tajemnica. Po tym, co mówił, upewniła się tylko, że to, co robią, jest bardzo złe, ale mimo to uprosiła ojczyma, żeby chociaż w tę drugą dziurkę, bo ona nie wytrzyma dłużej tego dręczącego ją napięcia.
Przeczuwała, że ten wielki przyrząd będący w jego posiadaniu może dać dużo radości.
Nieraz podglądała matkę nadziewającą się z zapałem na ojczymowego kutasa. Robiła to w różnych pozycjach, krzycząc z podniecenia, ale jej najbardziej podobało się, jak leżała na plecach, a ojczym brał ją, zakładając sobie jej nogi na ramiona.
Właśnie tak chciała spróbować, na nic nie zdały się tłumaczenia, że jest za mała, za ciasna. W końcu postraszyła go, że powie o wszystkim, jeżeli ten nie weźmie jej tak, jak robi to w sypialni z jej matką.
Tatuśko nie miał wyjścia, przygotowywał otwór dobre dziesięć minut i już wtedy same palce wchodzące w tyłek sprawiały jej nieziemską rozkosz. Jednak prawdziwego szoku doznała, kiedy wziął ją w jej wymarzonej pozycji. Uczucie bólu pomieszanego z rozkoszą sprawiło, że odleciała już po kilku ruchach, leciała jeszcze pięć razy, zanim jej ojczym spuścił się jej w usta.
Przez dwa następne dni była tak zadowolona i odprężona, że żyła jakby w innym świecie. Na trzeci dzień poczuła pustkę tam na dole, którą pragnęła wypełnić jak najszybciej.
Gdy tylko matka wyszła do pracy, dosiadła ojczyma jak rasowego konia, oszalała, ujeżdżając go jak dzika i znowu dwa dni obolałej, przyjemnie odprężonej dziury.
Z czasem ojczym przestał jej starczać, więc upatrzyła sobie nauczyciela od WF-u. Nie był w stanie się jej oprzeć – mimo iż była taka młodziutka, po doświadczeniach z ojczymem wiedziała, jak rozpalić starszego faceta. Wuefista dopadł ją jak dzikus, leciała kilka razy. Później byli chłopcy ze starszej klasy, aż w końcu została prostytutką. W sumie robi to, co lubi, a najbardziej z tego wszystkiego obrabiać dupę: lizać i ruchać bez opamiętania. Tak naprawdę to bardziej lubi rżnąc się w dupę niż w cipę, odlatuje wtedy totalnie.
Kiedy skończyła swoją opowieść, Damianowi stał znowu, tyle że czas się kończył. Dopłacił więc sześćdziesiąt złotych, żeby zostać jeszcze pół godziny. Lala zadzwoniła do ochrony, poinformowała, że klient zapłacił extra.
– Zagraj dla mnie, jak to było z ojczymem, proszę. – Damian czuł, jak budzi się w nim deprawator.
Chciał ją wziąć jako nieletnią, nieświadomą zagrożenia suczkę. Ruska poszła do pokoiku obok, po chwili wróciła przebrana za dziewczynkę – podkolanówki, kolorowa sukienka, warkoczyki, majtki w stylu dziewczęcym, naprawdę grała świetnie, widać, że niejeden klient prosił ją o taki występ.
– Chodź, pobawisz się z tatusiem, tylko nikomu nic nie mów, bo ludzie będą nam zazdrościć. – Oboje szybko wchodzą w role.
– Dobrze, tatusiu, a co mam zrobić? – pyta go z niewinną miną.
Jest napalony, jakby nic nigdy nie ruchał, ta Ruska wydaje mu się po prostu doskonała. Staje się ojczymem, który weźmie swoją młodziutką pasierbicę analnie i będzie ją walił, aż spuści się jej w dupę, obserwując jednocześnie jej wykrzywioną bólem twarz.
– Na początek pokaż tatusiowi, jak siusiasz, robiłaś dzisiaj kupkę? – Powiedz, bo tatuś chce ci zbadać obydwie dziurki. – Bawi się świetnie, patrząc na jej zdziwione, zawstydzone i jednocześnie zaciekawione oblicze.
– Robiłam kupkę, siusiu, pomagałam sobie paluszkiem, tak jak mamusia uczyła.
Damian czuje, że fiksuje z podniecenia, patrzy, jak kurwa ściąga majtki i ściska ze wstydu uda, nie wytrzymuje, dopada ją, liże, wsadza język, potem brutalnie rżnie jej dupę, krzyczy z podniecenia, widząc autentyczne łzy spływające pasierbicy po policzkach.
Tak. Naprawdę wtedy czuł, że robi chore, zboczone i niedozwolone rzeczy. Spuścił się w dupę, po czym długo nie mógł dojść do siebie.
Ten pierwszy raz w burdelu był cudownym doświadczeniem. Damian odkrył, że znalazł miejsce, gdzie za pieniądze może spełniać swoje najbardziej wyuzdane fantazje.
– Zjem coś i jadę na paznokcie, dasz sobie radę? – spytała go żona z troską w głosie.
– Tak, wezmę się za ogród, jest trochę zaniedbany, praca na świeżym powietrzu dobrze mi zrobi.
Jedli śniadanie – ona kanapki, on trochę niesłodzonych otrębów z mlekiem. Potem przyszła fala mdłości, panika, lęki, oddychanie. Byleby do końca nie zwariować.
– Do miłego później, kochanie. – Małżonka wyszła, zostawiając go samego.
Walczył, by nie pobiec do sklepu, robił pompki, zmywał naczynia, znów pompki, koszenie trawy, pompki, przygotowywanie obiadokolacji, pompki, powrót żony, lizanie pizdy, walenie konia, telewizja, wiadomości, nienawiść, wojna, zmiany klimatyczne.
– Jebać to, ważne jest tu i teraz – wypowiedział to z pewnością, której dawno nie było słychać w jego głosie.
Żona uśmiechnęła się do niego, bo wiedziała, że jej ukochany podjął rękawicę i postanowił walczyć…

Rozdział 5

Jechał do Radissona pełen nadziei, że kilkugodzinny pobyt na siłowni i basenie chociaż trochę wpłynie na jego samopoczucie. Planował dać sobie ostro w kość, przyśpieszyć przemianę materii. Miał nadzieję, że uda mu się znieść obecność ludzi, klaustrofobię i chęć ucieczki. Był w rozsypce, każde zadanie, jakie sobie stawiał, wydawało się nie do zrealizowania. Trzymał się ostatkiem sił, całym sobą walczył z pragnieniem skierowania się do szpitala psychiatrycznego po jakąś pomoc.
Niepokój, lęk i ataki paniki. Prosty opis rzeczywistości, której na pewno nie można było określić jako „kraina szczęścia”. Był to ponury świat narkomana tracącego jedyny prawdziwy cel swojej śmiesznej egzystencji. Bez pijackiego rauszyku wyłaził na wierzch cały bezsens Damianowego życia, jego słabość i tandeta, zmarnowane lata upominały się o wyjaśnienie.
Myślał, że jest nieśmiertelny, że ciągle będzie młody i zawsze znajdzie czas na zrobienie czegoś dobrego, pożytecznego z darem, który otrzymał od swoich rodziców. To, czym się stał, na pewno nie odzwierciedlało ich wizji własnego dziecka. Nie planowali, kim miał być, nie narzucali mu swojej woli. Pragnęli tylko, żeby był szczęśliwym człowiekiem, który, kierując się pozytywnym myśleniem, daje siebie światu i ludziom. Niestety, on poświęcił swoje życie na wspieranie rynku monopolowego, poświęcił swoją młodość, która w sposób naturalny sprzyjała poszerzaniu wiedzy, rozwojowi osobowości i talentów.
Od całkowitego psychicznego załamania dzielił Damiana malutki kroczek. Tym malutkim kroczkiem mógłby być czyn, jaki od paru dni opisywały polskie media, powtarzając jak mantrę wiadomość o sześciu śmiertelnych ofiarach, których życie zabrał jakiś alkoholik. Pijakowi ubzdurało się, że może prowadzić samochód po kilku głębszych, wsiadł do swojego BMW, rozpędził się i bum: śmierć, ból, strata, rozpacz i łzy.
To mogłoby mu się przydarzyć.
Gdzieś z tyłu głowy świtało mu skromne, ale stanowiące jakieś tam światełko w tunelu pocieszenie: to nie ty obudziłeś się na policyjnym dołku z zarzutem spowodowania katastrofy drogowej, w wyniku której dzieci zostały kalekami pozbawionymi rodziców, szczęścia i szans na normalne życie, a mogłeś.
Jezu drogi, dzięki Bogu, że w porę się opamiętał, że zdecydował się przestać, kiedy nie było jeszcze za późno.
Oczyma wyobraźni widział rozpacz matki, która stworzyła mordercę. Matki, która w głębi swego złamanego serca żałuje, że urodziła i wychowała kogoś, kto jednym głupim ruchem zniszczył ludzkie losy.
Widział swojego ojca pozbawionego radości życia, odartego z dumy. Ojca, w którego serce wlane zostały żal, frustracja i smutek – uczucia, które będą z nim aż do śmierci, śmierci, która przyspieszona zostanie o dobrych dwadzieścia lat, bo jak tu żyć jako rodzic mordercy.
Wizja okazała się nie do zniesienia. Gdyby Damian zrobił coś takiego jak ten facet z newsów, to jedynym wyjściem byłaby śmierć, o którą walczyłby, starając się przemycić do swojej celi sznurówki.
Nie wyobrażał sobie psychicznego stanu alkoholika, gdy na kacu dowiaduje się, że jest do dyspozycji prokuratora, ponieważ po ostatniej imprezie został seryjnym mordercą. Jak wyglądałby czas, który dzieliłby go do chwili, kiedy wreszcie zostanie sam na sam ze swoimi sznurówkami? Gdyby przemyt się jednak nie udał, była jeszcze inna możliwość. Damian czytał kiedyś, że jeżeli jest się bardzo zdeterminowanym, to można spróbować odciąć sobie język. Pozostała w gardle część powodowała uduszenie.
Oczyma wyobraźni widział język wystawiony jak najdalej, wyskok w górę i uderzenie brodą w brzeg toalety, język wpada do klopa. Teraz to już kwestia kilku minut i po sprawie…
Kara śmierci była według Damiana karą sprawiedliwą, sąd demokratycznego, unijnego kraju nie mógł jej orzec, ale osobista odpowiedzialność wymagała od sprawcy uczciwego podejścia.
Damian był przekonany, że po dokonaniu takiego czynu musiałby zachować się w jedyny możliwy sposób oszczędzający społeczeństwu czas i pieniądze potrzebne do zajmowania się takim jak on chwastem. Oszczędziłby rodzinie ofiar własnego widoku, a rodzicom dylematu, czy mają się go wyrzec, czy też trwać przy nim, mimo iż kłoci się to z ich prawdziwym pragnieniem wycięcia go z osobistej historii.
Fala paniki – to mógł być jego własny los, nieraz urywał mu się film.
Za kółkiem czuł się pewnie – przecież jeździł jako taksówkarz, prowadzenie auta miał w małym paluszku. Było blisko, naprawdę niedaleko od życiowego miejsca, z którego ruszyć dalej już by się nie dało.
Może i zmarnował najlepsze lata, ale przynajmniej zachował czystą kartę, nie zrobił czegoś co byłoby już nie do naprawienia.
Małe to pocieszenie, ale pozwalające na myślenie o dalszym życiu w perspektywie jakiejś pożyteczności. Istniała szansa, że coś jeszcze osiągnie, że zostanie kimś, z kogo rodzice mogliby być dumni.
Damian wiedział, że musi wytrzymać, że powrót do picia skończy się dla niego samego i jego bliskich w jakiś tragiczny sposób.
Smutek, depresja i samobójcze wizje z czasem odpuszczą, w ich miejsce wejdzie spokój, a za nim przyjdą samokontrola i decyzyjność – to tylko kwestia czasu.
Czasu, który musiał czymś wypełnić.
Sport był tym, czego Damian naprawdę potrzebował – skupienie chorego umysłu na wykonywaniu prostych zadań. Wiedział, że nie może myśleć o życiu w tym stanie, wszystko, co do tej pory zrobił, każda podjęta przez niego decyzja wydawała się tylko kolejnym krokiem na drodze do upadku. Musiał przejść przez odwyk, wyzdrowieć i dopiero wtedy rozważać, czego w życiu dokonał, a co tak naprawdę spieprzył i czy istnieje jeszcze dla niego jakaś szansa.
Serce podpowiadało mu, że istnieje, że sam fakt szczerego postawienia sprawy, jasne określenie problemu to już krok w dobrym kierunku. Uświadomienie sobie, że nie panuje nad swoim życiem sprawiało, że mógł przejrzeć na oczy, po czym określić wroga, który tak zaborczo opanował jego świat.
Radisson, parkowanie, byleby niczego nie zapomnieć, bo będzie biegał tam i z powrotem, a wtedy obserwujący go ludzie domyślą się, że zwariował.
Gdzieś tam wiedział, że nikt go nie obserwuje, nie ocenia, nie klasyfikuje zachowań, ale paranoja, która wypełniła puste miejsce po alkoholowym rauszu, podpowiadała inaczej, mówiła: oni wiedzą, zdemaskują cię i po tobie.
Czuł się jak zbieg, czuł się czemuś winny, czuł się zdrajcą, złoczyńcą, wyrzutkiem społecznym. Niczego nie zrobiłeś – tłumaczył sobie, wchodząc do hotelu – to tylko skutek odstawienia, przejdzie ci.
A może właśnie nie przejdzie? Może tak długo piłeś, że nie wyjdziesz z tego, że już zawsze tak będzie – paranoja nie dawała za wygraną.
Wtedy się powieszę i chuj, daj mi spokój, chcę normalnie żyć.
Normalnie, ha, jeszcze, czego. Na to za późno, śmieciu.
– Hi, jak leci? – zagadał do pani z recepcji.
Mała, ruda, piegowata, miała coś w sobie, a do tego wydawała się jakaś chętna taka. Może to przez ten wyspiarski typ urody i małe cycki – zaniżone poczucie własnej wartości głodne było każdej adoracji. Chciała się bzykać. Damian swoim trzecim okiem widział wiewiórkę z szeroko rozłożonymi nogami, widział, jak pieprzy się, dokarmiając własną próżność. Lala należała do tych, dla których liczba przelecianych facetów była wyznacznikiem spełnienia.
– Dobrze, a co u ciebie? – odpowiedziała pytaniem na pytanie, otwierając dialog na możliwość dojścia do upragnionego celu, którym było wypełnienie wiecznie głodnego otworu miedzy nogami.
– Nie bardzo, jakoś tak… Mam nadzieję, że po będzie lepiej.
Damian bał się tej suki w stanie, jakim się znajdował, odczuwał jej pożądanie całym sobą. Jak wampiryczny zew – udzieliło mu się natychmiast, był gotowy do akcji, wyprężony w pozycji na baczność.
Chciał uciekać, przeciągnął kartę stałego klienta, patrząc wampirowi w oczy. Zobaczył puste pożądanie – nie poświeci swojej ukochanej dla tej chwili zapomnienia. Spuścił wzrok i prawie pobiegł do szatni.
– Gdybym mogła jakoś pomoc – rzuciła mu w plecy, ale on był już poza strefą magnetyzmu jej nimfomanskiej dziury.
Udało się. Rozebrał się – kutas ostro mu stał. Dobrze, że szatnia pusta. Poszedł pod prysznic, odkręcił wodę, namydlił drżącą rękę i włożył w nią kutasa. Zamknął oczy, ręka urosła, przeobrażając się w rudą-wiewiórę-szefową recepcji.
Piękne, wysportowane ciało wibruje seksem, małe cycki z dużymi, odstającymi na dobry centymetr sutkami podniecają go do granic możliwości. Wali ją jak oszalały – na stojąco. Ona kołysze się na nim, mocno odpychając zaplatanymi wokół bioder Damiana nogami. Pieprzą się zawodowo, egoistycznie, biorąc dla siebie wszystko, co uważają za najlepsze. Wampirzyca łapczywie chłepcze dowartościowanie, dokarmiając swoje ego. On realizuje męski program rozrzucania plemników, leczy kaca, wciskając swój narząd do wiewiórczej dziupli.
Kończą, starając się nie krzyczeć, nie chcą być przez kogoś usłyszani, choć taka możliwość nakręca ich dodatkowo.
Damian stał jakiś czas, próbując dojść do siebie, wyszedł spod prysznica. W szatni trafił na przebierającego się staruszka.
Dziadziuś patrzył na Damiana dziwnie, jakby wiedział, co ten właśnie zrobił pod prysznicem, może coś usłyszał i widział zboczeńca, co to panować nad sobą nie potrafi.
Damian machnął ręką, jakby odganiał muchę, ubrał się i popędził na siłownię, a paranoja za nim. Nie chciała odpuścić, po prysznicowym orgazmie było jakby gorzej. Bazując na poczuciu winy, dogryzała mu zaciekle:
Zachowujesz się jak psychol, co to biega po szpitalnym oddziale, trzepiąc się bez hamulców.
To co, już konia zwalić nie można? – zastanawiał się Damian, próbując zakrzyczeć wewnętrzny dialog.
Musiał się uspokoić, bo zwariuje. Musiał złapać tu i teraz, wyciszyć się, przestać uciekać, stawić wszystkiemu czoła.
Wskoczył na bieżnię, wcisnął start, zaprogramował piętnaście minut, to zmusiło go do pozostania w miejscu przez jakiś czas. Powinien odczekać, aż czas uleci, wtedy pójdzie na następny przyrząd, tam powtórka z rozrywki – kolejne piętnaście, później pół godziny szarpania żelastwem. Po godzinie walki w siłowni, przejdzie na część basenową, tam pływanie, sauna, jacuzzi – kolejna godzina, po której może będzie lepiej, może głosy w głowie przestaną namawiać go do samobójstwa.
Biegł, walcząc z pragnieniem ucieczki, pragnieniem, które towarzyszyło mu cały czas, kompletnie irracjonalnie, bo przecież nie miał dokąd uciec. Gdzie by się nie udał, zabierze swoja głowę ze sobą, a wraz z nią panikę, lęk i depresję.
Serce waliło jak oszalałe, momentami gubiąc rytm. Pomyślał, że może zaraz zawału dostanie albo wylewu jakiegoś. Gdyby tak, to niech go szlag nagły trafi, bo sparaliżowany powłóczyć nogami po wylewie nie chciał.
Paranoja z pogłębiania poczucia winy przerzuciła się na hipochondrię, wciskając mu wizje złych zakończeń: raka, marskości wątroby, alkoholowej padaczki, otępienia, schizofrenii.
Nic ci nie jest – tłumaczył sobie, walcząc z paniką.
Na pewno? – śmiała się paranoja, wiedząc, że jest na wygranej pozycji. Poznawała to po braku pewności w tonie Damiana. – Tyle chlałeś, że teraz zdechniesz. Za późno, mój drogi, trzeba było wcześniej się martwić stanem swojego zdrowia, myśleć, kiedy wlewałeś w siebie te bełty, co to po cztery euro wystawiło je Tesco, usłużnie zaspakajając potrzeby swoich mniej zamożnych klientów.
Biegnij po prostu biegnij nie słuchaj jej – tłumaczył sobie – wątroba ma zdolności regeneracyjne, mózg da sobie radę, a psychika dojdzie do siebie. Potrzeba tylko czasu.
Czas mijał odmierzany przez bieżniowy licznik i tak oto upływało Damianowe życie – na walce o zachowanie resztek zdrowego rozsądku.
W paszczy szaleństwa – nie wiedzieć czemu – jego wyobraźnia zaplątała się wokół filmu, który oglądał z zachwytem jako nastolatek. Może to przez tytuł – pasował do Damianowej sytuacji. Może przez wizję szpitala dla obłąkanych, w którym najpewniej skończy, jeżeli nie uwolni się od rozpaczy.
Paranoja zagubiła się gdzieś w międzyczasie, kiedy zmieniał przyrządy. Damian ze zdziwieniem odkrył, że pedałuje sobie na chodziarzu i nie towarzyszy temu pragnienie ucieczki. To był cudowny w swej normalności stan umysłu, światełko w tunelu. Uwierzył, że może być inaczej, że dół, w którym się znajdował, nie jest niczym ostatecznym i chociaż spokój nie potrwał długo, bo paranoja w końcu się znalazła, wciskając mu myśli o utraconych życiowych szansach, to dał mu oddech. Mógł zachować jego wspomnienie.
Koło ratunkowe – będzie dobrze, dam radę, przejdę przez to, a w nagrodę poczuję szczęście, żyjąc w harmonii ze światem i sobą samym.
Taa, harmonii. Nie oszukuj się, popatrz, co się dzieje wokół ciebie, świat się kończy i nie trzeba mu nawet w tym pomagać, niedługo chuj to wszystko i tak trafi.
Gadaj sobie, nawet jeżeli trafi, to ja nie chcę skończyć jako przegrany z samym sobą pijak.
Pocił się obficie, machając rękami i nogami. Paranoja starała mu się wcisnąć obrazy śmierci bliskich, głód w Somalii, konflikt na Bliskim Wschodzie, korupcję, znieczulicę i zmiany pogodowe. Sapał i dyszał z wysiłku fizycznego i psychicznego, walczył na dwóch frontach, mierząc się z własnymi słabościami. Już wiedział, że wygrywa. Podejmując walkę, rozpoczął swój marsz po zwycięstwo. Nie mógł liczyć na blitzkrieg, ale wiedział, że jeżeli dochowa wierności obranej przez siebie ścieżce, to w końcu nałóg z niego zrezygnuje, alkoholowy demon odpuści mu, pozwalając uratować duszę.
Będzie dobrze – zarzekał się, maszerując na basen.
Podejrzewał, że woda zrobi mu lepiej niż siłownia, jest magiczna w swojej uzdrawiającej mocy. Musiał pływać w niej, wytrwale starając się myśleć pozytywnie. Myślał o tym, że za chwilę do niej wskoczy, odpocznie tylko parę minut w saunie.
Otworzył drzwi – było gorąco i pusto. Usiadł na drewnianej ławie, walcząc z napadami niepokoju. Odwrócił wiszącą na ścianie klepsydrę. Piętnaście minut – spadający leniwie piaseczek odmierzał Damianowy czas.
– Jak się masz? – debilowato szczęśliwy wyraz twarzy, który pojawił się w drzwiach sauny, nie wróżył niczego dobrego.
– Nieszczególnie dobrze – odpowiedział Damian tonem, który mówił: „dajcie mi święty spokój”.
– Gorąco tu. – Uśmiechnięta okrągła buźka nie chciała, a może nie potrafiła odczytywać takich „tonów”.
– Jesteśmy w saunie. W prawidłowo pracującej saunie jest gorąco, ludzie przychodzą do niej, żeby się zrelaksować w ciszy i spokoju. – Damian włożył w podtekst cały zespół odstawienia. Głuchy usłyszałby rozbrzmiewające tam „wypierdalaj, kurwa, ode mnie”.
– Skąd jesteś? – Podtekstów koleś najwyraźniej też nie czytał.
Damian już wiedział – łatwo nie będzie, wesoły debil wkurwi go aż do szaleństwa.
On specjalnie to robi – paranoja odezwała się, wietrząc okazję – to nie przypadek, a cześć spisku.
Jakiego kurwa spisku ? Debil po prostu – zaczął wykłócać się Damian – pełno tu przecież takich, tyle lat wyspa zamknięta na obcych, kazirodztwo na każdym kroku, a geny tego nie lubią, oj nie lubią.
– Z Chin jestem – odpowiedział złośliwie, patrząc na rozpromienioną szczęściem gębę.
Z czego on się tak cieszy? – pytał paranoi.
Nie cieszy się, tylko śmieje z ciebie, ośle, śmieje się z twojego zasranego życiorysu.
Przez chwile widział swoje ręce zaciśnięte na szczęśliwej szyi, ręce zaciskające się w brutalnym akcie zemsty.
Masz za śmianie się, za bycie szczęśliwym mimo kalectwa, za moje problemy i nieudane życie, masz gnoju.
Wizja prysła, pozostawiając mu w duszy przerażenie. Był zdolny do strasznych czynów, już wiedział, jak frustracja grająca jedne skrzypki z paranoją mogą popchnąć ludzi do popełnienia zbrodni.
– Przepraszam za moją impertynencję, jestem z Polski i stoję na życiowym rozdrożu, zmarnowałem swoje dotychczasowe życie, teraz walczę o to, żeby nie zmarnować jego reszty.
– Aaa, z Polski, mam kolegę w klasie, też jest z Polski. – Radość płynąca z nieświadomości ogarnęła Damianową duszę.
Mimo iż nie do końca rozumiany, opowiadał swoją historię, wyrzucając z siebie cały żal i poczucie przegranej. Kiedy klepsydra odmierzyła czas, Damian wstał, podziękował za towarzystwo i rozmowę. Wychodząc, zauważył, że czuje się lepiej. Cieszył się, że niechęć zastąpił otwartością, a złość pokorą, miał wreszcie sposób na to wszystko, dotarło do niego, że piekło i niebo nie czekają gdzieś tam w przyszłości – istnieją tu i teraz. Zrozumiał, że od niego zależy w jakich kolorach pomaluje sobie otaczający go świat.
Wychodząc z hotelu, rzucił spojrzenie w kierunku recepcji. Ruda zniknęła, a w jej fotelu siedział grubasek, który skinął uprzejmie Damianowi głową. Odpowiedział mu tym samym.
W drodze powrotnej starał się przekonać paranoję do swoich wniosków dotyczących życia, wzajemnego oddziaływania na siebie, zbierania dobrych plonów po zasianym ziarnie pozytywnego myślenia. Ta nie chciała słuchać, walczyła, wymyślając coraz to bardziej zagmatwane historie. W końcu tak się poplątała, że – przegrana – dała mu spokój. Dojechali do celu w milczeniu: on zadowolony z wygranej bitwy, ona obrażona na cały świat, świadoma rosnącego w siłę Damianowego ducha.
Kiedy wchodził do domu, był sam, przepełniony pewnością, że paranoja zostawiła go na dobre.
Jedząc posiłek, myślał o tym, jak niewiele trzeba, żeby coś w życiu zmienić – konieczna była szczerość, chęć i plan działania. Resztę uzupełniała wytrwałość w powziętym postanowieniu. Nagrodę stanowił święty spokój, którego – jak Mickiewicz Litwę – naprawdę doceniał ten, kto go stracił.
Po posiłku postanowił chwilę odpocząć, położył się na sofie w salonie i włączył telewizor. Na Discovery znalazł program o Kazachstanie. Ruskie zrobiły tam poligon nuklearny, świadomie lokalizując go w pobliżu miasteczek zamieszkanych przez nieświadomych ludzi. Ludzie ci cierpieli, przez lata zapadając na choroby, rodząc niepełnosprawne, często straszliwie zdeformowane potomstwo. Krzywdy, jakich doznali, ze strony „bratniego narodu” były dla Damiana nie do pojęcia. Straszne, co Rosjanie wyprawiali w przeszłości, ale o wiele bardziej przerażające wydawało się to, że nie wyciągnęli żadnych wniosków – następny program mówił o wypalonej wojną Czeczenii. W Groznym nie zachował się nawet jeden cały budynek. Komunizm upadł, ale stosunek do świata pozostał ten sam: przemoc, wojna i śmierć. Jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz: Putin szykował sobie i swoim obywatelom nieciekawą przyszłość – zamachy bombowe będące często jedyną formą zwrócenia uwagi na problem danej społeczności wydawały się Damianowi zapowiedzią burzy, jaką miał zebrać ten siejący wiatr ignorant.
Smutek, depresja, żal, łzy. Paranoja odpuściła, ale reszta towarzyszy z zespołu odstawienia pozostała.
– Trzeba się za coś zabrać – powiedział do siebie Damian, chwytając za odkurzacz. Nastrój poprawił mu się na myśl, że pani jego serca będzie po powrocie zachwycona porządkiem panującym w domu. Uwielbiała czystość, a on uwielbiał, gdy była szczęśliwa.
Podziwiał ją za cierpliwość idącą w parze z niezłomnym przekonaniem, że wszystko, co się dzieje ma swój głęboki sens i na końcu tej drogi jest cel, którego nie trzeba na siłę szukać, bo objawi się on wtedy, kiedy będziemy na to gotowi, objawi się po szkole, jaką było życie.
– No, pięknie posprzątałeś, czegoś pewnie chcesz ode mnie.
Pchnęła go na fotel, nie pozwalając powiedzieć ani słowa, rozpięła rozporek, wyciągnęła fiuta i zaczęła swój „taniec języka”. Uwielbiał, kiedy robiła mu laskę.
Już po chwili był gotowy do strzału. Kiedy przyszły pierwsze fale orgazmu, myślał o przeczytanym niedawno artykule mówiącym o filozofii kung-fu, prostej recepcie na życie zalecającej dążenie do doskonałości w każdej sytuacji. Myślał o postawie, jaką przyjął, biorąc się za sport i później sprzątanie. Zamiast siedzieć i pogrążać się w smutku, postanowił zrobić wszystko, żeby poczuć się lepiej. Postawa ta zaowocowała radością ukochanej i eksplozją w jej ustach – to całe kung-fu nie było takie głupie.
Zamienili się miejscami i teraz on miał okazje dążyć do doskonałości w posługiwaniu się ustami. Po chwili jej krzyki stały się dowodem na to, że naprawdę się postarał.
Kilka następnych dni upłynęło mu na walce z depresją, która nie chciała odpuścić. Walczył z nią dzielnie, uprawiając SS, czyli sport i seks, serwując sobie ogromne dawki endorfiny pozwalające mu jakoś to wszystko wytrzymać.
Dużo czytał o filozofii wschodu, o akceptacji, o zdrowym duchu mieszkającym w zdrowym ciele.
Przeglądając youtube, trafił na filmik, w którym facet demonstrował sztukę walki kijem. Przed pokazem wyjaśniał, że ćwiczenie pozwala mu medytować, wyłączać umyśl. Damiana czuł się oczarowany, więc postanowił spróbować. Kupił w sportowym sklepie skręcany z dwóch części bilardowy kij i rozpoczął treningi.
Po jakimś czasie nabrał wprawy, przestał myśleć nad wykonywanymi sekwencjami, poruszał się instynktownie i któregoś dnia osiągnął stan, o którym mówił koleś z filmiku. Była to chwila głębokiego, wręcz błogiego spokoju, która sprawiła, że Damian oderwał się od standardowego, codziennego myślobiegu. Chwila ta, choć krótka, otworzyła mu drzwi do świata medytacji. Żył tak, aby codziennie znaleźć czas na swoją nową pasję. Ćwiczenie bilardowym kijem okazało się nie tylko sztuką walki, ale też sztuką wewnętrznej ciszy.
Upływały dni, tygodnie, miesiące, w czasie których alkoholowy demon potrafił upomnieć się o swoje, atakując czarnymi myślami lub poczuciem bezsensu.
Ukochana Damiana przez pierwsze miesiące nie wzięła alkoholu do ust, żeby być z nim, żeby dać mu poczucie wspólnoty. Był jej ogromnie za to wdzięczny, starając się okazywać jej to na każdym kroku. Stanowiła dla niego wzór empatii i harmonii. Kochał ją całym sobą, trzymał się tego uczucia w chwilach trwogi i zwątpienia. Była dla niego jak latarnia morska dla statku, który, walcząc ze straszliwym sztormem, wyznacza sobie kurs dzięki bijącemu z niej światłu.

ROZDZIAŁ 6

Siedzący w swojej taksówce Damian wspominał ostatnie sześć miesięcy, podczas których zastąpił chlanie sportem. Ostatecznie pozbył się lęków, depresji oraz myśli samobójczych. Łatwo nie było, nałóg długo nie chciał go wypuścić ze swoich szponów, jakby wiedział, że Damian podejmuje ostateczną życiową decyzję w jego sprawie. Zazwyczaj nawet po dłuższym ciągu już po trzech, czterech tygodniach dochodził do siebie. Tym razem zajęło mu to prawie trzy miesiące, w czasie których miewał bardzo trudne chwile. Momentami dopadał go smutek tak wielki, że prawie nie do wytrzymania. Damian wytrzymał, dawał z siebie wszystko na siłowni, basenie. Harował za dwóch, a w czasie wolnym od pracy szukał zajęcia w domu, chodził na długie spacery, studiował techniki medytacyjne. Co wieczór, zaraz przed zaśnięciem, wyobrażał sobie jak odkłada piwo, wino i wódkę na półkę z chemikaliami. Programował swój umysł, wizualizując sobie etykiety ostrzegające przed silną trucizną naklejone na butelki z trunkami. Po jakimś czasie przestał myśleć o alkoholu, jako o środku spożywczym. Zaczął go postrzegać tym, czym naprawdę był, czyli ciężko uzależniającym narkotykiem, przez znawców tematu ustawianym obok kokainy i heroiny. Środkiem, który po spożyciu wywoływał szereg reakcji w mózgu, a te, po dłuższym jego stosowaniu, powodowały wzrost tolerancji oraz silne uzależnienie. Zrozumiał, że te wszystkie męki, przez jakie przechodził, były naturalną reakcją uzależnionego organizmu, bez względu na koszta domagającego się swojej – coraz większej – porcji narkotyku. Widok pijaka pod sklepem proszącego o piątaka na wino stał się dla Damiana tym samym, co widok żądającego paru groszy na działkę heroinisty pod dworcem. Zrozumiał, że obaj tak naprawdę dążyli do tego samego: do wzrostu poziomu dopaminy w swojej krwi. Obaj, targani silną depresją, szukali środka, który zabierze z ich głów wszystkie problemy, pozwoli zapomnieć o ciężkim dzieciństwie, nieudanym życiu, straconych szansach czy skrzywdzonych po drodze ludziach. Obaj szukali środka, który uśpi demona czającego się gdzieś z tylu głowy, demona podpowiadającego najróżniejsze powody, dla jakich powinni sobie dać w gaz.
Zamknięty cykl zaspakajania coraz to większego zapotrzebowania na chemię, której żądał uzależniony mózg. Prozaiczne, ale prawdziwe i właśnie to uczciwe postawienie sprawy stało się kluczem w walce z nałogiem. Bez twarzy w lustrze mówiącej do siebie: „Tak, mam problem” nie było mowy o wyjściu z tej matni. Szczególnie, że alkohol pozostawał w większości krajów na świecie legalny, a jego używanie i często nadużywanie społecznie akceptowane. Damian wciąż radził sobie sam: bez mitingów, Kościoła czy lekarzy. Zastąpił jedno uzależnienie drugim. Zamiast setki wódki – setka pompek, zamiast butelki wina – wycisk na siłowni, zamiast zgrzeweczki piwka – godzina w basenie. Po „użyciu sportu” doznawał uczucia świętego spokoju. Był mocniejszy, bardziej pewny siebie. Co raz częściej pojawiała się w jego głowie myśl, że cała ta walka, wszystko, przez co przeszedł, problemy, porażki, uczucie całkowitej przegranej były mu potrzebne, wręcz niezbędne do tego, żeby mógł dojrzeć do roli, jaką zaplanowało dla niego przeznaczenie. Zaczynał postrzegać wszystkie swoje dotychczasowe decyzje jako ciąg niezbędnych kroków do odrzucenia narzuconego przez społeczeństwo sposobu postrzegania rzeczywistości. Fakt nieukończenia szkoły, brak zaangażowania w robienie biznesowej kariery, odstępowanie od normy objawiające się nieustannym krytycyzmem wobec otaczającego świata, a wreszcie odejście od ludzkiej formy było konieczne do osiągnięcia stanu niecodziennej świadomości.
Świadomości, dla której nie istniała ulotna potrzeba bycia kimś, gdzie zanikało poczucie własnej ważności, gdzie nie było miejsca na straty energii powodowane folgowaniem sobie w zazdrości. Stanu ducha, w którym nie było potrzeby akceptacji przez społeczeństwo czy pragnienie uznania albo sławy. Damian coraz częściej przypominał sobie sytuację sprzed piętnastu lat, kiedy to wraz ze swoim przyjacielem postanowili wziąć sprawy świata w swoje ręce. Wtedy przez krótką chwilę poczuli, że życie jest czymś więcej niż uczestniczeniem w wyścigu szczurów, czymś więcej niż kopaniem piłki na boisku, bycie ważnym politykiem czy producentem hot dogów. Damian zauważył, że wraz ze zmianą oceny swojego życia, jego spojrzenie na otaczający go świat także ulega subtelnej zmianie. Postrzegał wszystko z coraz to większego dystansu, ludzkie losy prezentowały się jako fabuły marnych gier wideo. Zobaczył, że zarówno on sam, jak i otaczający go ludzie całe życie uganiali się za jakimś materialnym celem, martwili się, czy uda im się go osiągnąć, a jak już im się udało, to lękali się, czy go utrzymają. Na końcu bali się, że przeminą i pozostaną zapomniani. Gonili w wyścigu bez wygranych, bo zawsze znajdywał się ktoś, kto biegał szybciej, sprawniej, bardziej nowatorsko, kto był cwańszy, miał twardsze łokcie lub po prostu był bardziej zdeterminowany w chęci osiągnięcia społecznego sukcesu.
Damian pomału odkrywał, że dzięki swojej wygranej ze słabością, zaczyna umysłem ogarniać to, co kiedyś zobaczył duchowym okiem, będąc pod wpływem magicznych grzybków. Na poziomie codziennego postrzegania rzeczywistości dotarło do niego, że można żyć inaczej. Żyć, będąc napędzanym abstrakcyjnym celem. Sięgał do historii świata, gdzie znajdował przykłady postaci, których nie interesował ekonomiczny sukces. Uświadomił sobie, że istnieli tacy jak Jezus czy Budda, próbujący obudzić ludzkość, wyrwać ją z zaklętego koła życiowych inkarnacji spędzanych na bezsensownym trwonieniu duchowej energii i poszukiwaniach satysfakcji w obrębie materialnego świata. Coraz częściej oddawał się chwilom wyciszenia, podczas których zanikały pragnienia, życiowe cele albo ich brak – zostawał tylko wiatr, słońce lub deszcz, ptaki, drzewa i niebo. Wraz z tymi chwilami wewnętrznego spokoju nadchodziło niezłomne przekonanie o wyjątkowości życia na ziemi, o specjalnym, nieodkrytym celu tej – wydawałoby się – bezsensownej egzystencji. Zaczynał widzieć rzeczywistość, jako swego rodzaju platformę, na której człowiek gra o jakąś niewidzialną stawkę.
Czasami gnębiły go wątpliwości, myśli, sugerujące, że ma nie po kolei w głowie, że powinien się leczyć, że to wszystko na skutek uszkodzenia mózgu spowodowanego używaniem środków odurzających. Wtedy pomagał sobie, stosując techniki medytacyjne, walkę kijem i sztukę świadomego oddychania. Z biegiem czasu nauczył się żyć chwilą, która była jedynym, co tak naprawdę istniało. Dotarło do niego, że przeszłości już dawno nie było, a przyszłość mogła się nigdy nie wydarzyć, a jeżeli już miała nadejść, to może w zupełnie innym kształcie niż to sobie wyobrażał. Zaczynał doceniać życie tu i teraz, czas spędzony z ukochaną, zapach świeżo zaparzonej herbaty czy smak ugotowanej potrawy. Zauważał, że im więcej oddawał siebie, tym bardziej był spełniony, im mniej oczekiwał od życia, tym bardziej doceniał wszystko, co go spotykało. Przestało go gnębić uczucie niespełnienia i zawodu, nie pragnął niczego. Dążył jedynie do doskonałości w tym, co w danej chwili robił, a to sprawiało, że znajdywał satysfakcję w samym fakcie stosowania tej zasady. Jeżeli sporządzał posiłek, to ten zrobiony z uwagą i wolą uczynienia go jak najlepszym, smakował wyśmienicie. Uprawiany z zapałem ogród wyglądał pięknie, a pełen szacunku i oddania związek z ukochaną owocował spełnieniem w miłości. Już nie żałował swojego losu taksówkarza, przyjął z pokorą swoją drogę i wykonywał obowiązki sumiennie, pomagając klientom, traktując ich tak, jak sam chciałby być traktowany. Ci zamawiali Damiana, pamiętając okazane serce i jakość obsługi. To dawało satysfakcję z wykonanej pracy i zapewniało podstawowy materialny byt. Dobrego samopoczucia nie mogła mu zepsuć nawet najbardziej sfrustrowana na świecie baba, która, włażąc mu do samochodu, przerwała rozmyślania nad ostatnim jakże udanym półroczem.
– Jak się masz? – Setny, tysięczny raz słyszane w karierze taksówkarza standardowe pytanie dawniej rozwaliłoby go z miejsca.
– Wyśmienicie, proszę pani – odpowiedział Damian, uśmiechając się od ucha do ucha.
– Jak to: wyśmienicie? – Babie coś się nie zgadzało. Jak to, ten Polaczek czuł się wyśmienicie, skoro ona sama i większość jej podobnych – chujowo. Pogoda zjebana, recesja napierdalała po kieszeni, kac po wczorajszym domagał się wyleczenia, a tu ten cierpiarz mówił bezczelnie, że wyśmienicie.
– Normalnie, proszę pani. Jestem zdrowy, mogę iść na spacer, przecież tyle tu pięknych miejsc, później napić się z kochającą żoną gorącej herbaty przy kominku, dlaczego miałoby być źle? – Damian odpowiedział pytaniem na pytanie, okładając negata pozytywnym sposobem postrzegania rzeczywistości.
– Gdzie mieszkasz, synku? – Baba atakowała kolejnym z często zadawanych pytań, licząc na to, że będzie mogła się nad biednym obcokrajowcem niby użalać, że tak daleko, że dojeżdżać trzeba, że paliwo takie drogie, że pewnie parę ładnych godzin to na same koszta musi zapierdalać.
– Ocean Park, proszę pani.
Damian może i przepłacił, ale mieszkał w dobrej dzielnicy położonej niedaleko oceanu. Czasem, gdy wiał zachodni wiatr, można było poczuć zapach morskiej wody we wdychanym powietrzu. Nie odnotowywano tam przestępczej aktywności, było gdzie pospacerować, dużo zieleni, ogólnie cicho i przyjemnie.
– Pewnie wynajmujesz? – pytała baba z nadzieją w głosie.
– Płacę ratę.
Aż sapnęła z wkurwienia. Jak to możliwe, że ten Polaczek tak sobie dobrze radzi? To ona boi się z własnego domu wyjść śmieci wyrzucić, żeby jej jakiś narkoman nożem nie zaatakował, a tu taki przyjechał z dupy jakiejś i żyje jak lord.
– Oj, bidulki, poszły w dół te domy, coście je za boomu pokupowali. To były szalone ceny – próbowała rzutem na taśmę zepsuć Damianowi humor.
– Nie jest tak źle – buchał optymizmem. – Lepsze to niż płacenie wynajmu, wtedy wszystko jak krew w piach, a tak żyjemy, jak chcemy, wystrój taki, jak lubimy, psa można posiadać, nikt nie nachodzi, nie narzeka.
– Ale pewnie ledwo ciągniecie, ceny wszystkiego ciągle w górę idą, wychowanie dzieci takie drogie. – Baba resztką czarnych argumentów próbowała chłeptać krew.
– Faktycznie, ceny w górę, ale przede wszystkim fajek i alkoholu, a my oboje z żoną niepalący, niepijący, dzieci też nie mamy.
– Jak tom nie macie dzieci? – z pretensją w głosie natychmiast wtrąciła się pasażerka. – Jak to tak, życie bez dzieci? Co to za życie? – Babsztyl z ciasną wyobraźnią mało nie wyszedł z siebie. – Ja mam czwórkę.
– Życie w spokoju świętym, droga pani – uśmiechał się Damian. – Życie, w którym wzajemna miłość jest bezgraniczna, bo jedyna, życie bez lęku o przyszłość świata.
– Takie życie to nie życie, kompletnie bez sensu – stwierdziła z zadowoleniem baba, czując, że może coś wreszcie skrytykować, że znalazła dziurę w całym.
– To przykre, że w tak jednoznaczny sposób ocenia pani czyjąś egzystencję. Niektórzy nie chcą, a nie którzy nie mogą mieć dzieci. Czy swojemu biskupowi powiedziałaby pani to samo, że jego życie to nie życie? Pani ma czworo, ja mam zero, średnia dwoje na parę, uważam to za niezły wynik. Do końca trasy jechali w milczeniu, Damian myślący o rzeczach, których babie nie powiedział – tak naprawdę to nie cierpiał dzieci, tego szumu, hałasu, debilnego „ci, ci, ci”, awantur w okresie dojrzewania, lęku przed złym towarzystwem, narkotykami, myśleniem, co z tego wyrośnie. Może wojskowy? Może seryjny morderca, a może jedno i drugie. Kończył tę rundkę, czując, że wygrał bitwę. Baba nie pozbawiła go dobrego humoru, a tym samym energii. Jadąc śmiało do przodu, uświadomił sobie miłe łaskotanie w brzuchu, umysł miał wyłączony, zrelaksowany, zagłębił się w wewnętrznej ciszy.
Czasami zerkał w lusterko – baba siedziała normalnie, z pozoru wszystko grało, ale w środku buzował wulkan, który mało nie wybuchł. Nie zepsuła humoru temu Polaczkowi, za to sama pogrążyła się we frustracji.
Jeszcze jakiś czas temu Damian dalby się ponieść emocjom, sprowokowany pokłóciłby się z babą i cała sytuacja wepchnęłaby go w szpony nałogu. Obronił się spokojem i akceptacją własnego przeznaczenia. Baba i tak dopadnie w końcu swoją ofiarę, tyle że nie będzie nią on.
– Niech Bóg błogosławi – rzucił pozdrowienie często używane przez miejscowych.
Baba spojrzała mu prosto w oczy i przez kilka sekund mierzyli się wzrokiem. W końcu opuściła głowę, bąkając cicho:
– Ciebie też niech błogosławi.
Wysiadła z samochodu i pobiegła do domu nakręcona jak dziecinny bączek. Damian włączył radio i nastawił Lyric Fm – jedyną stację, jakiej słuchał: mało bicia piany i reklam, dużo dobrej muzyki. Jechał i myślał nad zmiana swojego postrzegania rzeczywistości jaka u niego nastąpiła, odkąd wygrał z nałogiem. Jak wszystko w życiu miało to swoje plusy i minusy. Plusem było zyskanie życiowej energii, a minusem to, że nie wiedział, co z tą zyskaną energią zrobić. Wyszedł z zaklętego koła pracy – picia – kaca, skazując się na swojego rodzaju banicję.
Środowisko, w którym żyli razem z żoną, kręciło się na karuzeli tygodniowo-weekendowej, co oznaczało pracę od poniedziałku i oczekiwanie na piątek, później „banię” do niedzieli, leczenie kaca i od początku to samo. Wyłamując się z tej rutyny, siłą rzeczy Damian zmuszony był do zajęcia miejsca na zewnątrz tego cyrku. Z tej pozycji zobaczył siebie oraz swoich znajomych w zupełnie innym świetle, zobaczył bezsens życia zarówno ich, jak i swojego. Pozostało puste miejsce, które musiał jakoś wypełnić, musiał zbudować wizję świata, ludzi i swojej egzystencji na nowo, a to wcale nie było takie proste. Patrzył na swoje losy, jakby oglądał film, widział ciągle powtarzające się sceny, zaciętą płytę, schematy, ludzi wypowiadających wciąż te same wyrazy, tylko w innych konfiguracjach, śniadania, obiady, kolacje, śmiech, płacz, rozczarowania, drobne radości, aktorów grających swoje role, dominujące, wszechobecne ego, materialistyczne dążenia, pazerność. Stał z boku jak na brzegu rzeki i widział, jak on sam i jemu podobni płyną porwani prądem, niektórzy wierzgając bezsensownie, próbując stawiać opór, inni całkowicie poddani. Dokąd płyniesz, panie? – W Damianie ożywało odwieczne pytanie. Może szukanie na nie odpowiedzi powinno stać się abstrakcyjnym celem, który nadałby sens jego dalszej egzystencji. Po co to wszystko?
Czy tylko po to, żeby oglądać telewizję, pić, leczyć kaca, pracować, wydawać, szukać uznania czy zrozumienia? Bip, bip – „taxi system” dawał znać, że czas powrócić do rzeczywistości. Następna rundka była zadaniem specjalnym, zamówieniem od Fiony – kobiety tak powykręcanej gośćcem, że patrząc na nią, trudno było uwierzyć, że sama chodzi, choć ciężko to nazwać chodzeniem, bo bidulka poruszała się jak zepsuta lalka, której nogi i ręce powykręcał w różne strony jakiś mały kandydat na psychopatę. Pomimo swojego kalectwa i związanego z nim cierpienia, Fiona należała do kobiet pełnych optymizmu. Miała ogromne poczucie humoru i Damian z przyjemnością akceptował przychodzące od niej zlecenia – pochłaniały dużo czasu, ale dawały sporo radości i satysfakcji z wykonanej pracy.
– Cześć, Fiona, znowu się nachlałaś – Damian rzucił mocnym żartem w stronę kobiety człapiącej ku taksówce.
Stał przy samochodzie, który zaparkował jak najbliżej sklepowego wejścia. Stojący obok ludzie patrzyli na niego z wyrzutem.
– Damian, tylko dwa kieliszki – zaśmiała się Fiona, walcząc o każdy krok. Na twarzach oburzonych świadków pojawił się cień uśmiechu, zaczynali bowiem rozumieć, że tych dwoje łączy bardzo specyficzny kontakt.
– Taa, dwa kieliszki i tak się naprułaś, chodź pomogę ci się zapakować, bo się tu jeszcze przy ludziach w błocie wytarzasz. – Damian otworzył drzwi do samochodu, odsunął fotel jak najdalej i pomógł kobiecie usiąść.
Pachniała mocno maścią do nacierania zaatakowanych gośćcem kończyn. Zaczęła jak zwykle przepraszać, że to tyle trwa.
– Nie gadaj, Fiona, specjalnie się guzdrzesz, żebym nic dzisiaj nie zarobił – żartował dalej Damian. Czuł, jak przepełnia go radość płynąca z tego kontaktu. Patrzył na kobietę-kalekę, ale widział wojownika, który, mimo wszelkich przeciwności losu, zachował pogodę ducha. Fiona mogłaby płakać i narzekać, ale zamiast tego wolała żartować i się śmiać. Damian czuł się przy niej tak swobodnie, jakby był sam gdzieś wysoko w górach, gdzie nie trzeba było uważać na złośliwe pytania czy dwuznaczne komentarze. Wiedział, że z jej strony nic mu nie grozi, odpłacał jej się dokładnie tym samym. Nigdy nie wyczuła od niego zniecierpienia, obrzydzenia czy pogardy, przez ten krótki okres współpracy tworzyli wesoły team doświadczonych przez życie ludzi.
– Co u ciebie, Damian? – pytała naprawdę ciekawa i szczerze opowiadał o żonie, którą kochał nad życie, rodzicach, za którymi tęsknił, o rodzeństwie, które okazało mu tak wiele zrozumienia, o mieście, z którego pochodził, o tradycyjnej polskiej gościnności, o poszukiwaniach własnej duszy, o alkoholowym głodzie, o sporcie, który po części ten głód zabijał. Fiona słuchała, pochłaniając każde jego słowo. To, co jej opowiadał, było prawdziwe, będzie miała o czym myśleć po powrocie do domu, nie włączy telewizora karmiącego ją zmyślonymi historiami, będzie wspominać opowieści tego Polaka i będzie się za niego modlić, głęboko wierząc, że uda mu się spełnić marzenia. Tej nocy Damian miał niezwykły sen – śnił o planecie całkowicie pokrytej oceanem, nawet małego skrawka ziemi tylko jeden wszechocean. Był stworzeniem zupełnie niepodobnym do ziemskich, miał świadomość siebie oraz świadomość swoich braci. Tworzyli cudowną społeczność wzajemnie wspierających się istot, porozumiewali się telepatycznie, nie było więc mowy o jakichś ukrytych zamiarach lub fałszu, pracowali wspólnie dla całej populacji, biorąc z zasobów naturalnych tyle, ile było im potrzebne do przeżycia. Nie potrzebowali statków kosmicznych do poruszania się po wszechświecie, zapadali w specjalny rodzaj snu, w którym potrafili wystrzelić swoją świadomość w dowolnie wybranym kierunku. Panowała tam tak idealna harmonia oraz płynące z niej szczęście, że Damian długo nie mógł przestać płakać po przebudzeniu. Miał wrażenie, że w jakiś sposób należał do tego społeczeństwa. Przypomniała mu się gdzieś zasłyszana teoria mówiąca o alternatywnych nas samych mieszkających w alternatywnych światach. Może poprzez śnienie można było zobaczyć taki świat i samego siebie tam żyjącego? Damian bardzo pragnął pokazać go swojej ukochanej, zabraliby tam też ze sobą zniszczoną gośćcem Fionę. Kobieta zasługiwała na to, żeby poczuć tę wolność i szczęście bycia wspaniałym pływakiem w cudownym, pełnym harmonii wodnym świecie. Po śniadaniu poszedł wyprowadzić psa, a gdy wrócił, usłyszał wyrok:
– Koteńku, zrobisz zakupy w polskim – oznajmiła małżonka nieznoszącym sprzeciwu tonem.
Jezu tylko nie to – nienawidził zakupów w polskim.
Po pierwsze, zawsze trafiał na kolejkę, a nawet jak nie trafiał i było pusto, to już po chwili pojawiał się całkiem spory tłumek Polaczków, których w większości po prostu nienawidził. Kiedyś nawet zapytał sprzedawczynię, jak to jest, że ciągle ruch, że ciągle ludzi pełno.
– Wcale nie – odpowiedziała na to – tylko jak ty jesteś.
No tak, mógł się tego spodziewać – przyciągał ich do siebie niechęcią. Im bardziej się odsuwał, tym bardziej do niego lgnęli, jakby coś ich podświadomie do niego pchało. A może był to zwykły zbieg okoliczności albo wybiórcza pamięć Damiana. Fakt był taki, że telepało nim, kiedy miał tam iść.
– Dzień dobry, paniusiom, karkóweczka świeża i wędlinki świeże przyjechały może?
– Po chuj mu te zdrobnienia, normalnie mógł mówić – nie był sobą.
Jak to karkóweczka, wędlinka? Ja pierdolę – gorączkował się w myślach – zamów, co chcesz, zapłać i wyjdź, nie powiedzą nawet, jak nieświeża, sprzedać muszą przecież i tyle. Damian zawsze zaczynał od zamawiania krojonych na miejscu wędlin. Zanim dziewczyna za ladą przygotowała wyroby, on sprytnie zdążył już obskoczyć półki samoobsługowe. Naznosił szybko resztę potrzebnych produktów, później ona to razem brała na kasę i po bólu. Gdyby zrobił odwrotnie, to zanim podszedłby do kasy, byłaby tam półgodzinna kolejka. Zauważył, że tylko on jeden tak robi. Reszta stała bez problemu w jebanym ogonku, jakby była do tego stworzona. Kiedyś myślał, że to po komunie takie przyzwyczajenie do kolejki, jakaś tęsknota za komitetami, za kartkami, za rozmowami o wszystkim i o niczym. Później uświadomił sobie, że większość ludzi tam kupujących pamiętała komunę tylko z filmów Barei. Może to wina genów, najpierw rodzice, a wcześniej dziadkowie przekazywali taki kod kolejkowy i tak stały ludzkie manekiny, nie widząc w tym żadnego problemu. Jakby nie czuli, że im życie upływa na tym staniu, pykali się po nogach koszykami i pierdolili o kryzysie, że jest gorzej, że będzie gorzej, ale do kraju nie ma co wracać, bo tam wojna polsko-polska, że wolą irlandzką recesje niż Polski boom, że znowu strzelanina w Stanach, że jacyś zwyrodnialcy zatłukli dziadziusia, że podobno jakiś Polak się powiesił, że trzeba się napić.
– Jeszcze jajeczek zapomniałem i kawusi. – Znowu, kurwa, zdrabnia, co się dzieje? Dobrze wiedział, co się z nim dzieje. To jego ego szalało, dominowo całe istnienie, folgując sobie w zawiści, pogardzie, nienawiści. Pomieszanie, jakiego doznawał, jasno pokazywało problem. Znalazł słaby punkt, musiał w tym miejscu popracować nad sobą. Miał kompleks Polaczka, tak jak Hitler Żyda – nienawidził Polaków, bo był jednym z nich. Tak naprawdę wielu rodaków czuło to samo, ale niewielu to sobie uświadamiało. Jeden pragnął być przed drugim, mieć więcej, lepszy układ, lepsze wczasy, więcej godzin, lepszą furę. Polskie cechy narodowe – zawiść i pogarda – zjadacze energii, koniecznie musiał się od nich uwolnić. Postanowił więc częściej robić zakupy w polskim, postanowił stawać w kolejce i stać tam tak długo, aż przestanie czuć jakiekolwiek negatywne emocje. Dopiero wtedy uzna, że pokonał w sobie Polaczka, że uwolnił się od zżerającej go od środka nienawiści.
Po powrocie do domu zastał swoja małżonkę przed telewizorem. Ekran pokazywał Macierewicza krzyczącego coś o wraku, zamachu, spisku, o rozliczeniach. Po chwili pojawił się komentarz kogoś z drugiej strony barykady mówiący o niegodnych ludziach, zakłamanych szubrawcach, potencjalnych pacjentach szpitala dla psychicznie chorych.
– Dajesz radę to oglądać, kochanie? – spytał retorycznie
Jego miłość uwielbiała telewizor: wiadomości, seriale, programy rozrywkowe, nie przeszkadzały jej nawet reklamy. On natomiast reklam nienawidził szczerze, doprowadzały go do furii, zawsze puszczane o dwa, trzy tony głośniej, próbujące go do czegoś nakłonić. Większość zrobiona jakby z przeznaczeniem dla debili.
Damian miał zasadę – jeżeli widział w sklepie dwa produkty, z których jeden był nachalnie reklamowany, zawsze kupował ten drugi, chujom jebanym na złość. Uważał, że gdyby wszyscy tak robili, to te kutasy musiałyby coś z tą głośniejszą emisją zrobić. Niestety, większość odbiorców jak to stado małp – zobaczywszy w telewizorze podpaskę ze skrzydełkiem, płyn do płukania odbytu, nakładkę na nos, co to rozumu ma dodawać, plaster leczący na stopy naklejany, co to metale ciężkie z organizmu usuwa – kupowała to wszystko, nie myśląc czy potrzebne jej to, czy nie. Przecież jak w telewizorze mówią, to coś musi w tym być. Później małpa siedziała sobie zadowolona, bo teraz mądrzejsza będzie od tej nakładki na nos, zdrowsza od plastra na stopę, odbyt sobie superpłynem wypłucze, to hemoroidów nigdy nie dostanie, a na podpasce ze skrzydełkami do samego nieba poleci.
– Zaraz pokażą tego, co tych ludzi w powietrze wysadził, a potem się zastrzelił. Nie chcesz zobaczyć kochanie? Damianowi opadły ręce. Po jaka cholerę wtłaczać sobie do głowy obrazy śmierci, gwałtu, przemocy – przecież później psychika musiała to strawić, odreagować jakoś.
– Kochanie, wiesz, że nie lubię wiadomości. Zawsze jakieś tragedie, nieszczęścia pokazują, to mi na głowę szkodzi.
– Wiesz, że lubię Discovery o zwierzątkach albo o kosmosie, o przyrodzie, o pięknie tego świata, na cholerę patrzeć mi na jakiegoś psychola, co ludzi wysadza. Wolę kanion Kolorado albo coś o zwierzętach.
– A propos zwierząt, pokazywali przed chwilą raport o tych foczkach, co je pałami po głowach tłuką, mordując masowo. Te umierają w strachu i cierpieniu, mimo międzynarodowych protestów. Smaczne są podobno.
– Nie no, zajebać skurwysynów! – wybuchnął gniewem. Gdyby to od niego zależało, to zatłuczono by tych morderców tymi samymi pałami i przerobiono na karmę dla kotów.
– Widzisz, kochanie? Tylko się negatywnie nakręcam. Zawsze tak było, chwilę pooglądał informacje o tym, co się dzieje na świecie i miał wszystkiego dosyć. To, co ludzie wyprawiali sami ze sobą, co robili z środowiskiem, w którym żyli, przechodziło wszelkie pojecie. Damian nie mógł słuchać tekstów o ratowaniu planety. Ja pierdolę – myślał – planety? Ratujcie siebie, debile, planeta ma to wszystko w dupie, raz płonie, raz zastyga w lodzie, raz jest zielona, innym razem szara, uderzają w nią komety, wybuchają superwulkany. Hasło „ratujcie planetę” wydawało mu się błędne w samym założeniu. Egoistycznie nastawiony do świata człowiek, kierujący się tylko własnym interesem teksty o ratowaniu jakiejś planety puszcza mimo uszu. Damian zastanawiał się, dlaczego ekolodzy nie krzykną „ratuj się, kto może”, wtedy byłaby szansa, że stado kretynów ruszy głową i pochyli się nad prawdziwymi problemami.
– Pierdolić telewizję, pismaków i ich chore newsy.
– No już, wyluzuj, kochanie, zmienię kanał na sportowy. – Koteczek za wszelka cenę szukał jakiejś alternatywy.
Sport w telewizorze – pomyślał Damian – to dopiero wynalazek.
– Kochanie, wiesz, że sport to ja lubię uprawiać, a nie oglądać. Damian kochał swoją żonę całym sercem, ale jej zamiłowania do telewizji nie podzielał, wolał patrzeć w ogień kominka, posłuchać dobrej muzyki albo iść na spacer z psem.
– Popatrzymy na pogodę – zaproponowała żona.
Pokiwał z aprobatą głową, pogodę zobaczy – to był jedyny punkt programu, który nie mówił o gwałtach, rabunkach, morderstwach, wojnach, śmierci czy nadciągającym końcu świata.
Sam często rozmawiał z klientami o pogodzie – był to statystycznie najczęściej poruszany temat na wyspach. Irlandczycy często podniecali się jakąś kilkumiesięczną prognozą mówiącą o zimie stulecia. Na początku swojej wyspiarskiej kariery próbował wyjaśniać im, żeby nie martwili się jakimś pastuchem przewidującym srogą zimę czy też suche lato. Jak facet mógł wiedzieć, co będzie za pół roku w kraju, w którym można było się pomylić w prognozie godzinowej? Nie chcieli słuchać logicznych argumentów – lubili sobie popierdolić tak bez sensu, może dlatego, że nie chcieli rozmawiać o problemach związanych z kryzysem. Może dlatego, że nie mieli innych tematów, może po to, żeby uniknąć szczerej rozmowy na temat swojego życia, które upływało na uganianiu się za biletami drukowanymi przez narodowy bank. Na życiu przemijającym w toksycznych związkach, życiu bez pasji, miłości, życiu w chorobie. Może była to po prostu bezpieczna przystań, taki uniwersalny temat, w którym wszyscy poruszali się bez skrępowania.
– Kochanie, chodźmy na spacer, dobrze nam zrobi – zaproponował Damian. Poszli, zabierając ze sobą psa. Spacerowali, trzymając się za ręce, i było im dobrze. Cieszyli się chwilą spędzoną razem, bez ludzi, telewizora, telefonów. Mieli wszystko, co im było do szczęścia potrzebne: mieli plażę, ocean, czuli bryzę na swoich twarzach, na te kilkadziesiąt minut zostali uwolnieni od pragnień, rozpamiętywania przeszłości, uwolnieni od strachu o jutro. Istnieli tu i teraz i było to bardzo fajne uczucie.

Epilog

Abstynencja nie pomogła Damianowi odnaleźć sensu życia, nie przyniosła także wytłumaczenia, po co jest, ani dokąd zmierza. Dała mu za to spokój ducha, a ten z czasem pozwolił spojrzeć na sprawy z dystansu. Później przyszła świadomość, że sens, cel czy też przyczyna ludzkiej egzystencji wcale nie musi być uświadomiona.
Damian zrozumiał, że poszukiwanie „filozoficznego Grala” jest tylko pogonią za własnym cieniem, a jedyne, czego tak naprawdę w życiu potrzebował, siedziało obok niego, męcząc w rekach telewizyjnego pilota.
– Kocham cię, kwiatuszku, kocham cię całym sercem. – Patrzył na kobietę swojego życia i dziękował Bogu, losowi, światu.
Dziękował za daną mu szansę zmiany duchowego kierunku, w którym podążał. Kiedy w Damianowym życiu nie było już niczego co mogło go utrzymać na powierzchni, miłość okazała się być kołem ratunkowym, dzięki któremu bezpiecznie przepłynął przez nienawiść, rasizm, nacjonalizm, hitleryzm, satanizm, alkoholizm i rozpustę.
Patrząc za siebie, uzmysławiał sobie, że kluczem zawsze była ona. Ilekroć stawał na rozdrożu i musiał wybierać, zawsze wybierał sercem. To uwolniło go od demona, wybory, których dokonał na ich wspólnej drodze, pozwoliły mu spuścić kotarę gniewu od zawsze przysłaniającą mu oczy. Świat oglądany bez pryzmatu nienawiści okazał się lepszym miejscem, miejscem, które, owszem, wymagało rewolucyjnej zmiany, kroku naprzód, porzucenia przez ludzkość złych, stereotypowych zachowań, ale jednak gdzieś na horyzoncie błyszczała nadzieja.
Wcześniej zranione ego Damiana projektowało jedynie ponurą wizje przyszłości. Ratunkiem okazała się zdolność do poświecenia. Poświecenia co prawda dla jednej, jedynej osoby na świecie, ale za to tak kompletnego, bezwarunkowego, że wystarczającego, aby ocalić zagubioną duszę. Był wdzięczny także sobie samemu, ponieważ udało mu się odrzucić egoistyczny rozum i podążyć ścieżką serca, która wymagała stosowania intuicji. Kroczył nią z czasem coraz pewniej, porzucając po drodze ambicje, wolę i walkę. Odpadły od niego pytania, dążenia, pragnienia, a w raz z nimi zniknęły lęki, stres i frustracja.
Dzięki temu Damian odprężył się, był wolnym, nic nieznaczącym człowiekiem, małą falą w bezkresnym oceanie. Już nie stanowił centrum wszechświata, nie był najważniejszy. Ta prosta zmiana proporcji stanowiła klucz do wolności. Jako „pyłek na wietrze” nie musiał niczego robić, kimś zostawać czy czegoś osiągać. Wystarczało, że był, oddychał, kochał.
– Zjesz coś? Masz na coś ochotę, kochanie? – zapytał, zakasując rękawy.
Lubił mieć zajęcie, zrobić coś dla kogoś, nieważne co, byleby dać coś z siebie. Gwarant dobrego humoru, sympatyczne ciepło rozlewające się po sercu, pozytywna energia dająca święty spokój. Odkąd odkrył, że dawanie jest lepsze niż branie, starał się dawać przy każdej nadarzającej się okazji.
– Nie bardzo coś mnie główka boli, wody poproszę szklankę – odpowiedziała jego żona, patrząc na niego z dumą.
– Znowu cię boli? Trzeba wreszcie z tym iść do lekarza. Zadzwonię do rodzinnego i zamówię wizytę.
Coś za dużo było ostatnio tych „bólów głowy” jak na jego gust. Brak apetytu wydawał się naprawdę niepokojący, szczególnie, że jedzenie stanowiło ulubione hobby jego małżonki, ważniejsze nawet od oglądania telewizji.
– Nie chcę do lekarza – protestowała słabym głosem.
– Nikt nie lubi chodzić do tych konowałów, ale czasem trzeba. Pamiętasz, jak krwią srałem, też nie chciałem iść, ale cię posłuchałem i dobrze na tym wyszedłem. Wspomnienie krwawego stolca pomogło, przestała protestować i pozwoliła mężowi wykonać telefon. Zamówił wizytę na rano. System działał tak, że ze wszystkim leciało się do GP, czyli do lekarza rodzinnego, ten wystawiał skierowanie do szpitala i tam dopiero można było uzyskać konkretną pomoc. Tak było też z krwawą sraczką, która pojawiła się u niego parę miesięcy wcześniej – poszedł do rodzinnego, ten skasował pięćdziesiąt euro, wypisał świstek, później Damian poszedł do szpitala. Tam go uśpili, napchali rur z każdej strony, po czym stwierdzili, że bakteria jest i trzeba antybiotykiem ją zabić.
Dobrze, że opłacali prywatne ubezpieczenie, to dawało im gwarancję uzyskania natychmiastowej, profesjonalnej pomocy. Kto tego nie robił, czekał na przyjęcie do specjalisty w kilkumiesięcznej kolejce. Damian od zawsze sądził, że lepiej płacić i nigdy nie wykorzystać niż ryzykować i później błagać o litość pod drzwiami jakiegoś przepracowanego onkologa. Żyli w obcym kraju, otoczeni obcymi sobie ludźmi, nie mogli liczyć na żadną bezinteresowną pomoc. Postępowanie według zasady przezorny-ubezpieczony było dla Damiana oczywistością.
– Załatwione, jedziemy do lasku, powdychasz tlenu i będzie dobrze.
Lasek, do którego jeździli, był jak najlepsze lekarstwo działające na wszelkie schorzenia, zaczynając od depresji, kończąc na migrenie.
Spacerowali, trzymając się za ręce, pies biegał jak nakręcony. Był w swoim psim raju – wszędzie zapachy, lisie dziury, krzaczki do obsikania. Słońce przebijało się przez korony drzew, tworząc jedyny w swoim rodzaju świetlny spektakl, pachniało naturą.
Cóż więcej człowiekowi potrzebne jest do szczęścia? Specyficzny mikroklimat tego miejsca sprzyjał refleksji. Damian chciał, żeby wszyscy ci religijni fanatycy, komuniści, zatraceni kapitaliści, rasiści i nacjonaliści odrzucili nienawistny bagaż. Chciał, żeby – tak jak on sam – zrozumieli, że zrobią to dla siebie, a nie dla kogoś. Pragnął, by przekonali się, że nie można zaznać szczęścia i spokoju, hodując w sercu gniew, złość i egoizm. Trzeba zacząć od samego siebie, ktoś musi wybaczyć pierwszy i przerwać spiralę nienawiści. Gdyby mógł, zawołałby do wszystkich bogaczy tego świata: „Uwolnijcie się, oddajcie swe miliony biednym, głodującym, cierpiącym na śmiertelne choroby ludziom, zrzućcie ten ciężar bycia kimś i jako wolni spełnieni w uczynku dobrej woli ludzie, wybierzcie się z rodziną na spacer”. Po powrocie do domu oglądali program o mrówkach. Facet ciekawie tłumaczył, że pojedyncza mrówka jest głupia jak but, ale w stadzie tworzy superrozumną konstrukcję, która w doskonały sposób potrafi zorganizować sobie życie. Może tak było i z ludźmi – myślał Damian. Może pojedynczy człowiek, choć inteligentny, to całego wszechświata rozumem ogarnąć nie mógł, ale gdyby odrzucił bariery dzielące go od innych, to wtedy razem z nimi, jako superwszechumysł, dałby radę pojąć, jak działa rzeczywistość? Może ludzkość, wolna od rasizmu, nacjonalizmu, a przede wszystkim fanatycznej religii, byłaby w stanie zrobić następny ewolucyjny krok? Później jego serduszko przełączyło na kanał z wiadomościami, tam nowo wybrany wiceprezes dużej partii syczał coś o zemście, wyrażając pogardę dla swoich przeciwników politycznych. Pomysły o ewolucyjnym kroku jednoczącym ludzi prysły z głowy Damiana jak mydlana bańka. Później pokazano Ukrainę z gazową pętlą na szyi, raport o masowym zabijaniu ludzi bronią chemiczną, wspomnienie brytyjskiego dobosza z uciętą przez islamskich fundamentalistów głową, strzelanina w szkole, dzieci znalezione w zamrażarce, protest przeciwko homoseksualistom, który przerodził się w regularną bitwę, a na koniec słaby występ polskich piłkarzy oraz anomalie pogodowe.
– Od jutra nie oglądam wiadomości, kochanie, źle mi robią po prostu.
Damian dostawał depresji po niemal każdych obejrzanych „newsach”. Może obniżenie nastroju stanowiło reakcję alergiczną na światową sytuację, może wrażliwi ludzie nie potrafili znieść tego całego syfu, który panował w każdej niemal dziedzinie? Może depresja nie była tak naprawdę żadną chorobą, a tylko konsekwencją świadomości celu, do którego zmierzał świat? Tak czy siak, myśli o świetlanej przyszłości wypchnięte zostały przez informacje bieżące. Pragnienie powrotu do pozytywnego myślenia zapędziło Damiana pod kołdrę, tam, miedzy nogami jego życiowej miłości, zapomniał o dążącym do przywrócenia wielkiego imperium Putinie. Po chwili francuskiego seksu zmienił język na swojego wyprężonego kutasa. Dolecieli razem, zgasili światło i przytuleni zasnęli, ciesząc się swoim udanym mikrokosmosem.
Nazajutrz pobudka, sto pompek, prysznic, śniadanie, lekarz pierwszego kontaktu, skierowanie na badania do szpitala. Wizyta u neurologa zapisana na następny dzień – to, oczywiście, dzięki prywatnemu ubezpieczeniu. Popołudnie i wieczór spędzone w pracy, trochę pompek – te już chyba do końca życia z Damianem zostaną, bo uzależnienia mózgu od chemii wyzwalającej szczęście nie da się wyłączyć. Musi coś dostać – dostaje więc endorfinę, dzięki niej daje jakoś radę, sport stanowi klucz do dobrego samopoczucia. Powrót do domu. Jego serduszko jak zwykle cierpliwie na niego czekała, prysznic, sypialnia.
– Przytul mnie, proszę. – Patrzyła na niego z miłością. – Mam jakieś takie dziwne napięcie przed tym jutrzejszym neurologiem. Podszedł do niej, wziął ją za rękę, pocałował w usta namiętnie. Oderwał się tylko na chwilę, po to, żeby popatrzeć na jej cudowną twarz. Była usposobieniem piękna, aniołem, którego fizyczny wygląd doskonale oddawał stan ducha.
– Nie martw się, kochanie, wszystko będzie dobrze.
Pragnął ucałować każdy centymetr jej wspaniałego ciała i robił to z namiętnością. Twarz, piersi, brzuch, uda, łydki, stopy. Obrócił ją na brzuch, rozpoczął taniec języka po plecach, nogach, pośladkach, słyszał przyspieszony oddech, rozpalony szept:
– Kochaj mnie.
– Kocham cię – odpowiedział namiętnie.
Magia połączenia, wspólny rytm, miłosne pchnięcia nieuchronnie prowadzące do ekstazy. Radość spełnienia. Lecieli razem, dwa ciała, jeden duch. Wspaniale jest mieć kogo kochać – taka była ostatnia Damianowa myśl przed utratą świadomości. Poranny śniadaniowy schemat, później wizyta w szpitalu.
– Zatrzymamy małżonkę na jakiś czas, musimy przeprowadzić kilka dodatkowych badań. Lekarz wyglądał na takiego, co wie, o czym mówi.
– Musimy mieć pewność.
– Pewność? Czego ma dotyczyć ta pewność? – spytał mocno zaniepokojony Damian. – Że niby co?
– Że wszystko jest dobrze, proszę pana. – Twarz białego kitla była jedną wielką zagadką.
– Oczywiście, panie doktorze.
Damian wiedział, że niczego nie wskóra, musiał zdać się na tego człowieka, zaufać mu. Może dlatego właśnie tak go nie cierpiał, bo musiał mu się oddać, utracić kontrolę?
– Ile to może potrwać?
– Tydzień, góra dwa i oddamy panu żonę – uśmiechnął się do niego biały fartuch, ale Damianowi do śmiechu nie było. Przyszli z bólem głowy, a tu szpital na tydzień może dwa? Co jest grane? Może opłaca się im ją tu trzymać, ciągnąc kasę z ubezpieczenia? Pytania przyniosły niepokój i lęk, za nimi maszerowała panika. Damian musiał się uspokoić, wiedział, że jeżeli podda się tym trzem, to zwariuje, a jak zwariuje, to jak pomoże swojej ukochanej? Musiał być silny dla niej, odpędzić myśl, która czaiła się gdzieś z tylu głowy podpowiadając rozwiązanie: walnij sobie, odprężysz się i wtedy pomyślisz, co dalej.
Spierdalać ode mnie!
– Dobrze, w takim razie mogę do niej zajrzeć? – Poddał się, oddychał głęboko, starał się ze wszystkich sił odnaleźć skupienie.
– Siostra pana poprowadzi, będziemy w kontakcie – chłodno pożegnał go lekarz. Szedł za pielęgniarką po korytarzu, nawet niezła dupa, fajne nogi, ale on nie miał nastroju na to, żeby folgować sobie w samczych odruchach. Opięty fartuszek otworzył w końcu jakieś drzwi i zaprosił go do środka. Tam, w przyjemnie urządzonym pokoiku, na łóżku leżała jego miłość. Gdyby nie to specjalistyczne łóżko, to nie poznałby, że znajdują się w szpitalu.
– Mam tu telewizor, kochanie – próbowała go rozśmieszyć.
Wiedział, że nie martwi się o siebie, tylko o niego, jak on sobie da radę sam na tym chorym świecie.
– Zadbam o wszystko. – Znał jej bezgraniczną miłość do zwierząt, które traktowała jak swoje dzieci.
– Wiem, kochanie. Zrób zakupy, potrzebujesz parę rzeczy do domu, wyślę ci listę SMS-em. Miał w dupie listę, zakupy, zwierzęta i dom. Bał się.
– Tak zrobię – powiedział słabo. Nie wychodziło mu to udawanie.
– Będzie, co ma być, nie zamartwiaj się, to nic ci nie da, osłabi cię tylko, a musisz być silny, bo cię potrzebuję silnego, rozumiesz? – Jej wielki duch odparł ataki niepokoju, Damian poczuł, że wraca do siebie.
– Damy radę, będzie dobrze – powiedział bardziej do siebie niż do niej.
Przytulił ją mocno i siedzieli tak chwilę, tęskniąc już za sobą. Tęsknili na zapas, wiedzieli, że kilka najbliższych nocy nie będzie im dane spędzić razem. Pożegnanie, zakupy, powrót do domu, pustka, łzy. Musiał coś robić. Praca. Siedząc w taksówce, odnalazł w sobie zrozumienie dla niektórych kolegów po fachu, którzy całe niemal życie spędzali w samochodzie. Nie mieli do kogo wracać. Niektórym nie chodziło o pieniądze, nie byli uzależnieni od stylu życia cierpiarza, nie działali, motywowani lękiem o utratę biznesu. Byli po prostu samotni, nie mogli wytrzymać głuchych ścian, pustych okien, wypalonego kominka. Uciekali do pracy. Na postój taksówek. Tam mogli poplotkować, powspominać, pożyć czyimś ciekawszym niż własne życiem.
Damian świetnie ich teraz rozumiał. Odczuwał wyrzuty sumienia, oceniał ich bezlitośnie, krytykując, wyśmiewając. Zdał sobie sprawę ze słuszności powiedzenia „nie sądź, bo będziesz sądzony”. Nie miał prawa do krytykowania życia innych, nikt nie miał.
– Jak się masz? – Pasażer oznaczał towarzystwo, nie był już tylko iluś-tam-eurowym banknotem, był kimś, do kogo można otworzyć gębę, poczuć się normalnie.
– Nie bardzo, żona w szpitalu – szczerze odpowiedział Damian.
Rozmawiali o życiu, wartościach, pieniądzu, który rządził światem, ale nic dobrego mu nie dawał, o telewizji, politykach, nierównościach społecznych, komunizmie i kapitalizmie, cywilizacji i jej możliwościach.
Kiedy dojechali na miejsce, widzieli nawzajem w sobie człowieka i byli pewni, że tak właśnie powinni patrzeć na siebie wszyscy ludzie.
Praca do późna z przerwą na obsłużenie zwierzaków, zmęczenie, łóżko, samotność, sen. Kolejne dni, narastająca chęć napicia się. Stary demon, już w pełni obudzony, przekonywał o nieuchronności tego, co ma nastąpić. Depresja, lęk, łzy. Coraz wyraźniejsza wizja ręki trzymającej szklaneczkę, walka, wizyty w szpitalu, praca, zakupy, spacery z psem.
Któregoś dnia telefon od białego kitla, zaproszenie. Damian chciał, żeby ten koszmar się już skończył. Przyjechał do szpitala.
Poczekalnia. Z nerwów przeglądał leżący na stole prospekt z wakacyjnymi ofertami, planując, gdzie zabrać swoje serduszko, myślał o Kenii. Lepiej o Kenii niż o barmanie nalewającym setkę burbona. Ona zawsze chciała tam polecieć, choć on sam jakoś do tej całej Afryki nie bardzo – od dziecka miał uraz do owadów, a tam ich przecież było pełno.
– Zapraszam do siebie. – Lekarz wyrywał go z urlopowego nastroju.
Poszedł za białym kitlem do gabinetu, usiedli naprzeciwko siebie. Damian czuł dziwny chłód w sercu, kiedy patrzył w oczy neurologa. To pewnie taka podświadoma reakcja na ten cały szpital – tłumaczy sobie. Nigdy za nimi nie przepadał. Padły słowa, po Damianowych policzkach popłynęły łzy, dziwnie się czuł, jakby był za szybą z grubego szkła. Niczego nie rozumiał, zastanawiał się tylko, dlaczego płacze.
– Słyszy mnie pan? – spytał lekarz i powtórzył raz jeszcze to, co miał mu do przekazania. Tym razem do Damiana dotarły strzępy informacji: złośliwy glejak wielopostaciowy, potocznie zwany „terminatorem”, czwarty stopień złośliwości, nieoperowany, koniec wszystkiego.
– Ile mamy czasu? – spytał, połykając łzy. Jego serce, zamienione w bryłę lodu, nie wiedzieć czemu ciągle biło.
– Siedem, góra dwanaście miesięcy, przykro mi. – Lekarz wyglądał na przepełnionego smutkiem, chyba faktycznie Damianowi współczuł.
– To pewne, panie doktorze? – drążył dla zasady, choć gdzieś tam w środku wiedział, że biały fartuch się nie myli.
– Naprawdę mi przykro – odpowiedział specjalista, wydając wyrok śmierci.
– Ona wie? – Już nie płakał, uruchomił tryb awaryjny, na którym podkręcony do maksimum umysł kombinował jak i co.
– Jeszcze nie, czekałem z tym na pana. Lekarz wiedział, jak postępować. W swojej karierze już nieraz podawał ludziom informację, która zmieniała ich życie na zawsze.
– Dobrze, ja jej to powiem, pozwoli pan? Neurolog zgodził się, patrząc w zimne Damianowe oczy. Ten myślał o ironii losu, nie miał jednak pretensji. Gdzieś kiedyś przeczytał, że aby coś porzucić, trzeba najpierw to zdobyć. On zdobył swój życiowy Everest. Wspiął się na niego w towarzystwie ukochanej osoby, dzięki której porzucił po drodze demona próbującego go za wszelką cenę zniszczyć. Stanął przed jej obliczem. Kiedy na nią spojrzał, ta w lot zrozumiała wszystko, co miał jej do powiedzenia. Jak zawsze – słowa nie były potrzebne, wystarczały gesty, mimika, machnięcie ręką, sposób chodzenia, spojrzenie.
– Chodź, kochanie, musimy się zbierać – szepnął do ukochanej, wycierając jednocześnie łzę, która spływała po jej policzku.
– Pani zostaje u nas – wtrącił doktor, skrobiąc coś w swoim kajeciku.
– Nie, panie doktorze, zabieram ją do domu. Lekarz patrzy raz na Damiana, raz na jego żonę.
– Panie doktorze, wychodzę na własne życzenie – padły pierwsze wypowiedziane przez nią słowa.
– Przyniosę dokumenty do podpisania. Neurolog wyszedł, kręcąc głową z dezaprobatą. Podpisali je, podziękowali i wyszli.
– Mam plan – zaczął Damian, zamykając za sobą drzwi.
Żona zatkała mu usta dłonią, przytuliła się mocno, płacząc, próbowali godzić się z przeznaczeniem.
– Zaopiekujesz się zwierzętami i bliskimi, obiecaj proszę – zażądała od niego deklaracji niemożliwej do zrealizowania.
– Nie martw się, zadbamy o ich przyszłość i zabieramy się stąd razem, kwiatuszku.
– Z jego twarzy biła śmiertelna pewność siebie.
– Jak to? – spytała retorycznie, doskonale wiedząc, co chce jej powiedzieć. – Nie ma mowy, to nienaturalne, nie ma religii, która by na to pozwoliła.
– A co, jeżeli taka jest? – Damian postawił wszystko na jedną kartę.
Nigdy nie byli religijni, jednak wyznawali mianownik wspólny mówiący o miłości, szacunku, wybaczeniu, dawaniu siebie, mówiący o życiu w zaufaniu do niewyobrażalnego. Szanowali wzajemne prawo do wolności wyboru duchowej drogi, dawali sobie prawo do obrania kierunku, jaki uważali za pomocny w osiągnięciu zbawienia.
– Zdziwię się, jak jest. Mam nadzieje, że nie bierzesz pod uwagę tych swoich okultystycznych ksiąg. – Martwiła się, ale nie o siebie, martwiła się, patrząc na rozpacz swojego męża.
– Wiesz dobrze, kochanie, że satanizm już dla mnie nie istnieje.
Miał nadzieję, że coś znajdzie, błagał w duchu Boga, wszechświat, przeznaczenie, by pozwolili mu umrzeć z ukochaną. Już od dawna byli jednym duchem mieszkającym w dwóch ciałach. Nie widział możliwości życia na tym świecie jako wybrakowany, zepsuty. Całym sercem wyrażał pragnienie odbycia podróży w nieznane wraz ze swoja ukochaną, która przez te wszystkie lata stała się nim samym w jakiś magiczny, nieogarnięty rozumem sposób. Jechali w milczeniu, myśląc o życiu, które pisało własne scenariusze, brali pod uwagę, że może przyjść taka chwila, ale gdzieś tam w głębi serca życzyli sobie odejść razem. Gdy myśleli o śmierci, która była nieodłącznym elementem życia, to wyobrażali sobie, że zginą w wypadku samochodowym lub w katastrofie lotniczej. Widać los chciał inaczej.
– Pierdolić los – powiedział Damian bardziej do siebie niż do żony.
Miał w końcu wolną wolę, musiał tylko znaleźć w Google jakąś religię, która przekona jego ukochaną – bez jej zgody rozwiązanie brane przez Damiana pod uwagę nie miało sensu. Musieli być jednomyślni w kwestii ostatniego wspólnego kroku, tylko wtedy mieli szansę obudzić się na innym poziomie egzystencji jako zjednoczony superbyt.
– Idę do zwierzaków, później zadzwonię do rodziców. – Jej spokojny ton był jak esencja akceptacji.
– Dobrze, kochanie – odpowiedział słabym głosem.
Musiał jak najszybciej dostać się do komputera, nie mógł znieść tego zawieszenia. Dopingowany ogarniającym go uczuciem przegranej, otworzył szafkę, w której jego miłość trzymała butelkę czegoś mocniejszego. Przycisnął Ballantinesa mocno do siebie, tak żeby go nie upuścić i pobiegł jak najszybciej na piętro, przeskakując po parę stopni naraz. Uruchomił komputer i czekał niecierpliwie na możliwość odpalenia Explorera. Drżącymi rękami obmacywał butelkę, ale nie pił, czekał na wyrok Google, za chwilę miało się wyjaśnić, czy zdechnie jako zapijaczony śmieć, czy też umrze jako wolny, przepełniony pewnością siebie człowiek. Po paru minutach żona Damiana usłyszała nieludzki wrzask. Była w nim cała masa uczuć. Po latach spędzonych razem potrafiła z jego głosu odczytać niemal każdą emocję. W tym krzyku na pewno nie znalazła przegranej, rozpaczy, gniewu czy też strachu, był za to triumf człowieka, który wygrał największą z możliwych nagród.
– Dżinizm, kurwa! Dżinizm, kochanie, ja pierdolę! Dżinizm. Przechodzę na Dżinizm, ha, ha. – Damian jak szalony zbiegał z piętra, wykrzykując emocje jak opętany. Kiedy stanął przed swoją ukochaną, ta zobaczyła go najszczęśliwszym, jakiego miała okazję kiedykolwiek zobaczyć w ich długoletnim małżeńskim życiu. Pulsował radością tak absolutna, że możliwą do osiągnięcia tylko w jakiś szalony sposób. Damian wyglądał jak ktoś, kto konkretnie odleciał i to bez możliwości powrotu.
– Jaki znowu Dżin? Mówiłam Ci, żadnych demonów.
– Nie Dżin tylko Dżinizm, odmiana Hinduizmu – krzyczał, nie mógł opanować podniecenia.
– Od dziś będę wyznawał Dżinizm. Jego twarz promieniowała radością, dziękował Bogu, wszechświatowi i Hinduizmowi za to, że pozwalają mu odejść wraz z ukochaną. Jeszcze parę minut temu był kompletnie załamany, pchany resztką nadziei, rzutem na taśmę wklepał do Google: „religia zezwalająca na samobójstwo”. Dawał może dwa procent szans na sukces. Kiedy jednak zobaczył wynik, zrozumiał jak fałszywym było powiedzenie, że „nadzieja jest matką głupich”. Doznał takiego szczęścia, o którym nie miał pojęcia, To było uczucie kompletnie spoza skali. Jeszcze nigdy nie czuł takiej wdzięczności, musiał krzyczeć, więc krzyczał, jakby stracił wszystkie zmysły. Podstawą ich związku była tolerancja, mieli prawo do kierowania się takim kodeksem, jaki uważali za słuszny, byleby nie krzywdzić innych ludzi. Warunek stanowiło trzymanie się filozofii opartej na miłości. Dżinizm wydawał się kwintesencją tej zasady, jego główne założenia mówiły o absolutnym wyrzeczeniu się krzywdzenia wszelkich żywych istot, dochowaniu wierności małżeńskiej, ograniczeniu materializmu do minimum i, co dla Damiana było najważniejsze, zezwalało na zagłodzenie się na śmierć w przypadku, kiedy wyznający tę religie pozbawiony był ambicji, pragnień oraz życiowych celów.
– Co zrobimy – zapytała go żona zrezygnowanym tonem. Wiedziała, że nie wyperswaduje mu tego pomysłu, był w takim stanie, że żadne argumenty nie mogły zmienić jego decyzji.
– Załatwimy zwierzakom dożywotnią opiekę, sprawy papierkowe, pożegnamy się z najbliższymi. Później wynajmiemy w jakimś ustronnym miejscu dom z widokiem na góry i przejdziemy na wodną dietę, kochanie – odpowiedział jej, śmiejąc się całym sobą. Przyszło mu do głowy, że w ostatnim etapie ich egzystencji jego serduszko będzie musiało zmierzyć się ze swoją jedyną słabością – słabością do jedzenia. To dawało temu wszystkiemu jeszcze głębszy, magiczny sens. Śmiał się tak spontanicznie, że aż zaraźliwie. Już po chwili śmiali się razem, wycierając sobie nawzajem łzy szczęścia płynącego z ich bezgranicznej miłości. Byli wolni i mogli być razem, a to od zawsze było dla nich najważniejsze…

Koniec?