Polując na miłość

“Polując na miłość” Chris Numpsa Prolog. To był kolejny dzień z tych w których więcej było świata szarego, niż białego, złotego, zielonego, czerwonego, czy czarnego. Każdy z tych “dni – światów”, był jego rzeczywistością, choć różnił się od innych w pewnych małych szczegółach, które to składały się na fundament, jego osobistej historii, a ta tworzyła nastrój dnia. Nastrój, ściśle powiązany był z zestawem wspomnień, nie koniecznie poukładanych chronologicznie, do których, pod jego wpływem miał dostęp. Nastroje w końcu kształtowały postrzeganie ludzi, otoczenia, przyszłości i jego samego w tych relacjach. Trudno było mu jednoznacznie ocenić, które z nich były dobre, złe, szczęśliwe, smutne, czy straszne. Każdy z nich skutkował innymi refleksjami, dlatego łatwiej mu było, opisać je kolorami. Szary świat, ściśle powiązany był z beznadzieją i zmuszał do pochylenia się nad tym wszystkim, co doprowadziło go do tego miejsca w którym, kręcił się za własnym ogonem, użalając się nad swoim losem. Tego szarego dnia, całą swoją osobistą energię marnował na przybieranie, dobrej miny do złej gry i to był sposób na przetrwanie w szarym świecie.

– Synu, napisz książkę o miłości. Powiedziała mu przy kawie Mama. Zawsze widziała go na wskroś, jedno przenikliwe spojrzenie i wszyskie durne miny, wymówki, czy teatralne gesty, opadały jak kurtyna. Kiedyś myślał, że widzi go takim, jaki jest naprawdę, ze względu na to, iż była jego Matką. Z czasem, okazało się jednak, że widziała tak wszystkich ludzi, miała taką specjalną zdolność. Zdolność widzenia na wskroś, nie była to jej jedyna, dziwna umiejętność i choć, takie myślenie, może wydawać się infantylne w głębi serca, od zawsze wiedział, że jego Mama, była Czarownicą.

Rozdział 1.

Napisz książkę o miłości, powiedziała, wtedy Mama i to miało mu niby pomóc, dobre. To co ma teraz biologię studiować, albo jakąś chemię? Nie wiedział, czy ma się śmiać, czy płakać, a sarkazm mu nie pomagał. W dobie mody na rozwód, który był manifestacją rozpadu życia społecznego, kiedy wszyscy martwili się statusem ekonomicznym i własnym interesem, motywowanym czystym egoizmem, on miał pisać książkę o miłości. Po prostu komedia, gdyby nie to, że to była tragedia, farsa po prostu. Przecież naukowcy, a za nimi szkoły, nauczają młode pokolenie, że miłość to nic innego, jak imperatyw biochemiczny, skutek prostego procesu, doboru naturalnego. Do tego katastrofa klimatyczna, pandemia Koronawirusa, upadek demokracji, krocząca recesja, a on ma pisać książkę o miłości. Gdyby tę radę, dostał od jakiegoś psychologa, czy terapeuty to, albo by go wyśmiał, albo zrobiłby mu wodę z mózgu, atakując nihilizmem i to drugie, byłoby najbardziej prawdopodobne.

Tyle, że powiedziała mu to Mama, a to sprawiało, że ze względu na to jak poradziła sobie w warunkach, dla większości ludzi nie do wyobrażenia, nakazywało mu spojrzeć na sprawę z zupełnie innej perspektywy. Stety, niestety musiał odstawić narzędzia negacji, które w tych czasach były oczywistym środkiem, wysilić się i odnaleźć drogę do czegoś, czego wszyscy niby w głębi duszy pragnęli, ale w co tak naprawdę prawie nikt nie wierzył.
Zadanie dostał karkołomne, to akurat wiedział na pewno, miał wrażenie, że wybiera się w pole wiatru szukać, a ten miał mu powiedzieć, jak wyjaśnić milenijną zagadkę liczb pierwszych, co w konsekwencji miało mu pomóc w wyprawie z motyką na księżyc. To nie było śmieszne, im bardziej próbował skupić uwagę na tym, czym jest Miłość, tym bardziej, zdziwiona problemem głowa, wydawała mu się pusta. Od czegoś trzeba było zacząć, a najlepiej zaczynać od początku przecież. W tym przypadku, choćby małej definicji tematu, który miał za zadanie opisać i to w formie książki. Biegał myślami po tej swojej pustej głowie, coraz szybciej i jedynym efektem była świadomość jak musiał się czuć, przysłowiowy Żyd w pustym sklepie. Kiedy już ze zmęczenia, frustracji i braku rezultatów, zaczynał szukać białej flagi i układać tekst uzasadniający poddanie walkowerem, przyszła mu do głowy genialna w swej prostocie myśl.

Nie wiesz czegoś? Zapytaj wujka Gooogla, oczywiście. Jak na to wcześniej nie wpadł, sam nie wiedział. Wszystko wydało się teraz proste i oczywiste. Plan wydawał się mieć ręce i nogi, jak już będzie miał definicję Miłości, to będzie wiedział o czym ma być ta cała książka, reszta to tylko warsztat, rozwinięcie tematu, jakieś tkliwe zakończenie, może nawet z puentą i zadanie wykonane. Zadowolony, ze swej przebiegłości z chytrym uśmieszkiem na ustach, chwycił za telefon i wpisał Miłość do wyszukiwarki. Na łatwiznę idziesz, taka myśl niczym piorun, przeleciała mu przez głowę. Jak to na łatwiznę? Z lenistwa, wszystkie cywilizacyjne wynalzki, powstały i tyle. Wewnętrzny spór, niczym nożem ucieła internetowa encyklopedia, zwana Wikipedią, podając mu, że “pojęcie miłości jest trudne do jednoznacznej interpretacji”. Masz babo, placek.

Był w “czarnej dziurze”, żeby nie użyć bardziej dosadnego słowa, na opis sytuacji w której się znajdował i co teraz?
Siedział tak sobie, pokonany przez chwilę z której nic prócz konsternacji, nie wynikało, kiedy nagle uświadomił sobie, że szary świat zniknął i już wiedział, Mama – Czarownica, mobilizując go do opisania abstrakcyjnego bytu, wyzwoliła w nim siłę życia, wyciągając go tym jednym, prostym ruchem z depresji zaniechania, stagnacji i beznadziei i to była właśnie Miłość. Miłość i Magia, które miały ze sobą wiele wspólnych mianowników. Pierwszym był fakt, iż obydwie siły wychodziły ponad wszelkie próby interpretacji, czy definicji i nie mogły być udowodnione empirycznie. Większość naukowców, czy też ludzi po prostu myślących racjonalnie, wkładała ich istnienie, po między bajki, a skupianie uwagi na tych kwestiach, uważali za dziecinne. Co ciekawe, większość z tych, którzy posiadali podstawową wiedzę astronomiczną, zupełnie swobodnie, przyjmowało fakt istnienia tzw. “ciemnej masy i energii”, które były fundamentem, budulcem i spoiwem wszechświata, a których również nie mogli zaobserwować, a ich istnienie wynikało, jedynie z modeli matematycznych. Idąc tym tropem, można było dojść do wniosku, że miłość, magia i przytłaczająca większość kosmosu, były w jednym worku “istnienia bez zrozumienia”. Kwestia magii, wydawała się być jeszcze bardziej ulotna i opierająca się klasyfikacji, niż miłość, czy fantomowe struktury wszechświata, gdyż o ile miłość można było poczuć, a nieznane formy masy i energii po prosu obliczyć, to magia była zjawiskiem czysto filozoficznym. Próby rozważenia tej kwestii musiały rozpocząć się, od jeszcze jednej nieuchwytnej siły, zwanej “siłą woli”, która jak pozostałe istniała, zarówno w historii, jak i w bieżącym nurcie funkcjonowania ludzi w świecie, ale była jednocześnie, równie niemierzalna jak pozostałe. Tutaj jeszcze jeden wniosek przychodził mu do głowy, który był niczym grom z nieba, mocny i oświecający, otóż wielkim wspólnym mianownikiem, wydawał się być sens istnienia, zarówno wszechświata, jak i człowieka, fundamentalnie opierający się o te siły. To właśnie w tym jednym, karkołomnym zadaniu pokazała mu Mama. Potężne, proste i genialne zarazem. Jak miałby funkcjonować człowiek bez miłości? Bez niej, nie byłoby woli działania i ktoś mógłby powiedzieć, że przecież można motywować się nienawiścią, przykładów w historii mamy, przecież bez liku. Tyle, że to była ta sama energia, ale płynąca w innych kierunkach, czy też, jakby to ująć na poziomie psychologicznym, nienawiść była “miłością frustracji”. Tak czy owak, wszechświat nie mógł istnieć, bez “ciemnej masy i energii”, ponieważ bez nich, znana nam materia nie mogłaby tworzyć stabilnych struktur, takich jak układy planetarne, galaktyki i ich gromady, a człowiek nie mógł funkcjonować bez woli życia, czy miłości. Magią w tym wszystkim było to, że zarówno czasoprzestrzeń pozbawiona nie nazwanych, istniejących tylko teoretycznie sił, straciłaby swoją strukturę, tak człowiek bez Miłości i Woli, musiałby pogrążyć się w wewnętrznej ciszy, a tym samym zatrzymać świat, tracąc tym samym uzasadnienie swojego bytu w znanej nam rzeczywistości.

Kolory świata zmieniały się tak szybko, że zlały się w jedno tu i teraz, był gotowy na wyprawę, która wydawała się nie mieć końca. Nie miał jednak zamiaru martwić się końcem, czy jego brakiem, skoro miał w ręku mocny początek. Dla niego historia Miłości i jej różnych kolorów, zaczynała się krótko przed narodzinami Mamy, na kresach wschodnich w małej wiosce, gdzieś w okolicach Lwowa, w czasie drugiej wojny światowej. Panował taki głód, że Bacia w ciąży musiała lizać ściany, żeby dostarczyć swojemu nie narodzonemu dziecku, choć odrobiny wapnia, niezbędnego do prawidłowego, wzrostu kości. Polska istniała wtedy, tylko w sercach patriotów, których masowo mordowali okupanci i nikt nie wiedział, który oprawca był lepszym złem. Ojczyzna znalazła się między młotem, a kowadłem, a najeźdźcy mniej więcej, byli sami siebie warci.

Katyń, Oświęcim, czystki, pogarda, bestialstwo i przemoc. Wspomnienia z tamtych czasów były tak przerażające, że każdy z nich mógł stworzyć, niezależny od siebie, zespół stresu po urazowego. W dzisiejszych czasach, narzekamy prawie na wszystko. Dużo oczekujemy i liczymy, też na wiele, przez co jesteśmy rozczarowani. Przygniata nas cała masa problemów, które kreujemy sami, kierując się pazernością i egoizmem. Nie czujemy już wartości, bycia po prostu tu i teraz. Żyjemy przeszłością, albo planujemy przyszłość. Wysyłamy dzieci na terapię, bo mają “za dużo” energii, a może to dorośli mają jej za mało? Połowa młodego pokolenia ma doła, bo druga połowa nienawidzi, tę pierwszą na Facebooku. Jedni dostają antydepresanty, drudzy biorą narkotyki, monopolowe sklepy sprzedają prawie dwa miliony “małpek” na poprawę humoru. Dziennie. Nie do wiary? A jednak to prawda. Większość ma kaca, albo właśnie na niego pracuje, prawie każdy grabi do siebie, zapominając, że wszyscy płyniemy jedną łódką. Słyszymy wodospad i znamy konsekwencje, ale sterować za bardzo nie umiemy. Walczymy o władze, dla samej władzy. Nie wyciągamy wniosków z historii. Płyniemy z prądem, wiosłować jednak nam się nie chce.
Widzimy na horyzoncie, nieuchronnie zbliżającą się katastrofę, mimo to jak ognia unikamy altruistycznego wysiłku, który jest złotym kluczem do szczęścia, przecież. Zamiast tego krzywdzimy zwierzęta, niszczymy przyrodę i choć czujemy, że nurt gwałtownie narasta, zabijamy tę świadomość, myśleniem życzeniowym. Wszechobecna Korupcja. Pazerność. Rywalizacja, zamiast współpracy. Zawiść.

Co zostawiamy następnemu pokoleniu? Nie zastanawiamy się nad tym, a może gdyby nasze dzieci, dostały trochę uwagi i ciepłego uczucia, od nas rodziców, to nie potrzebna byłaby, żadna diagnoza, czy terapia? Czy poświęcamy im wystarczająco uwagi? Kariera, czy rodzina? Chore ambicje, czy prawdziwe życie? Zamiast oceniać innych, może lepiej odpowiedzieć sobie, na te wszystkie pytania? Każdy szczerze, przed lustrem w ciszy i we własnym sumieniu.
Jego Mama, urodziła się w 1941 roku i był to czas bombardowań, cierpienia, wszechobecnego strachu i nikczemności. Brak jakichkolwiek perspektyw, oprócz tych malujących się w czarnych kolorach. To było dopiero “pod górę”, jak to możliwe, że tyle czasu zmarnował na kontemplowanie swojego lenistwa? To ono i idące wraz z nim zaniechanie, było tak naprawdę źródłem, tego całego “szarego świata” i żalu nad sobą.
Rozczarowujące i żenujące. Wstyd. Narzekał na wszystko, zamiast po prostu żyć, chwytając i doceniając każdy dzień, ciesząc się stojącym przed nim, oceanem możliwości. Jak wyglądał teraz w zderzeniu z historią Mamy, której pierwszym wspomnieniem z dzieciństwa było wygnanie, zwane też przesiedleniem. Niewola. Towarowy pociąg, bydlęce wagony, terror, jadą razem na zachód. Wyobraża sobie Mamę, jako małe wtedy dziecko. Razem z nią, jej rodzeństwo i przerażeni rodzice. Wokół, kilka rodzin, niektórych znają z niedawnego sąsiedztwa, oderwani od swoich korzeni, dzielą niedolę.

Wszyscy jeszcze żyją, tylko dlatego, że Babcia w pośpiesznym akcie desperacji, kierując się życiową mądrością, zabrała ze sobą kozę, która pozwoliła im przetrwać najgorszy głód i zimno, przenikające, aż do kości. Szaleństwo rozpaczy, napędzane strachem płynącym z nieświadomości. Nikt nie wie, dokąd tak naprawdę ich wiozą. Zostawili za sobą wszystko. Rodzinne miasto, dom, ziemię, historię i radość z życia, jechali w nieznane, które mogło okazać się gorsze od koszmaru, który wraz ze wszystkim co mieli, musieli zostawić za sobą. Jadą i jadą, całymi dniami i nocami, czasem stoją na bocznicach. Wojskowe składy, mają oczywiście pierwszeństwo. Na tych postojach jest okazja, żeby uzupełnić wodę i nazbierać trawy, dla ich jedynej żywicielki. Wojna właśnie nabrała rozpędu, a polityków opanował amok niszczenia i zabijania. Rozpacz, destrukcja, nienawiść. Propaganda. Nacjonalizm, rasizm, podziały, ksenofobia i hańba. Któregoś dnia stają w szczerym polu, a Rosjanie nie wiedzieć czemu, otwierają wszystkie drzwi, ludzie rzucają się do ucieczki. Całymi rodzinami wybiegają z pociągu i pędzeni strachem biegną, byle dalej w pole. Mama pamięta jak, Dziadek krzyczy do Babci.

– Dawaj, Marta uciekamy, szybko. Poddaje się masowej histerii, napędzanej paniką i zwierzęcym strachem o własne życie.
– Nie, zostajemy. Krzyknęła Bacia i przytuliła do siebie, wszystkie dzieci. To Miłość do nich sprawia, że słucha głosu intuicji i opiera się owczemu pędowi, który wpycha towarzyszy niedoli w objęcia śmierci. Po kilku chwilach, słyszą terkot karabinów maszynowych, to żołnierze na rozkaz, jakiegoś mordercy w oficerskim mundurze, otwierają ogień do uciekających z transportu, bezlitośnie odartych z człowieczeństwa cywili.
Dziadek nie mógł wtedy słyszeć głosu intuicji, płynącej z Miłości. Po prostu z jakiegoś powodu, czuł potrzebę krzywdzenia innych i po wojnie, okazał się być fatum, być może gorszym niż sama wojna. Przesiedlenie, okazało się być dla rodziny mojej Mamy, dopiero przedsionkiem czekającego na nich piekła, które już szykowało miejsce, dla kolejnego rzędu dusz. Głodne, zimne i niesprawiedliwe…

C.D.N