Chomąto

“CHOMĄTO” by Chris Numpsa.

Oparte na prawdziwych wydarzeniach.

W świecie opanowanym przez wampiry, kanibale i demony w garniturach, prawdziwi humaniści musieli zapaść na depresję. Nie można było być człowiekiem i spokojnie patrzeć na krzywdę wyrządzoną praktycznie, każdej formie życia w imię zysku, czerpanego z rajów podatkowych, w których legalni złodzieje, popierani przez polityków, media i banki, okradali bezkarnie społeczeństwo, żerując na nim, stając się, tym samym największym szkodnikiem naszych czasów. Szczurem w wyścigu, który w imię chwilowego zysku, wyzyskiwał kraje trzeciego świata, podsycał konflikty, handlował bronią, niszczył środowisko, prowadząc tym samem cywilizację na krawędź przepaści…

Rozdział 1. “Nihilizm”

– Mam bardzo złą wiadomość. Zrozpaczony głos w słuchawce histerycznie wykrzyczał oczywistą oczywistość. No tak. Przecież nie mogła to być dobra wiadomość. Nie, nie mógł usłyszeć, że dostał spadek albo, że został wylosowany właśnie w jakiejś super loterii i jest tym jedynym wybrańcem, który otrzyma wielką nagrodę. To musiała być zła wiadomość z tej prostej przyczyny, że obecnie w jego życiu działało prawo “czarnej serii”. Prawo które znane było większości ludzi, teoria przekazywana z pokolenia na pokolenie. Teoria która mówiła, że jak coś się psuje, to psuje się na całego. Lata grube, lata chude. Hossa i bessa. Radość i łzy… Pierwszy zepsuł się telewizor, a bez telewizora prosty przedstawiciel klasy robotniczej nie mógł być szczęśliwy. Telewizor był jedynym kolorowym oknem na świat jakie taki typowy “robol”posiadał. Był tym magicznym miejscem gdzie po dniu pełnym walki o wysoką sprzedaż, dobrą jakość obsługi czy tez idealną organizacje pracy mógł zobaczyć śliczniusie, uśmiechnięte szeroko buzie wysoko opłacanych prezenterek. Był miejscem gdzie zapoznawał się z najnowszymi osiągnięciami mechaniki kwantowej lub zwiedzał najdalsze zakątki wszechświata podróżując poza czas i przestrzeń wraz z Morganem Freemanem. Miejscem gdzie szare, nudne życie nabierało tempa i barw. Telewizor był ostatnią rzeczą z której współczesny – uwikłany w kapitalistyczny system “człowieczek” mógłby zrezygnować. Adaś, także zaglądał w “szklane okienko” po to, żeby zobaczyć co darmozjady z Polskiego rządu robiły, aby zniechęcić takich jak on do powrotu. Po kilku latach spędzonych na obczyźnie wyglądało na to, że gdyby kierując się patriotyzmem, został w zasraniutkiej ojczyźnie to życie przeleciałoby mu na wiązaniu końca z końcem, a na jego mecie nie dostałby nawet głodowej emerytury.
– No bo z czego ? Pytałby kolejny nieudolny minister. Skoro w Polsce niż demograficzny i odpływ emigracyjny ? Kółko zamykane przez zepsutych krętaczy. Adaś gdyby tylko mógł zdecydować to kazałby ich wszystkich powiesić wzdłuż nie wykończonych autostrad, a głównych decydentów spaliłby na stosie zbudowanym na środku śląskiego stadionu na którym to “kolesie” dorobili się fortun “przewalając” miliony wpłacane do państwowej kasy przez polskich podatników. Tak właśnie zacząłby prawdziwą reformę : od pozbycia się biurokratycznego nikomu nie potrzebnego pasożyta, który to tak za komuny jak i obecnie żerował na ogłupionym przez propagandę narodzie. Propagandę sianą przez głowy, które gadały w radiu i telewizji o wszystkim : od problemu Gender, przez Ukrainę na Smoleńsku kończąc. “Nawijały” ile wlezie, byleby odciągnąć uwagę od przekrętów dzięki którym mafiozi budowali swoje imperia od Warszawki zaczynając, a na małych gminach kończąc. Gdzie władza ustawodawcza, sądownicza i wykonawcza leciały w “bena” z obywatelem bez trzymanki. Polska – kraj przewału totalnego. Kraj należący wedle socjalistycznego prawa do zamieszkującego go tam narodu. Po okrągłym stole – rozgrabiony, podzielony, wysprzedany. Na “przemianach” zarobili złodzieje będący przy korycie, czyli banda polityków popieranych przez kościół, prawnicy którzy zalegalizowali cały przekręt, bankierzy którzy pomogli przelać w bezpieczne miejsca zrabowaną społeczeństwu kasę, spec służby które teczkami trzymały cały układ w szachu, oraz mafia – zbrojne ramie tych ostatnich. Młodzi ludzie bez nadziei na lepsze jutro. Klasa średnia z wizją kolejnego etapu “niby reform” za którą czaiła się potrzeba “zaciskania pasa”. Emeryci “starego portfela” pozostawieni z niczym – pozbawieni perspektyw na godną starość. Bez prawidłowego dostępu do służby zdrowia, bez pieniędzy na wciąż drożejące leki. Frustracja, zniechęcenie, bezrobocie, emigracja to były najczęściej słyszane słowa. Wyjeżdża ten, wyjeżdża tamten z tego “kraju smutnych ludzi”. Adaś dobrze pamiętał swoje rozterki nad wyborem dalszej życiowej drogi.
– Uciekaj, póki możesz. Wewnętrzny głos motywował go wtedy z całych sił do poczynienia jakichś kroków, kroków które mogły wyprowadzić go z tego “domu zła”. Wyemigrował do Dublina wypełniony nadzieją, że zachodni system da mu sens, radość i pieniądze. Pełen wiary w to, że tam w kolorowym świecie możliwości, rożnych szans znajdzie swoją ścieżkę po której dojdzie do celu. Osiągnie wymarzony sukces. Adaś nie wiedział wtedy jeszcze, że kapitalizm pozbawia duszy, pozbawia części osobowości, że działa jak lobotomia zamieniając ludzi w roboty kulające się od poniedziałku do piątku. Roboty zabijające się w pracy, zabijające się po malutkim kawałeczku. Maszyny czekające na weekend w którym będą mogli dać sobie w gaz, wciągnąć w nos, albo wstrzyknąć w żyłę. Po weekendowym odlocie niedzielny kac leczony jakimś nowoczesnym psychotropem. Powrót do kieratu w poniedziałek rano, tak właśnie wyglądał styl życia przeciętnego “Johna Smitha”. Styl życia który wyciągał z ludzi najgorsze cechy : zawiść i fałsz, styl który powodował regres intelektualny, który powoli wpychał “zachodni świat” w szpony szaleństwa. Dla większości ludzi nie było żadnych złudzeń, wypas mieli tylko ci którzy urodzili się w bogatych, wysoko postawionych klanach, albo ci którym udało wcisnąć się do polityki gdzie żerując na podatniku ustawiali siebie i swoje rodziny w taki sposób, żeby szara codzienność “zwykłego obywatela ziemi” omijała ich szerokim lukiem. Byli jeszcze tacy, ale tych było niewielu którzy dzięki ciężkiej pracy nad własnym odnalezionym jakimś cudem talentem osiągnęli sukces. Dla reszty świata przeznaczone było życie w telewizyjnej rzeczywistości która gdyby została ogarnięta nie ogłupionym przez medialny przekaz umysłem dopadłaby ich natychmiast swoją miernotą. Bez telewizora zwykli ludzie musieliby siedzieć w ciszy, a w niej czaił się egzystencjalny lęk, strach o marnowane życie spędzane na codziennej rutynie którą Adaś Kaczyński zwykł nazywać “Chomątem”. Określenie “Chomąto” odzwierciedlało doskonale status niewolnika w jakim bez wątpienia znajdowała się większość otaczających go ludzi. Ten niewolniczy stan nazywany był przez zachodni świat “demokracją”, lub “kapitalizmem”. Dla niego samego system ten niewiele różnił się od systemu późnego socjalizmu w którym to Adaś Kaczyński dorastał. W obydwu światach zwykli obywatele musieli ubierać “chomąta”. Socjalizm nakładał “chomąto” zmuszając do objęcia jakiegoś nisko, lub wysoko opłacanego etatu z tej prostej przyczyny, że w socjalizmie z zasady nie mogło być bezrobocia. W socjalizmie każdy mógł, ba wręcz musiał pracować. Kto próbował uniknąć oddania swojego losu dla wspólnego społecznego dobra był leniem, pasożytem, przestępcą występującym przeciwko idei budowania społecznego “dobrobytu”. W demokracji kapitalistycznej, “chomąto” ludzie nakładali sobie sami. Wstawali po prostu każdego dnia rano i wio do roboty w której to mieli być szczęśliwi i spełnieni, pogoń za pieniądzem stał się celem, sensem życia. Propaganda światowego kryzysu doprowadziła do tego, że ludzie cieszyli się z faktu posiadania swoich panów dla których to zasuwają od rana do wieczora wierząc, że życie polega na nieustannym wypełnianiu niepodpisanych umów. Najpierw szkoła, dorastanie, później praktyka i praca, wreszcie dom choćby w kredycie, drzewo w ogrodzie, a później obowiązkowo dzieci… Systemowy kierat narzucany przez tak zwaną “normę społeczną”. Normę której zasady głosił telewizor – propagandowa tuba kapitalistycznej ‘krainy szczęśliwości’. To on mówił co ludzie mają myśleć, czego się bać, a z czego cieszyć. Według telewizora ktoś kto chciał wykorzystać życie w innym celu niż to powszechnie uznane za “normalne”, był oczywiście “nienormalny” choć z drugiej strony podawał, że tylko wariaci w sprzyjających im okolicznościach zwanych dalej “geniuszami” mogli zrobić z życiem coś naprawdę wyjątkowego. Adaś uważał się bardziej za wariata niż geniusza, przekonania takiego nabrał za sprawą pewnego “epizodu psychiatrycznego”, który przydarzył mu się w dzieciństwie, oraz prześladującej go paranoi, mianowicie ciągle wydawało mu się, że wszystko jest nie tak jak trzeba. Na każdym kroku napotykał się na sytuacje które nie pasowały do wzoru, który powszechnie uznawany był za prawidłowy. Coś z nim było grubo nie po kolei i Adaś bał się tego faktu przeraźliwie. Robił więc wszystko, żeby zabić w sobie spontaniczne myślenie, całe życie wmawiając sobie, że aby osiągnąć szczęście powinien żyć tak jak telewizor przykazał. W końcu uwierzył, że powinien być poprawnym, społecznie akceptowanym obywatelem, harować, płacić podatki no i oczywiście oglądać telewizor który to miał za zadanie pomóc mu w dopasowaniu się do rzeczywistości. Zepsuty telewizor był tylko wstępem – skromną zapowiedzią Adasiowej “czarnej serii”, zanim zdążył cokolwiek z tym problemem zrobić jeszcze tego samego dnia wysiadło turbo w taksówce którą jechał do pracy. Adaś nigdy wcześniej nie był w samochodzie w którym wysiadło turbo. Kiedy więc podczas jazdy cały samochód wypełnił się gęstym, śmierdzącym dymem, a prowadząca go “złotowa” zaczęła przeklinać na czym świat stoi, spanikował.
– O Jezu, tak właśnie skończę, paląc się żywcem w tym niby niezawodnym, niemieckim gracie. Przez chwilę był na sto procent pewny, że straci w nim swoje niewolnicze życie, które w obliczu nieuchronnej śmierci stanęło mu przed oczami. Adaś słyszał kiedyś od kumpla z Polski, że życie może tak przelecieć w jednym ułamku sekundy, ale jakoś nie bardzo w to do tej pory wierzył. No bo niby jak tak całe życie w mgnieniu oka miałoby przelecieć ? To on tyle lat się męczył, żeby po przeżywać to wszystko, a tu tak w ułamku sekundy całość miałaby mu się ukazać ? Ostatecznie musiał przyznać swojemu koledze rację, a stało się tak za sprawą taksówkowej awarii. Jednak nie sam fakt zaistnienia tego fenomenu na dłuższa chwilę pozbawił Adasia oddechu, był nim obrazek który wtedy w tym mgnieniu oka zobaczył. Obrazek ukazujący zupełnie inny sens egzystencji niż ten który do tej pory uznawał za prawdziwy. Spojrzał na swoje dzieciństwo, dorastanie, młodość wszystko zaplątane w schemat który powtarzany przez kolejne pokolenia kręcił światem szaleńczo. Schemat według którego żyjąc, zabijało się swoją prawdziwą uśpioną gdzieś tam na dnie duszy naturę. Zobaczył gonitwę za mirażem życiowych celów, gonitwę napędzaną nadzieją, że będzie kiedyś lepiej, że jak już osiągnie to, czy tamto to wtedy poczuje się szczęśliwy. Przed wyjazdem z kraju myślał, że prawdziwe życie czeka na niego tam na zachodzie, ale kiedy czas pokazał prawdziwe oblicze kapitalistycznego “raju” zrozumiał, że wszędzie jest tak samo, że nie zależnie od statusu ludzie kręcili się w kółko zabijając dany im przez Boga czy kogo tam kto tym wszystkim sterował czas. Bezsens, kompletna bzdura. Jeżeli istniał jakiś sens, to był on nie do ogarnięcia przez Adasiowa percepcję, no bo niby gdzie ? W szaleńczym przeludnianiu planety w imię wzrostu gospodarczego ? W wyścigu zbrojeń motywowanym nienawiścią religijno – rasową ? W niszczeniu środowiska naturalnego, truciu współobywateli, męczeniuzwierząt ?
– Pieprzyć to, jak z tego wyjdę to zrobię coś wyjątkowego. Nie był pewny czy ktoś tam we wszechświecie słyszał tę składaną naprędce obietnicę, ale to było dla niego nieważne chciał, musiał coś z tym ukazanym mu przez tę jedną chwilę samo – oszustwem zrobić. Dym palonego turbo wypełniał taksówkowego trupa, doprowadzając Adasia na skraj akceptowalnego lęku, był przekonany, że umrze tu i teraz wraz z wiecznie użalającym się nad sobą taryfiarzem. Jezu jaka bezsensowna śmierć, jakością dorównująca nijakiemu życiu marnowanemu na gonieniu w tym porąbanym systemie ekonomicznych wykresów i wtedy właśnie kiedy Adasiowe przerażenie osiągnęło zenit przydarzyło mu się coś co przypominało pewien epizod z dzieciństwa. Była to króciutka chwila snu na jawie, projekcja wystraszonego umysłu, halucynacja tak realna, że nie do odróżnienia od normalnie postrzeganej rzeczywistości. Wizja trwająca ułamek sekundy, obrzydliwość dostrzeżona kątem oka, makabra jakiej sobie nikt o zdrowych zmysłach tak po prostu nie mógł wyobrazić. Adaś zobaczył ją w czasie, w którym szarpał bezskutecznie klamkę, próbując wydostać się z pułapki, w jaką zamieniła się duma niemieckiej motoryzacji.
– O mamusiu kochana, wygulgotał do siebie, puszczając jednocześnie bąka, gdyby rano nie wypróżnił się po kawie, teraz na bank miałby pełne spodnie.
– Wypuście mnie stąd, błagam. Jęczał patrząc na okopcona dymem głowę kierowcy. To ten właśnie widok zmienił na moment Adasiowe postrzeganie rzeczywistości. Głowa taryfiarza opleciona była przez jakieś nieznane Adasiowi stworzenie, opisem najbardziej pasujące do ośmiornicy, stworzenie mackami mocno trzymało swoją ofiarę. Macki sięgały do wszystkich otworów z których wysysały jasną poświatę, kończyny potwora spotykały się na szczycie oplecionej głowy, tam poświata błyszczała szczególnie mocno, pulsując świetlistością, która następnie ulatywała w górę. Wizja trwała ułamek sekundy, chociaż próby odmierzania czasu były w tym przypadku nieskuteczne. Dla Adasia wszystko stanęło w tym jednym momencie, który interpretował na dwa sposoby. W pierwszym strach przed utratą życia odebrał zdrowe zmysły i zmącony Adasiowy umysł spłatał mu figla projektując ten cały horror. W drugim przypadku, wyjaśnienie dziwnego widoku jaki przez tę chwilę strasznego lęku ukazał się Adasiowym oczom, był o wiele bardziej przerażający niż ten pierwszy. Może Adaś dzięki temu całemu nerwowemu napięciu zobaczył prawdę ? Może tuż obok niego istniały “nieorganiczne byty”, których na normalnym poziomie percepcji nie był w stanie dostrzec ? Może coś istniało obok niego, niewidzialne jak grawitacja, coś co było nie do ogarnięcia opętanym przezcodzienność małpim rozumem ? Adaś awarię turbo przeżył, ale jakoś nie czuł z tego faktu radości, wypełniał go niepokój powodowany nową – straszną świadomością. Z tyłu głowy czaiły się pełne grozy pytania. Czy sensem życia było oddawanie energii jakimś niedostrzegalnym na normalnym poziomie świadomości stworzeniom ? Czyżby nie było żadnego “Nieba”, żadnego “Boga”, a może była tylko “Farma”, na której ludzie hodowani byli jak bydło, bydło ogłupione wciskanymi na siłę do głowy zasadami, schematami zachowań, teologicznymi bredniami mającymi na celu uspokojenie dręczonego niepewnością ducha ? Jak miał sobie z tym wszystkim teraz poradzić ? Głos w słuchawce wrzeszczał coś o jakiejś tragedii i to paradoksalnie dawało mu chorą satysfakcję, płynącą z faktu że obawy które miał były jednak uzasadnione, że “prawo czarnej serii” działało i nie musiał się już martwić paranoją. Wychodziło na to, że tam gdzieś poza Adasiowym postrzeganiem był ktoś, kto planował, układał cały ten scenariusz w taki sposób żeby zaczynając od tragicznego telefonu, przez zepsuty telewizor, aż po nerwy w taksówce bezlitośnie zniszczyć mu humor. Ktoś tym wszystkim gdzieś tam w nieznanym obszarze percepcji kierował. Kim był ? Tego Adaś nie wiedział, był jednak pewny, że musiał być to wyjątkowo podły i jednocześnie nieskończenie sadystyczny sukinsyn…

Rozdział 2. “Korporacje”

– Co się stało ? Wymruczał niepewnie do słuchawki Adaś. Tak naprawdę to nie chciał wiedzieć, ale przecież musiał zadać to pytanie. Oczywiście znał głos człowieka mówiącego, a raczej histerycznie do niego krzyczącego ze znienawidzonego smartfona który był jednym z elementów “Chomąta”, elementem który Adaś lubił nazywać “Smyczą”. Był to bez wątpienia głos Jurka Borowika, Adasiowej prawej reki, kierownika zmiany w fast-foodowej restauracji w której to Adaś był szefem, panem, królem. To trzecie pasowało do niego najlepiej, bo po pierwsze sieć nazywała się dumnie “Burger King”, czyli w swobodnym tłumaczeniu “Bułkowy Król”, a po drugie Adaś w czasie swojej drogi na szczyt, którym był “Bułkowy Tron”, czuł się tak jakby chwytał Pana Boga za nogi. Po szaleńczym wyścigu szczurów, pomiędzy konsumentami, pracownikami i dostawcami, a Bogiem zaistniał w końcu on sam. Kariera zrobiona w iście amerykańskim stylu. Początek taki jak u większości nowo przyjętych w szeregi “Rodziny Burger Kinga”, czyli wycieranie stolików, czyszczenie klopów, wynoszenie śmieci. Trzeba było Adasiowi przyznać, że robił to w maniakalnym stylu. “Burgerowe” szefostwo prawie natychmiast zwróciło uwagę na świeżo przyjętego do pracy “Polaczka”, który to traktował swoje obowiązki po wojskowemu i nie było to żadne tam słynące z brudu i bałaganu ruskie wojsko. Adasiowy styl pracy był odzwierciedleniem hasła : “Ordnung Muss Sein”. Latał on po BK-ingowej jadłodajni jak huragan, dając z siebie maksimum efektywności. Na jego zmianie krzesełka w restauracji stały równo przy stoliczkach poukładane, jak baraki w Oświęcimiu. Analogia do systematyczności jaką w obozach koncentracyjnych drugiej wojny światowej popisywali się Niemcy, nie była przypadkowa, bowiem Adasiowy zapał dopingowany był jak mantra powtarzanym w głowie hasłem : “Nie stać tylko biegać”. Adaś biegał więc najszybciej jak potrafił, wyobrażając sobie, że jak tylko zwolni lub nie daj Boże zatrzyma się, to zostanie po prostu odstrzelony. Oczyma duszy widział stojącego gdzieś tam Amona Goethe, który to lubił strzelić ze swojego dalekosiężnego karabinu do tego, który nie chciał lub zwyczajnie z jakiegoś powodu nie mógł poruszać się wystarczająco szybko po obozowym placu… Adaś dopingował się w ten dziwny sposób z dwóch powodów. Po pierwsze był jednym z tych Polskich emigrantów którzy to zachłyśnięci możliwością zrobienia kariery na zachodzie zakopali głęboko swoją godność. Przyjął postawę niewolniczą, która uważał za naturalną – wpisaną w historyczny Polski genotyp. Taka “murzyńskość” jak to trafnie określił były minister spraw zagranicznych, a późniejszy Marszałek Polskiego Sejmu. Adaś uważał, że, Polacy służyć komuś po prostu musieli. Kiedyś podobni mu “gastarbeiterzy” lizali dupy : Niemcom, Norwegom, Australijczykom, Amerykanom. Dzisiaj dzięki Europejskiej umowie stowarzyszeniowej mogli polizać Holendrom, Anglikom, Irolom oraz całej reszcie “panów” dla których z wielką wdzięcznością harowali popisując się znanym i cenionym polskim zaangażowaniem. Po drugie Adaś, ze względu na pewien epizod psychiatryczny z dzieciństwa ten akurat fragment nowożytnej historii mówiącej o rozpętanej przez Niemców drugiej wojnie światowej, po prostu uwielbiał. Szalone zaangażowanie Adasia w “Bułkowym Królu” zostało wkrótce docenione. Dostał przeniesienie na dział kuchenny w praktyce oznaczało to awans, co prawda bez podwyżki na stawce godzinowej, ale za to z możliwością zostania paru godzin extra, które spędzał na zmywaku szorując z zapałem wszystko to co było tam po całym dniu fast-foodowej produkcji do wyszorowania. Adasiowa postawa wywoływała wśród pracujących tam ludzi mieszane uczucia. Leniwe Araby nie wiedzieć czemu kojarzone przez Adasia z pogardzanymi w Polsce Żydami śmiały się z niego twierdząc, że robi z siebie supermena za 6.50 euro na godzinę. Litwini którzy wyemigrowali lat kilka wcześniej niż on sam widzieli w nim wielkie zagrożenie, dla własnych wypracowanych w pocie czoła pozycji. Natomiast Chinole mieli tak jak z reszta wszystko co z zachodem związane Adasiowy sposób na karierę głęboko w czterech literach. Szefowie firmy bacznie obserwowali nowy – dobrze wróżący nabytek z równie wielkim zainteresowaniem, co dystansem, testując czy oddanie Adasia firmie nie jest przypadkiem słomianym zapałem, który owszem pali się mocno, ale zarazem krótko. Czekali poddając go rozmaitym próbom, które miały ukazać realną wartość nowego pracownika. Adaś zapowiadał się na doskonałego “obozowego kapo”, który mógł przynieść firmie pożytek, a pożytek w “Bułkowym Królu”oznaczał zyski, a zyski były dla firmy najważniejsze. Adaś ostatecznie ku wielkiej uciesze “kwatery głównej”, okazał się być robotem napędzanym przez atomowy silnik super generacji. Jego zapał nie dość, ze palił się niezwykle pięknie, wysoce pożytecznie, to jeszcze do tego nieskończenie długo. Adaś podsycał go jak mógł najlepiej podlewając obficie pragnieniem sukcesu, pazernością i zwyczajna dla niego nienawiścią. Nienawiścią do leniwych Arabo-Żydków, którzy poklepywali go po plecach szydząc z jego szalonego zaangażowania. Nienawiścią do stojących wyżej w hierarchii nieudolnych jego zdaniem Litwińskich kierowników zmian, czy też ich dupowłaźnych asystentów. Wreszcie nienawiścią do samej Królowej – głównej restauracyjnej menadżerki, która patrząc na swój mały obozik z za biurowej szyby, była jak ktoś z innej planety, ktoś kto nigdy nie zwracał się do swoich niewolników bezpośrednio, tylko zawsze za pośrednictwem “kapo – asystenta”, co doprowadzało ego Adasia do białej gorączki. Swoje negatywne emocje ukrywał prezentując, tylko te pozytywne. Wszyscy mieli go za miłego, uczynnego, pracowitego głupka z Polski, który zasuwając jak obłąkany próbował zmienić swoje nędzne życie. Adaś wiedział swoje, telewizor mówił przecież, że ciężka praca popłaca. Wierzył, że któregoś dnia osiągnie upragniony sukces. Sukces który według telewizora był tym o czym wszyscy niewolnicy powinni marzyc, do czego powinni nieustannie dążyć.

– Czekajcie Żydki, mówił do Arabów po polsku. Jeszcze się z wami policzę. Jeszcze zobaczycie co my Polacy robimy z takimi jak wy cwanymi leniami. Araby uśmiechały się durnowato wystawiając żółte od ciągle przeżuwanego tytoniu zęby.

– “Cekajcie, cekajcie” powtarzali po Adasiu myśląc, że ten komunikując się we własnym języku próbuje się z nimi zaprzyjaźnić.

– Allach akbar, uczyli go odwzajemniając wymianę kulturową. – Arbeit macht frei, czarnuchy odpowiadał im, patrząc bezlitośnie prosto w oczy. – Mam ja dla was leni takie miejsce pod Krakowem. Tam nauczyłbym was szacunku do pracy. Araby nie rozumiały go rzecz jasna, bo gdyby tak było to natychmiast poskarżyliby się u któregoś z asystentów królowej, a ta za tępiony w Irlandii rasizm raz na zawsze zamknęłaby przed nim możliwość awansu.

– Adaś zrób to, Adaś zrób tamto, wołali na niego asystenci menadżerowej. Szybko załapali, że ten maniak z Polski jest jak roboczy wół, można mu było dać każde nawet najcięższe, najbrudniejsze, najbardziej upokarzające zadanie. On zaciskał zęby i na każde polecenie odpowiadał bez zastanowienia :

– Yes sir lub Yes mum. Po kilku miesiącach systematycznego zasuwania poproszony został do biura Królowej, głównej Restaurant Menadżerki. Tam zanim zdążył powiedzieć “hello”, usłyszał jak ta nieznoszącym odmowy tonem pyta.

– Chcesz być moim asystentem ? Jezusku oczywiście, ze chciał. On szeregowy od brudnej roboty, miał wyrzucić śmierdzącego T-shirta, debilną czapeczkę ze znaczkiem Burger Kinga, pedalski fartuszek i w zamian tego założyć piękna niebieską koszulę, do której miała być przypięta odznaka z jego imieniem i nazwiskiem przed którym dumnie stały trzy literki MGR, oznaczające władze na obozowym gruncie.

– Jestem zaszczycony, odpowiedział królowej, próbując ukryć rozsnące w spodniach podniecenie. Królowa nie okazała zdziwienia. Tak naprawdę to nie spodziewała się innej odpowiedzi. Po miesiącach obserwowania tego obcokrajowca była przekonana, że będzie to jeden z jej najlepszych osobistych czarnuchów.

– Zaczynasz od jutra dostaniesz 8.50 euro na godzinę. Patrzyła na niego modliszkowatym wzrokiem.

– Jak będziesz dalej tak się starał, to za jakiś czas może dostaniesz więcej, szefostwo w Head Offisie uważa, że masz przed sobą przyszłość. Do końca życia będzie pamiętał radość jaka wtedy poczuł, radość z ciężko wypracowanego sukcesu. Był najszybciej awansowanym pierwszym asystentem, znaczy vice Restaurant Managerem w historii Irlandzkiego Burger Kinga. Przeskoczył kilka karierowych stopni na raz i był z siebie naprawdę dumny. Jedyne co w tej całej sytuacji było dziwne to wyobrażenia które przelatywały mu przez głowę. W zamian pełnego pieniędzy bankowego konta, dobrego samochodu, apartamentu wynajętego w lepszej dzielnicy Adaś zobaczył siebie odzianego w piękny, czarny mundur SS od Hugo Bossa, dobierającego się do leniwych Arabo-Żydków ustawionych w równym szeregu na restauracyjnym zapleczu. Zamiast myśleć o kupnie garnituru w którym mógłby udać się na spotkanie z “Big bossami” w head offisie na Marion Square, on widział siebie z drewnianą pałką w ręku, którą pilnie “nauczał” pracowitości żółto-zębnych leni, wrzeszcząc bez opamiętania.

– Raus ! Nie stać tylko biegać.

– Raus, Raus. Arabo-Żydki nie miały żadnych szans w zderzeniu z długo skrywana nienawiścią. Adaś wiedział, że te smoluchy choćby nawet bardzo chciały podołać oczekiwaniom swojego oprawcy to najzwyczajniej w świecie nie mogli tego dokonać. Po prostu nie posiadali w swoim genotypie takiego wzoru który pozwoliłby im pracować wystarczająco wydajnie. Adaś nie miał więc innego wyboru jak tylko skuteczne wytłuczenie ściskaną w reku drewniana pałką, ich leniwych dusz.

– Heil Hitler sukinsyny ! To byłyby ostatnie wywrzeszczane przez Adasia słowa które te śmierdzące lenie usłyszałyby przed śmiercią.

– Przyjdź jutro na otwarcie, pokażę ci jak robić grafik. Do rzeczywistości przywrócił go nieznoszący sprzeciwu głos królowej.

– Jak zrozumiesz o co chodzi to wybierzemy się do banku, gdzie zapoznasz się z procedurami bezpieczeństwa, później zjemy lunch na mieście, a po nim odwiedzimy Head Office, tam podpiszesz umowę z samym Josephem Corkiem. Joseph Cork miał stopień Reichsführera. Był głównym Managerem, Szefem Szefów, człowiekiem który miał pod sobą 27 Restaurant Managerów. – Tak jest prze pani, odpowiedział wtedy entuzjastycznym tonem. Zupełnie zapomniał o nienawiści, Arabach, Żydkach, Chinolach, o napisie na bramie oświęcimskiego obozu, drewnianej palce i zabijaniu. – Stała się tragedia, emocje w głosie Jurka świadczyły o zbliżającym się nerwowym załamaniu.

– Chodzi o Martę biegła po coś przez wydawkę na kuchnie, potknęła się i wpadła rękami do frytkownicy. Jezusku Nazareński co on do niego mówił jak to wpadła rękami do frytkownicy ? Włączonej ? Gorącej znaczy ? Pytania rozbiegły się po Adasiowej głowie jak szalone.

– Co ty do mnie mówisz ? Wyjęczał wyobrażając sobie miny wszystkich swoich szefów zaczynając od Area Managerki, przez oberfuhrera Josepha Corka na właścicielu całego molocha kończąc. Poznał ich do tej pory wszystkich, aż za dobrze. Wiedział, że teraz rozpęta się piekło. Był przekonany, że jak tylko dowiedzą się co się stało, rozpoczną poszukiwanie kozła ofiarnego. Kozła którym on nie miał zamiaru zostać, musiał się uspokoić i coś z tym wszystkim zrobić. Obrócić kota ogonem tak, żeby całe to “szambo” wylało się na kogoś, kogokolwiek, byleby nie na niego. W tych wszystkich rozważaniach nie było miejsca dla samej Marty, zupełnie nie obchodził go stan zdrowia pracownicy. W tej całej gonitwie myśli nie było ani jednej empatycznej, świadczącej o jakimkolwiek zainteresowaniu jej losem. Zero normalnego ludzkiego współczucia dla ciężko poszkodowanej osoby którą znał osobiście, którą zatrudnił i wyszkolił. Lata pracy w korporacji zrobiły swoje, jeżeli myślał teraz o stanie zdrowia Marty, to tylko w kontekście odszkodowania jakie będzie musiała zapłacić firma, jeżeli okaże się, że wystąpiły jakieś zaniedbania ze strony dyżurnego managera lub jego pomocników. Myślał o swojej ewentualnej odpowiedzialności. Jeżeli wleciała do tego oleju z powodu jakichś generalnych zaniedbań, typu brak szkolenia, czy uchybienia związanego ze stanem technicznym restauracji, to wtedy beknie on sam i to beknie tak, że aż się porzyga.

– No mówię ci stary, wsadziła łapy po same łokcie do wrzącego oleju, jej wrzask zostanie we mnie chyba do końca życia. No tak każdy by krzyczał gdyby usmażył sobie kończyny w oleju który miał jakieś 170 stopni Celsiusza. Tak zwane “normalne” życie Marty właśnie dobiegło końca, jeżeli przeżyje ten wypadek to najczęściej używanymi przez nią słowami będą : ból, przeszczep, rehabilitacja, niepełnosprawność. Nie czuł współczucia dla poszkodowanej pracownicy, myślał jak zwykle tylko i wyłącznie o sobie, musiał się uspokoić, odetchnąć głęboko. Po chwili paniki zaczął na zimno kalkulować, obmyślać następne kroki które powinien podjąć w celu zminimalizowania szkód, które mogła przynieść korporacji, a co za tym szło jemu samemu, zaistniała sytuacja.

– Tylko spokojnie, samo życie. Gadał do siebie i przy okazji do swojego przerażonego asystenta.

– W maszynie zepsuło się kółeczko i teraz trzeba było coś z tym zrobić. Zrobić w taki sposób, żeby zepsuta część nie zniszczyła całej konstrukcji. W przypadku usmażonej Marty o naprawie mowy być nie mogło, wchodziła w rachubę tylko wymiana podzespołu na kompletnie nowy. Puki co musiał przerobić grafik tak aby produkcja “jedzenia”, mogła bez przeszkód iść dalej. Iść tak jakby nigdy nic złego się nie stało. Godziny pracy Marty zostaną rozdzielone na pozostałych kasjerów, wychodziło na to, ze dostaną oni po jakieś sześc godzin extra co oznaczało wypłatę 150% normalnego wynagrodzenia. Firma nie bardzo lubiła wypłacać nadgodzin, ale jeszcze bardziej nie przepadała za wypłacaniem odszkodowań, a tutaj niestety zanosiło się na prawdziwa aferę z której dobry adwokat mógł wyciągnąć od molocha naprawdę niezłą kaskę. Do tego medialny szum i straty mogą sięgnąć milionów. Jeżeli pracownica potknęła się o jakiś wystający z podłogi uszkodzony kafelek, albo poślizgnęła się na nie oznakowanej, mokrej podłodze, a do tego brakowało jakichś behapowskich pierdół to dupa zimna. Wtedy mają przesrane od managera zmiany, przez niego samego, aż na szefie szefów kończąc. Kolejna fala paniki przychodziła wraz z wyobrażeniem własnej odpowiedzialności.

– Powiedz mi jeszcze tylko, że to nasza wina. Krzyknął do słuchawki nie swoim głosem. Miał nadzieję, że nie bo jeżeli tak to w najlepszym wypadku straci pracę i nie ubierze “Chomąta”, przez długi, długi czas. W gorszej opcji dadzą mu wilczy bilet i będzie mógł składacz ‘CV-ki’ do końca życia, ale pracy na stanowisku Managera już nigdy nie dostanie, będzie zamiatał ulice za najniższą krajową bez szans na nadgodziny. Natomiast w najgorszym, wytoczą mu proces i prawdopodobnie pójdzie siedzieć za niedopatrzenie jakiegoś przepisu do którego zobowiązał się wtedy, kiedy z dumą podpisywał kontrakt na Managera Restauracji. Pamiętał ten dzień jakby to było wczoraj, dzień w którym “Bułkowy Król”, zaproponował mu objęcie “Bułkowego podobozu”, miała to być nagroda za miesiące ciężkiej pracy, prawdziwego kieratu który zdominował całe Adasiowe życie. Propozycja padła już dwa miesiące po pierwszym awansie, kolejny pobity przez Adasia rekord, najszybciej awansowany Restaurant Manager w historii Irlandzkiego Burger Kinga, mógł być z siebie dumny i był. Po drodze pobił jeszcze kilka innych pomniejszych rekordów. Najszybciej pomyte naczynia, wyrzucone śmieci, obsłużenie “kurczakowego stanowiska” w czasie największego ruchu w dniu św. Patryka. Doskonała organizacja pracy która polegała na nie ustających próbach wyeliminowania “Chińsko – Arabsko – Żydowskich” leni i zastąpienia ich ludźmi którym chciało się pracować, czytaj “Polaczkami”, którzy wyrwani z ogarniętej marazmem ojczyzny dawali sobie jaja ogolić byleby dostać full – tima. – Dostaniesz “BK Sligo”, chcesz ? Joseph Cork był tak samo konkretny jak poprzednia Adasiowa szefowa, oczywiście i tym razem chciał. Był bardzo podniecony, może nawet bardziej niż za pierwszym awansem, choć przy tej okazji nie poczuł w swoich spodniach wzwodu.

– Ja wohl ! Krzyknął w swojej głowie nie mogąc pohamować radości płynącej z faktu, że z pozycji kapo przeskoczył jak sam Małysz w swej najlepszej formie od razu na stanowisko Obersturmbanfurera. Od tej pory będzie miał własny obóz w którym zaprowadzi porządek, według własnej definicji która opierała się o zasadę, “zasuwasz albo wylatujesz”. Może właśnie obłędne wcielanie w życie tego hasła, zdopingowało Martę do pechowego biegu przez wydawkę, zakończonego obróbką termiczną jej górnych kończyn w frytkownicy. – Masz podpisz tu i tu. Joseph Cork podsunął mu papiery, dalej zwane kontraktem, było tam więcej obowiązków niż przywilejów, ale to miało wtedy dla niego najmniejsze znaczenie. Rozpierała go duma, on nigdy nie doceniony na ojczystej ziemi, dostał szansę i jej nie zmarnował, przyjechał bez języka z nikomu niepotrzebnym magistrem AWF-u. “Polaczek” z drugiego końca Europy w którego oprócz niego samego już nikt nie wierzył, a tu proszę osiem miesięcy i z pucybuta, wynieś-śmiecia, dupowłaza urodził się zakontraktowany Restaurant Manager z minimalną stawką 13 euro za godzinę, plus bonusy od sprzedaży i wysoko notowanych kontroli. Sprawę bonusów mieli omówić na osobnym spotkaniu z Area Managerem, człowiekiem który miał od tej pory być Adasia bezpośrednim przełożonym. To on miał kontrolować, karać, nagradzać i przede wszystkim szkolić, dbając o interes firmy który był najwyższym celem wszystkich jej pracowników. Gdy wychodził z gmaszyska w którym znajdowała się kwatera główna “fast foodowego” giganta, czuł się tak jak Hans Frank wtedy kiedy obejmował Generalną Gubernię. Dlaczego jak Hans Frank, a nie jak Karol Wojtyła obejmujący fotel papieża ? Czuł się jak Hans Frank, a nie Karol Wojtyła z tej prostej przyczyny, że Adaś był jednym z tych, którzy po cichutku gdzieś tam na dnie swojego serca pielęgnowali miłość do Adolfa Hitlera. Miłość zupełnie bezwarunkową, platoniczną, pogmatwaną psychologicznie, miłość ofiary do kata, miłość nie do ogarnięcia normalnym umysłem, miłość pozbawiona sensu. Miłość która zabrała Adasia w czasach kiedy był jeszcze małym chłopcem. Pamiętał że, któregoś dnia będąc sam w domu nie mając nic innego do roboty oglądał jeden z tych często puszczanych w telewizorze programów dokumentalnych, których zadaniem było pokazanie jak to “Bratni Radziecki Naród”, wyzwolił nas biednych Polaków z pod buta faszystowskiego potwora. Program opowiadał historię zakompleksionego Austriaka, szaleńca, który w jakiś cudowny, pełen dziwnych zbiegów okoliczności sposób zdobył w Niemczech władzę. Następnie dzięki słabości Anglii, Francji i reszty tchórzliwych europejskich nacji zbudował w samym środku Europy naukową i militarną potęgę, która zburzyła ówczesny światowy porządek doprowadzając do erupcji, zła na nie odnotowaną do tamtej pory w historii skalę. Mały Adaś oglądał wtedy ten program ze średnim zainteresowaniem. W tamtych czasach były tylko dwa kanały do wyboru, na jednym leciał raport z obrad PZPRu, a tego nawet w największej desperacji oglądać się nie dało. Adaś gapił się więc na historyczny dokument, który był dla niego tylko jednym z wielu nudnych propagandowych “dzieł”, które to w swym przekazie kreowały Ruskich masowych morderców na świętych, zwykła dupowłaźna papka, która swą fałszywością odpychała każdego kto posiadał choć odrobinę intuicji. Strzała amora trafiła Adasiowe serce w czasie relacji z aneksji Austrii, a właściwie w czasie kiedy Hitler przemawiał do Narodu Austriackiego z Wiedeńskiego balkonu. Przemowa którą wygłosił wtedy przywódca Trzeciej Rzeszy, została w Adasiu na zawsze. Było to bardzo dziwne przeżycie, Adaś nie rozumiał słów które wykrzykiwał Hitler, umysłem ogarniał, że chodzi o zagarnięcie jednego kraju przez drugi i tyle. Na emocjonalnym jednak poziomie wyczuwał wszystko co wódz trzeciej rzeszy miał do przekazania. Cały Adolfo-wy gniew przepłynął wtedy przez niego jak prąd przepływa przez kabel. Adaś poderwał się z krzesła, uniósł prawą rękę w geście nazistowskiego pozdrowienia i stał tak zahipnotyzowany słuchając krzyków, które przenosiły mu w jakiś magiczny sposób świadomość do tamtej chwili. Chwili triumfu woli, siły ducha, chwili wiary która mogła przenieść góry. Adasiowi łzy szczęścia płynęły po policzkach, nie potrafił tego wytłumaczyc, ale przez tę krotką chwilę, był tam na tym balkonie, patrzył na wiwatujący tłum. Czuł, że jako przywódca Niemieckiego narodu przyłącza swoją ojczyznę do Wielkiej – Tysiąc – letniej Rzeszy. Kiedy tłum zaczął śpiewać jakąś hitlerowska pieśń, Adaś z emocji zemdlał, osunął się bezwładnie na podłogę. Po oprzytomnieniu rozum podsunął mu interpretację tego co się stało w najłatwiejszy do zaakceptowania sposób.

– Ależ dziwny sen, powiedział do siebie zaraz po odzyskaniu kontroli. Uspokoił wyobraźnię, chciał uwierzyć w to, że był to sen, musiał uwierzyć, choć jakaś irracjonalna Adasiowa cześć wiedziała, że to co się z nim wtedy stało snem nie było. Z czasem sytuacja z dzieciństwa zatarła się w pamięci pozostawiając po sobie zainteresowanie tamtym okresem historycznym. Zainteresowanie graniczące z fanatycznym uwielbieniem do którego nie przyznawał się nikomu. W zaciszu swojego umysłu pielęgnował uczucie, którym darzył wodza Trzeciej Rzeszy oddawał mu hołd zachowując pamięć o nim, oraz o tym czego dokonał.

– “Heil li, heil lo, heil la”. Śpiewał pod nosem Adaś wychodząc z budynku kwatery głównej “Bułkowego Króla”.

– Obersturmfurer Adaś Kaczyński oddelegowany na stanowisko komendanta. Powiedział do siebie, szczęśliwy. Mijający go wtedy ludzie uśmiechali się ciepło odwzajemniając bijącą z Adasiowej twarzy radość. Nie wiedzieli, że świadomość Adasiowych myśli sprawiłaby, że zamiast uśmiechu na ich twarzach, zagościłby wyraz przerażenia i odrazy. To był piękny, bezwietrzny, słoneczny dzień. Adasiowy dzień triumfu…

Rozdział 3. “Nienawiść”

“Koncentration Lager Sligo”, jak lubił nazywać “swoją” restaurację Adaś, był średniego rozmiaru fast-foodowym biznesem, który nie przynosił firmie znaczącego dochodu, przynosił za to całą masę problemów. Problemów wynikających po pierwsze z faktu, że Sligo znajdowało się na przeciwległym od Dublina krańcu Irlandii, daleko od kwatery głównej, a co za tym szło z daleka od firmowych instruktorów, kontrolerów i innych specjalistów od sprzedawania “Burger Kingowych” przysmaków.
– To nie będzie łatwe zadanie, stanowczym tonem oznajmił mu John Kelly – area Manager który był średniej wielkości kółkiem w maszynie. Kelly prezentował postawę pogodzonego z losem, smyczą i chomątem człowieka. Zachowywał się tak jakby urodził się tylko po to, żeby dopilnować idącej pełną parą produkcji szybkiego żarcia w restauracjach, przynależących do jego rewiru. Całymi dniami, a często i nocami zajmował się osiąganiem celów wyznaczanych przez Reishfurera Josepha Corka. Cele te obejmowały kontrole jakości sprzedawanych produktów, zgodności stosunków pracownik – firma z ustalonym w Irlandii prawem pracy, stosowaniem przez podwładnych zasad higieny i bezpieczeństwa oraz co dla firmy było najważniejsze utrzymaniem lub najlepiej, zwiększaniem wyników sprzedaży oferowanych przez Bułkowego Króla specjałów.
– Sligo jest bardzo specyficzne, pracownicy bardzo leniwi, a konsumenci bardzo wymagający, możesz trafić na rasową niechęć z jednej jak i drugiej strony. Joseph Cork był szczerze zatroskany przyszłością Adasia, jego poprzednik nie wytrzymał presji i po roku zrezygnował ze stanowiska, opuszczając rodzinę ‘BK’ z objawami głębokiej depresji.
– Będziesz musiał znaleźć balans, takie miejsce w którym pogodzisz interesy swoje, firmy z wymaganiami klientów i niechętnym nastawieniem do pracy zatrudnionych tam ludzi, Cork radził Adasiowi delikatnie sugerując, że będzie on musiał zmierzyć się z nacjonalistycznym, małomiasteczkowym sposobem traktowania obcokrajowców.
– Niech się szef nie martwi, znajdę sposób na zadowalający obie strony styl prowadzenia tego biznesu, zrobię wszystko aby pan, oraz firma miały zarówno ze mnie, jak i z powierzonej mi restauracji, same korzyści. Adaś uśmiechał się patrząc Johnemu w oczy, ten dawał mu niewielki procent szans na powodzenie. Zakładał, że po kilku miesiącach, zapał i wiara Adasia Kaczyńskiego zostaną złamane przez warunki panujące w tym przeklętym miejscu. BK Sligo był jak prawdziwy wrzód na dupie, nie przynoszący żadnych bonusów, które należały się Area Managerom za zwiększanie sprzedaży, czy pomyślne kontrole jakości. BK Sligo działał wręcz odwrotnie obniżając rankingi, zabierając premię, przynosząc złe wieści mówiące o konfliktach wśród załogi, problemach z klientami, zaliczając wpadki przy kontrolach jakościowych. Gdyby nie Sligo, to John byłby o sto procent szczęśliwszym człowiekiem, niestety przydzielona przed laty restauracja zabrała mu połowę zdrowia, czasami bał się, że któregoś dnia lekarze wykryją u niego jakiegoś raka, który rozwinie się w nim przez to ciągłe martwienie się tym strasznym miejscem. Dzień w którym dostał rewirowy przydział, był dniem w którym John Kelly stracił radość życia i pewność siebie, nie stało się to jednak tak od razu. Przyszło z czasem wraz z przypływającymi ze Sligo falami negatywnych informacji, które rujnowały nadzieję na poprawę sytuacji. Złe wyniki przeprowadzanych przez wewnętrzne i zewnętrzne audyty kontroli jakości, związane ze znalezieniem przeterminowanych produktów, brudnych toalet, powolnym serwisem, złą jakością obsługi klienta, bezczelnością pracowników. Skargi klientów, narzekania managerów i ich pomocników. Sligo było jak miasteczko z książek Stephena Kinga, było w nim coś fatalnego, coś co przyprawiało Johnego o gęsia skórkę za każdym razem kiedy odwiedzał to miejsce. Może to problemy które sprawiała restauracja, może pogoda która nigdy nie wróżyła nic dobrego, może ohydny wygląd samego miasteczka którego włodarze nie skorzystali z czasów ekonomicznego boomu i nie pozwolili rozwinąć się mieścinie, blokując wszelkie inwestycje, a chroniąc w ten sposób własne interesy, może wreszcie sami mieszkańcy którzy nie przepadali za obcymi. Co tak naprawdę powodowało, że John wprost nienawidził tego miejsca, on sam dokładnie nie wiedział, ale fakt był taki, że jak tylko się w nim znalazł to natychmiast chciał z niego wyjechać. Dlatego patrząc w Adasiowe pełne entuzjazmu oczy, myślał tylko o tym, jak szybko będzie musiał znowu szukać kogoś na jego miejsce. Nie brał pod uwagę opcji w której sytuacja związana z tym miejscem, mogłaby ulec jakiejkolwiek poprawie, był przekonany, że będzie się z tą czarną wysysającą z niego życiową energię dziurą męczyć, aż do emerytury której miał nadzieję dożyć, bez konieczności wizyt u psychiatry czy innego onkologa.
– Powodzenia zatem, rzucił bez wiary do Adasia, zamknął za sobą drzwi biura, później restauracji, taksówki, pociągu. Kiedy pociąg ruszył John Kelly poczuł nieznaczną ulgę, zawsze czuł się odrobinkę lepiej jak w końcu zostawiał to miejsce, samopoczucie poprawiało się wprost proporcjonalnie do odległości, która powstawała pomiędzy nim a Sligo. Najchętniej nigdy by już tutaj nie wrócił, najchętniej zapomniałby o jego istnieniu. Jeżeli było gdzieś na świecie miejsce w którym czaiło się niewytłumaczalne zło, to dla Johna Kellego było to właśnie Sligo, małe miasteczko na zachodzie Irlandii, które będąc pod wpływem Atlantyckiej pogody, doprowadzało ludzi do szaleństwa. Adaś Kaczyński wręcz odwrotnie w znienawidzonym przez swojego przełożonego miejscu poczuł się zupełnie jak u siebie w domu. Przepełniała go euforia, siła i chęć życia, może wynikało to z tego, że był wreszcie sam bez żadnych szefów nad głową, może dlatego, że wolał małe miasteczko od przytłaczającego swą wielkością Dublina, a może przez to, że źli ludzie dobrze czuli się w złych miejscach. Bezspornym był fakt, że Adaś poczuł się w Sligo, jak ryba w wodzie ba, jak rekin w wodzie. Kiedy drzwi biura zamknęły się za Johnem Kellym, Adaś uśmiechnął się do siebie szeroko.
– Spieprzaj miękki fiutku, Adasiowi odniesiony w Dublinie sukces dodał wielkiej pewności siebie. Po szkole jaką dostał w Irlandzkiej stolicy, szczerze gardził słabymi ludźmi, a John Kelly mocą ducha nie grzeszył, był wiec dla niego tylko kolejnym krokiem w karierze. Może nawet kolejnym odnotowanym w historii firmy Adasiowym rekordem. Musi tylko dokładnie wymierzyć przeciwnikowi w głowę i strzelić. Strzelić z armaty określanej w komputerach firmy symbolem BK – 15 Sligo. Adaś wiedział, że musi teraz doskonale zagrać swoją rolę. Rolę karierowicza którego jedynym życiowym celem było jak najlepsze, najbardziej efektywne, a co za tym idzie zyskowne sprzedawanie produktów Bułkowego Króla. Sprzedawanie produktów klientom, których Adaś zwykł nazywać świniami. Nie potrafił dokładnie wytłumaczyć dlaczego świniami, przecież te nie jadły mięsa i frytek. Może dlatego, że świnie się tuczy, że z reguły ich przeznaczeniem miało być osiągnięcie, jak największego możliwego rozmiaru, a może dlatego, że ich wyobrażenie szczęścia zawężało się do wypełnionego do granic możliwości brzucha.
– Idą te świnie, zwykł mawiać do monitora w biurze na którym obserwował tłum wtłaczający się do restauracji. Tłum według którego Adaś mógł nakręcać zegarek. Godzina pierwsza i fala głodnej, nie świadomej błędności swej decyzji trzody, płynęła do kas, fala pędziła, żeby jak najszybciej złożyć zamówienie.
– Kurczakowego króla w zestawie z Coca Colą, proszę. Nalana tłuszczem gęba, której zniekształcone rysy, nie pozwalały określić płci uśmiechała się szeroko. Gęba była zupełnie nie świadoma, że zamawia sobie bombę kaloryczną, która nie dość, że nie zaspokoi apetytu, to podbijając cukier we krwi zmusi organizm do szaleńczej nadprodukcji insuliny, a ta następnie w gwałtowny sposób ten cukier zbijając, spowoduje kolejny atak głodu. Nalana gęba nie ma pojęcia co robi, czuje tylko, że jest głodna, a to znaczy, że trzeba jeść, a co trzeba jeść, dyktował uzależniony od wysoko kalorycznej paszy mózg. Dalej było już tylko zamknięte koło, nadwaga, problemy z poruszaniem się, a co za tym szło, jeszcze większy nadmiar nie spalanych w organizmie kalorii. Otłuszczenie narządów wewnętrznych, zły cholesterol, zwężenie żył. Wylew albo zawał, ewentualnie rak nakręcony przez dioksyny, których pełno było w ciągle przepalanym oleju.
– Wielki czy super wielki ? Pytał Adaś napędzając współczynnik sprzedażny dodanej. Według wewnętrznych przepisów obsługi klienta, mógł zadać prosiakowi jedno pytanie i to pytanie wykorzystywał do podbicia tego właśnie rankingu. Bardzo proste, ale skuteczne, po co pytać, normalny czy wielki ? Skoro sprzedaż normalnego zestawu nie miała wpływu na statystykę, a co za tym szło na ewentualny bonus od sprzedaży. Adaś nie miał żadnych wyrzutów sumienia. Skoro ci łakomi ludzie, nie chcieli zainteresować się tym, co w siebie pakują, a głupie prawo nie zabraniało wciskać im tej trucizny, dlaczego on miałby się tym wszystkim przejmować? Patrzył uśmiechnięty na rodziny warchlaków, stojące na przeciwko kas. Wpatrujące się łakomym wzrokiem w reklamę wisząca nad wydawką. Głodne oczy szukające dobrej promocji, dodatkowej porcji frytek lub darmowego sosu na którego spalenie trzeba byłoby poświecić, czterdzieści minut szaleńczego treningu na siłowni czy basenie.
– Super wielki dla mnie, dla dzieci tylko wielkie, wszystko z Colą, dużo majonezu no i nie zapomnij o soli i occie winegret. Maciora łypie złym okiem na tego uśmiechniętego “Polaczka”, martwi się czy ten, aby dobrze zrozumiał. Jak tylko zrobi jakiś błąd w jej zamówieniu to poskarży się na niego dzwoniąc na infolinie Bułkowego Króla. Dobrze zna swoje prawa, wie jak firmie zależy na niej – stałej klientce, która wydaje w restauracji, połowę otrzymanych na prosiaczki dodatków socjalnych.
– Oczywiście prze pani. Adaś nie pomyli się, da wieprzowej rodzince, wszystko czego sobie życzą, wyda obiady przygotowane w rekordowym czasie, nie pożałuje Coli która, aż kleił się od nadmiaru cukru. Chlapnie tanim, przemysłowym majonezem, wszystko pięknie ułoży im na plastikowych tackach.
– Smacznego, wydanie posiłku. Cukrowym narkomanom skacze w głowie chemia, mózg nagradza szczęściem za spełnione marzenie. Głupi mózg nie wie, że za chwilowym zaspokojeniem głodu stoi zatrucie organizmu. Maciora wciska kalorie w swoje niczego nie świadome dzieci powodując powstawanie w ich organizmach komórek tłuszczowych. Komórek, których te durnowato zadowolone z siebie prosiaczki zapewne nigdy się nie pozbędą. Matka, determinator ludzkich losów zamykająca swojemu potomstwu, szansę na normalne życie. Życie szczupłych, zdrowych osób, które mogłyby cieszyć się powodzeniem, zainteresowaniem, udanym życiem.
– Kto rucha taka maciorę ? Pyta siebie Adaś Kaczyński z obrzydzeniem patrząc na górę tłuszczu, która śmie myśleć o sobie per “kobieta”. Ktoś musiał ruchać, sama sobie takiego stadka nie zrobiła przecież. Patrzy na debilne, wykrzywione pazernością twarzyczki i już wie, to jakiś pijany w sztok desperat, który po nocy spędzonej w pubie, przychodzi do domu i po ciemku wdrapuje się na leżącą w małżeńskim łożu górę mięsa. Z trudem odnajduje mokrą dziurę, wsadza, kołysze się na fali tłuszczu, kończy czując obrzydzenie. Obrzydzenie do maciory, prosiaczków, wreszcie do siebie samego. – Przecież nie zawsze tak było, myśli. Kiedyś wyglądało to wszystko inaczej, jeszcze przed ślubem, dzieciakami, schematem.
– Co stało się z ich życiem ? Pyta i nie znajdując odpowiedzi zasypia. W tym czasie wpuszczony do maciorowej dziury penisowy płyn, zanosi plemniki do czekającego na nie jajeczka. Najsilniejszy z tych najsłabszych bo osłabionych zatruciem alkoholowym, przebije się i rozpocznie nowe życie. Życie które dla Adasia i stojącej za nim korporacji, oznaczało dodatkowy dochód ze sprzedaży. Życie, które dla maciory i jej męża alkoholika – desperata – producenta debilowatych prosiaczków, oznaczało dodatkowy zasiłek od opieki socjalnej, kilkaset euro więcej w domowym budżecie, które będzie można przeznaczyć na rzeczy zaspakajające odpowiednią dostawę dopaminy do ich uzależnionych, niczego nie świadomych mózgów. Bezlitosne nastawienie Adasia Kaczyńskiego do fastfoodowego biznesu, było po prostu idealne. Był jak narkotykowy dealer, sprzedawał kalorie i cukier, niszcząc ludziom zdrowie, nie mając przy tym żadnych skrupułów. Dlatego nie martwił się sytuacją zastaną w Sligo. Wiedział, że dzięki twardym łokciom i lodowato obojętnej postawie, osiągnie sukces na tym obcym, pełnym wyzwań terenie. Wyzwań, ale i możliwości, zastana zła sytuacja w lokalu, dawała mu wielkie pole do popisu. Słabe wyniki można było łatwo poprawić, a za ich poprawianiem szły finansowe premie. Adaś ze swoim egoizmem był dla firmy idealnym Obersturmfurerem, który mógł do maksimum wykorzystywać pracowników, zwiększając ich moce przerobowe, podwyższając sprzedaż, dzięki uporządkowanemu systemowi wydawania posiłków. Przybywając do Sligo wiedział, że pierwsze wrażenie jakie zrobi będzie bardzo ważne. Załoga restauracji musiała się przekonać, że tym razem ich szefem będzie ktoś komu nikt nie może bezkarnie podskoczyć.
– Trzeba zbudować szubienice, powiedział do siebie, uśmiechając się przy tym szeroko. Szubienice na której powiesi pierwszego pracownika, który odważy się na jakiś lekceważący gest w stosunku do niego, a jak już go powiesi to zapyta resztę, czy chcą skończyć jak ich kolega. Jak zechcą, to będzie ich wieszał, aż do skutku choćby miał powiesić wszystkich. Był przekonany, że to nie będzie konieczne. Znał ludzi, miał świadomość, że demonstracja nie udawanej brutalnej siły sparaliżuje ich i niewielu będzie takich, co po zdecydowanym manifeście gniewu i nienawiści, porwą się na rywalizację. Jak obmyślił tak zrobił, pierwszy z pracy wyleciał leniwy Grek, który zaczął się śmiać na widok czyszczącego stoliki Adasia. Adaś w pierwszy dzień swojego pobytu w Sligo, zaraz po przedstawieniu się zebranej na wydawce załodze, zakasał rękawy i zaczął czyścić restauracyjną sale. Stolik za stolikiem, zmył podłogę, powyrzucał zalegające w kubłach śmieci. Kiedy skończył poszedł czyścić kible, załoga na początku stała jak wmurowana, po chwili niektórzy zaczęli mu pomagać, inni zdziwieni szeptali cichutko miedzy sobą. Tylko ten jeden tępy Grek, pozwolił sobie wtedy na otwartą kpinę, stał i śmiał się w głos, był duży, dobrze zbudowany, może dlatego właśnie pozbawiony instynktu samozachowawczego. Adaś właśnie kogoś takiego potrzebował aby zademonstrować swoją zdolność niszczenia, biegał jak oszalały dopieszczając sanitarne szczegóły, obserwując jednocześnie kontem oka, pozbawionego intuicji kretyna. Nie mógł się doczekać kiedy go dopadnie, myślał o nim jak o Mussolinim, może dlatego, że obaj pochodzili z południa Europy, a może dlatego, że obydwaj robili takie specyficzne debilne miny, wyświetlające na twarzy przerośnięte ego, podszyte niekończącą się nigdy głupotą. W tym samym czasie siedzący w head office Joseph Cork obserwował swoje monitory, które wedle jego życzenia pokazywały obraz “on line” z dowolnie wybranej przez niego restauracji. Obserwując sytuację rozgrywającą się w Sligo, poczuł zdziwienie i był to odmienny od codziennego, interesujący w swej wyjątkowości stan którego Joseph nie czuł od lat. Pracował w tym schemacie tak długo, że przyzwyczaił się do nudy i marazmu, dni mijały podobne jeden do drugiego, jak padające z niekończącej się nigdy chmury, deszczowe krople, a tu proszę oddelegowany do Sligo, obywatel wschodniej Europy sprawił, że Cork poczuł rosnące z chwili na chwilę zainteresowanie. Adaś sprawił, że “szef szefów”, przebudził się na moment z “chomątowego” snu, Joseph przetarał oczy, bo czegoś takiego jeszcze w swojej karierze nie widział. Restaurant manager, Obersturmfurer, biegający po knajpie z mopem i szmatą.
– Co on sobie tam wymyślił ? Joseph Cork od początku miał dziwne przeczucie co do tego Polskiego “zasuwaj – robota”. Nie był tylko do końca pewny, jak interpretować swoje przeczucia. Patrzył na monitory i gadał do siebie.
– Ja nie wierzę, co to jest ? Adaś w managerskim garniturze pracował na poziomie, świeżo zatrudnionego pionka i to pracował za trzech, robił to w swoim maniakalnym stylu. Josephn Cork doznał olśnienia nagle. – Nieźle, naprawdę nieźle pomyślane, gadał do monitora kiwając głową. Chodziło o przykład, Polak pokazywał ludziom, jak mają się wykazać. Jakie powinno być podejście do pracy. Był to manifest celu, woli, nieskazitelnej determinacji i musiał przyznać, że zrobiło to na nim wielkie wrażenie. Szybko przekonał się, że dokonał prawidłowego wyboru dając temu człowiekowi awans tak szybko. Ten facet miał jaja i był inteligentny, wyglądało na to, że posiadał dar prawdziwego przywódcy. Musi mu się przyglądać, ten pracuś, może być dla firmy kurą znoszącą złote jajka. Trzeba było tylko umiejętnie ten dar od losu wykorzystać, a może i będzie z tego wszystkiego, zysk również dla niego samego. Przydałby mu się ktoś kto w jego imieniu, odwali całą czarną robotę, a wtedy on będzie mógł się zająć tym co najbardziej lubił, czyli wciąganiu kokainy, piciu szampana i obciąganiu fiutów młodym chłopcom gdzieś daleko, gdzie było ciepło, gdzie nikt go nie znał, gdzie było pod dostatkiem zarówno pierwszego jak i drugiego. Adaś wiedział jak gospodarzyć zasobem ludzkim. Widać to było już w pierwszym dniu jego pracy, na własnym terenie, była to prawda tyle, że Joseph Cork nie wiedział, że Adaś Kaczyński swojej sztuki uczył się od Heinricha Himmlera, którego “dzieła”, oglądał w puszczanych na YouTubie dokumentach. Gdyby miał wtedy tę świadomość, sprawy potoczyłyby się zupełnie inaczej. Gdyby wiedział, że upadnie zapewne zrobiłby wszystko, żeby przedtem usiąść.
– Zrobiłem to dwa razy, powiedział spokojnym głosem do zebranej przed sobą załogi.
– Pierwszy i ostatni, dodał po chwili pełnej napięcia.
– Ha, ha. Mussolini zaśmiał się wykrzywiając swój południowy ryj.
– Z czego się śmiejesz ? Adaś patrzył mu w oczy, ziejąc nienawiścią tak głęboka, że tylko ktoś kompletnie pozbawiony wyczucia, mógł nie zauważyć zła płynącego z pod Adasiowych powiek. Był Josephem Mengele we własnej postaci, a ten tu “czarnuch”, śmiał się nie wiedząc z kim ma do czynienia.
– Pragnę uświadomić ci dzielącą nas przepaść. Jesteś dla mnie numerkiem w firmowym komputerze i nikim więcej, numerkiem któremu zostaną przydzielone godziny jeżeli będzie pracował w zademonstrowany przeze mnie sposób, lub nie będzie miał ich przydzielonych w ogóle jeżeli zdecyduje się na inny wariant.
– Powiem wam wszystkim tylko raz. Jadłodajnia i kible maja być sprzątane po każdym, powtarzam, każdym naszym kliencie. Większość słuchaczy bez wahania przyjęła do wiadomości co powiedział, widzieli, że to jakiś maniak. Maniak który nie żartował.
– Po cholerę sprzątać po każdym, skoro tyle wolnych stolików ? Wyrwał się Mussolini.
– Przebierz się w swoje rzeczy i idź do domu, dostajesz werbalne ostrzeżenie, za użycie niestosownego słowa w miejscu publicznym.
– Chyba cię pokręciło, masz świadków frajerze ? Grek palnął bez zastanowienia nie biorąc pod uwagę Polskiego sprytu.
– Jesteś zawieszony na czas nieokreślony. Adaś tylko na to czekał, wyciągnął z kieszeni “smycz”, na której nagrywał całe zdarzenie. Mussolini popatrzył na niego ze zdziwieniem, po czym obrócił się na pięcie i poszedł przebrać się do szatni.
– Rozumiecie o co mi chodzi, czy muszę jeszcze wam coś dodatkowo wyjaśniać ? Zapytał reszty ludzi, którzy przerażeni patrzyli na powieszonego kolegę. Wiedzieli, że przyszły nowe czasy i albo dostosują się do nich robiąc to, czego ten psychol od nich wymagał, albo skończą za drzwiami, bez pracy i szans na dobrą opinię, a w małym miasteczku jakim było Sligo, dobra opinia z poprzedniego miejsca pracy, była na wagę złota jeżeli chciało się pracować w normalnych warunkach i na pełnym etacie. Nikt nie potrzebował żadnych wyjaśnień.
– Proszę stosować się do wszystkich zasad udzielonych wam na szkoleniu, które niewątpliwie otrzymaliście od mojego poprzednika, jeżeli jednak chcielibyście mnie o coś zapytać, co pomogłoby wam w sposób doskonały wykonywać wasze obowiązki, to nie wahajcie się przyjść do mojego biura. Adaś popatrzył na oniemiałe twarze swoich “osobistych żydków”, po czym odwrócił się na piecie i wyszedł do toalety, tam zamknął się w kabinie i zaczął się masować. Myślał o tej ślicznej “żydóweczce”, która nieśmiało zerkała na niego z pod długich rzęs, jej pięknej twarzy, nie oszpecała nawet durnowata czapeczka z napisem BK, mało tego czyniła ją jeszcze bardziej podniecającą. Adaś miał przeczucie, że kiedyś zdejmie z niej te czapkę, bluzkę i spodnie, a kiedy ta zostanie już w samej bieliźnie, to długo będzie obmacywał jej bez wątpienia piękne, młode ciało, będzie całował ją od stop do głów, będzie wkładał jej język wszędzie, gdzie tylko da się go włożyć, a kiedy ta będzie już blisko, to wtedy wejdzie w nią i dolecą razem krzycząc i jęcząc z rozkoszy.
– Super, wysapał do siebie wycierając się papierem. Po chwili wrócił do biura, wyczuwał, że atmosfera na terenie obozu zmieniła się diametralnie. W powietrzu zawisł strach, a Adaś lubił zapach strachu.
– Zapłacisz za to, gnoju, rzucił mu na odchodne Mussolini, Adaś popatrzył na niego z pełnym pogardy uśmiechem.
– Ilu was tu Greków jest w tym Sligo co ? Adaś patrzył prosto w bezrozumne oczy, całkowicie dominując przeciwnika.
– Policz ilu jest Polaków i zastanów się czy dalej chcesz mi grozić kolego ? Południowiec opuścił głowę, wycofał się z biura, po czym wyszedł z restauracji i już nigdy do niej nie wrócił. To był prawdziwy “Blitzkrieg Krieg” jeden dzień i pozamiatane, Sudety i Austria moje, czas na Polskę, był z siebie zadowolony, czuł tę bezlitosną siłę która sprawiała, że rzeczywistość układała się po jego myśli. Nie wiedział, że tłuste lata nie trwają wiecznie, dowiedział się o tym wtedy kiedy zadziałało prawo czarnej serii, ale zanim zadziałało przyszedł do Irlandii kryzys, który był początkiem czasów które Adaś nazwał czasem “Chomąta”. Firmowe cięcia budżetowe i wzrost oprocentowania zaciągniętego na poczet długów, jakie miał w Polsce kredytu sprawiły, że luźne życie szefa “Burgerowego Obozu” z czasem zamieniło się w monotonny kierat. Gdzieś z tyłu głowy Adasia chodziła myśl, że przedobrzyli z tym atakiem na Związek Radziecki, że właśnie wielkimi krokami nadchodził rok 1943…

Rozdział 4. “Hitleryzm”

– Nie wiem czyja wina, krzyczał do telefonu Jurek, był bliski histerii.
– Jezusku Nazareński, jej ręce, gdybyś zobaczył jej ręce. Jurek na pewno nie był sobą.
– Uspokój się, wrzasnął Adaś przywołując Jurka do pionu. Jurek był dla niego, jak dla Hitlera – Rudolf Hess. Zgadzał się z nim całkowicie i bezdyskusyjnie, co bardzo ułatwiało i uprzyjemniało im życie. Jurek bardzo wdzięczny był mu za to, że Adaś wyciągnął go z Polski w której tamten, nie bardzo potrafił się odnaleźć. Miał co prawda pracę, ale to było typowe “Chomąto”, dwanaście godzin ciężkiej pracy w obuwniczym sklepie, prowadzonym przez nie szanującego swoich ludzi tyrana. Mało kasy, frustracja, brak perspektyw, “normalna” Polska rzeczywistość tamtych czasów. W takiej rzeczywistości, koleś taki jak Jurek nie miał szans, nie znał nikogo, interesował się muzyka, piłką nożną, lubił sobie czasem wypić i poruchać. Zwykły chłopak, który chciał przeżyć swoje życie prosto, łatwo i przyjemnie, nie wdając się w żadne układy. Obaj znali się ze szkoły, studiowali razem i już wtedy przypadli sobie do gustu, mieli podobny olewatorski, pełen pogardy, “punkowy” stosunek do świata. Obydwaj studiowali AWF tylko po to, żeby coś w życiu robić, coś co da im święty spokój i sprawi, że otoczenie nie będzie się ich czepiać. W tych szkolnych, beztroskich latach byli dla siebie jak Rudolf i Adolf, żyli w wygodnym więzieniu, pisząc swoją życiową “Main Kampf”. Tyle, że wtedy więcej było “Main”, niż “Kampf”. Szkoła, wypełnienie minimum domowych obowiązków, muzyka, picie, dupy. Adaś na jednej z pijackich sesji poznał Anetkę, przez którą narobił sobie “bigosu”. Anetka była laską idealną. Mała, szczupła blondynka z okrągłymi piersiami, od których sterczały na centymetr cudowne sutki. Właśnie te cudowne sutki były pierwszym Adasiowym stopniem do piekła. Drugim stopniem, okazała się zawartość Anetkowych majtek, gdy po sutkowej sesji rozłożył jej nogi, zobaczył mięsisty raj na ziemi, possał ją namiętnie chwilę, po której Anetka krzyknęła i wystrzeliła mu orgazmem w usta.
– O Boże, wyjęczał oblizując się. Muszę Cię mieć, wstał, wyciągnął sprzęt, przymierzył i zaczął się dobijać, oplotła go ciasno, było tak miło, że zamiast wyciągnąć, chlapnąć na zewnątrz, nie powstrzymał instynktu i docisnął mocno spuszczając się w nią do końca. Anetka pomagała mu ochoczo dociskając go do siebie nogami. Krzyczeli z rozkoszy. To była cudowna chwila, która narobiła Adasiowi długów, których spirala pchnęła go ostatecznie w “Irlandzkim” kierunku, po miesiącu dowiedział się, że jego ciasna szparka jest w ciąży, a po następnych trzech, że to ciąża bliźniacza. Trzeba było Anetkę wyskrobać, żeby tego dokonać trzeba było się zapożyczyć. Czasy beztroski skończyły się bezpowrotnie, “Chomąto” wisiało już tam gdzieś czekając na niego, aż je przywdzieje po czym pogodzi się z losem podobnym do miliardów innych losów. Jurka jak się dowiedział o wiele później uratowały ukrywane przed Adasiem i całym światem skłonności homoseksualne. Zwierzył mu się ze swojej tajemnicy podczas wspólnego ich pobytu w Dublinie. Pojechali tam któregoś razu, żeby się dobrze zabawić. Popili i kiedy mieli już nieźle w czubie postanowili odwiedzić “agenturę”. Kiedy decydowali do której pojechać, Jurek zdobył się na odwagę i wskazał na taką gdzie były dziewczyny, oraz “shemalki”, czyli transwestyci. Młodzi faceci tak przerobieni na kobiety, że na pierwszy rzut oka nie do poznania. Piękne jak malowane, niektóre ładniejsze niż prawdziwe babki. – Zawsze o tym marzyłem, powiedział mu wtedy zawstydzony Jurek. Adaś pokiwał głową ze zrozumieniem. No cóż jak lubił tak, a nie inaczej to dlaczego miałby go za to potępiać? Świat był tak pokręcony, że jeszcze jedna zakręcona sprawa w tym całym syfie, różnicy Adasiowi nie robiła.
– Każdy robi co lubi, przyjechaliśmy się zabawić, powiedział wtedy z uśmiechem do swojego towarzysza. Dziwne to wszystko pomyślał, z tego co czytał Rudolf Hess podobno, też miał jakieś takie ciągoty do kutasów. Kiedy przybyli na miejsce okazało się, że zdjęcia nie oddawały rzeczywistości, “shemalki” były jeszcze bardziej sexy na żywo niż w reklamie. Jurek był jak obłąkany, zupełnie się zatracił, no cóż wyglądało na to, że pierwszy raz w swoim życiu zrealizuje się w seksie naprawdę. Adaś cieszył się, że przyjaciel spełnia swoje marzenia, sam też postanowił realizować swoje. Wybrał sobie, małą, szczupłą Azjatkę w blond peruce, ubrana była tak, że oczu nie mógł od niej oderwać, jak żywa reklama “sexi ciuchów”. Dał jej wtedy stówki dwie i pozwolił się zabrać na godzinę pełną czarów do pokoiku na piętrze. Koreanka pozwoliła się związać, zakneblować i położyć grzecznie na plecach. Leżała tak pojękując cichutko, wiedziała o co chodzi, kwiliła całą sobą wchodząc w rolę. Adaś używał sobie tak jak naprawdę lubił, obmacywał ją lubieżnie, następnie podduszał doprowadzając się na skraj szaleńczego podniecenia. Walczył ze sobą, żeby nie docisnąć mocniej. Koreanka bardzo chciała, żeby już skończył, jej kobieca intuicja mówiła, że ma do czynienia z prawdziwym zboczeńcem. Zboczeńcem który mógł stracić kontrolę nad sobą i być śmiertelnie niebezpieczny. Były momenty, kiedy dusił ją tak mocno, że prawie traciła przytomność. Obiecywała sobie, że jeżeli przeżyje ten raz, to już nigdy nie zgodzi się na taki numer, ale to nigdy, za żadne pieniądze. Modliła się w duchu o życie. Jej strach był niemal namacalny, a zduszony szloch grał jak piękna muzyka. Adaś karmił się pierwotnym lękiem o życie, czerpana z niego energia przesuwała mu percepcję w miejsce bestii, dostępne tylko nielicznym potworom. Neron, Hitler, Manson. Był w towarzystwie i miejscu idealnie do niego pasującym. Ludzkość myślała, że jest naczelnym drapieżcą. Głupia ludzkość, nie świadoma faktu, że raz na jakiś czas z poza dobra i zła na świat przybywał żniwiarz. Predator, oskarżyciel, nienazwany, bo imię nie miało żadnego znaczenia, przez okres ludzkich dziejów “było ich wielu”, a jedynym celem zabijanie, jak najwięcej, najfajniej, najpiękniej. Pretensje i próby wyjaśnienia “przypadku” musiały spełznąć na niczym, były jak żal szczura, pożeranego przez kobrę. Kompletna strata czasu i energii. Jak owca miała zrozumieć motywację wilka ? W końcu orgazm przywrócił Adasia do rzeczywistości. Koreanka przeżyła. Dał jej jeszcze pięć dych extra, za cały stres, ta wzięła banknot i nie powiedziawszy nawet słowa, wyszła z pokoju trzaskając drzwiami. W czasie kiedy on wykańczał nerwowo Koreankę, Jurek zabawiał się po swojemu. Adaś nigdy do końca nie poznał wszystkich szczegółów, ale transwestytki podobno znały się na rzeczy i bardzo lubiły ten sport. Brały Jurka na wszystkie możliwe sposoby i konfiguracje prowadząc go prosto do raju. To był naprawdę “dobry” dzień i udane polowanie, warte zapamiętania…
– Pomogłeś jej, zabezpieczyłeś miejsce, zawiadomiłeś pogotowie i Kwaterę Główną ? Zasypał kumpla gradem pytań, myśli przelatywały jak burza, procedury, przepisy, zasady. Pamiętał szkolenia związane z BHP, wszystko musiało być w jak najlepszym pożądku, tylko tak można było uniknąć problemów prawnych, które wiązały się z odpowiedzialnością karną, cywilną, finansową. Z moralną stroną oczywiście nie miał większego kłopotu, najbardziej bał się, że przypiszą mu winę, a wtedy jak spłaci “aborcyjny kredyt” ? Jak uwolni się od Irlandzkiego “Chomąta”, zorganizowanego przez mafię bankowo – prawniczo – deweloperską, która z cichym wsparciem politycznym, nadmuchała bańkę kredytowo – budowlaną. W Irlandii podobnie jak w USA, kiedy sprawa się sypła, bankowe lobby nacisnęło Rząd sprzedawczyków, żeby ci wzięli koszta imprezy na budżet państwa. Zarobiły firmy, prawnicy, bankowcy, oraz cwaniacy którzy wiedzieli co się święci i w porę pozbyli się ziemi, czy nieruchomości. Rachunek zapłaciło jak zwykle społeczeństwo, samobójstwa rozlały się na masową skalę. W świecie opanowanym przez wampiry, kanibale i demony w garniturach, ludzie musieli zapaść na depresję. Nie można było być człowiekiem i spokojnie patrzeć na krzywdę wyrządzoną praktycznie, każdej formie życia w imię zysku, czerpanego z przekrętów, czy rajów podatkowych będących w praktyce piekłem większości ludzi, zwierząt i środowiska. Wszechobene poczucie porażki i braku sensu innego, niż przedłużanie gatunku, który w swoim rozroście stracił wszelkie hamulce.
– Ja chyba zwariuje, powiedział cicho do “smyczy”, czarna seria doprowadziła go w końcu na skraj załamania. Może się powiesi kończąc to pozbawione sensu życie ?
– Karetka już ją zabrała, była nieprzytomna z tego bólu chyba, knajpa zamknięta, video zabezpieczone, ludzie czekają na twoje decyzje siedząc na zapleczu. Kwatera już wie, wysłali helikopterem śledczych, właściciel leci wraz z nimi. No jakby inaczej ? Właściciel firmy nie poruszał się inaczej po kraju, jak tylko własnym helikopterem, facet w Adasiowym wieku, dziedzic, szczęściarz którego ojciec zaryzykował przed laty i zainwestował w pierwszą restaurację. W ciągu kilkudziesięciu lat powstało imperium które przynosiło miliony euro dochodu rocznie. Ile dokładnie Adaś nie wiedział i nie chciał wiedzieć, korzystał tylko z danej mu przez los szansy, pracował sumiennie wyciągając podległy mu obóz z ostatniego miejsca w lidze na trzecie, drugie, a w niektórych rankingach pierwsze miejsce. System był prosty, wystarczyło trzymać się przepisów które były w Burger Kingu niezwykle restrykcyjne i choć nie przepadał za fast-foodowym jedzeniem to pod względem, higieny, świeżości produktów oraz sposobu przyrządzania jedzenia, oraz obsługi klienta szczerze tę firmę podziwiał. Nacisk jaki kładziony był na trzymanie się zasad bezpieczeństwa sprawiał, że mając do wyboru “normalną”, ale nie znaną mu restaurację lub Burger Kinga zawsze wybierał tę drugą. Fakt to było nie zdrowe, tuczące jedzenie, ale stołowanie się tam dawało spokój ducha i brak kłopotów gastrycznych, które nie raz przydażały mu się po potrawach zjedzonych gdzie indziej. Adaś trzymał się lini wyznaczonej przez przepisy które wtłaczano w niego przy każdej nadarzającej się okazji, liczne szkolenia w które inwestowała firma były przyjemnym odskokiem od rutyny, chwila w której czuł się jak prawdziwy “Bułkowy Król”. Jechał lub leciał odstawiony w garnitur, trzymając pod łokciem teczkę na dokumenty która dodawala mu powagi, minimum cztero-gwiazdkowy hotel, zawsze opłacany w całości przez firmę. Same szkolenia były proste i czytelne, bezpieczeństwo, higiena, prawo pracy, nowe produkty, promocje, plany na przyszłość. Bezprecedensowe osiągnięcia w Sligo, najtrudniejszej do prowadzenia restauracji w Irlandii, dawały mu status gwiazdy, chętnie z niego korzystał, choc nigdy się nie popisywał, wiedział jak to działa, żaden szef nie lubi podwładnego – pyszałka, nieważne jak dobry by nie był. Adaś mówił o swoich sukcesach tylko gdy był o to wyraźnie poproszony, wypowiadał się w sposób merytoryczny, ściśle trzymając się tematu. Miał doskonałą pozycję wyjściową w firmie, kiedyś po szkoleniach cały office wybrał się na suto zakrapianą imprezę, tam wczepiła się w niego babka z kadr, była strasznie napalona, kiedy tylko wypiła parę drinków, od razu puściły jej hamulce, przysiadła się do niego mówiąc, że wiele dobrego o nim słyszała. On nie mógł jej odpowiedzieć tym samym, bo nie słyszał o niej nic, ale już po chwili mógł wiele powiedzieć o jej zdolnosciach manualnych. Babka po wymianie grzeczności, patrząc mu prosto w oczy wsadziła rękę pod stół, lubiła to, dobrze wiedziała jak postawić faceta do pionu.
– Za pięć minut w kiblu dla niepełnosprawnych, rzuciła wstając od stolika. Poczekał te pięć minut, po czym tanecznym krokiem pomaszerował w kierunku toalet. Irlandia i Anglia często wydawały mu sie krajami niepełnosprawnych, było ich na każdym kroku pełno, może to przez te geny które przez lata izolacji nie miały jak się mieszać i ciągle obracały się w zamkniętym, nierzadko kazirodczym światku ? Adaś nie raz myślał, że Eichman i jego spółka od czystości rasy, miałyby na wyspach roboty od groma, ale stało się tak, że Einsatz komanda nigdy tu nie dotarły. Jedynym pozytywem jaki z tego wszystkiego wynikał był fakt istnienia tych specjalnych kibli, które swym rozmiarem, czystością i wszechobecnością sprawiały, że w razie potrzeby można było z nich skorzystać. Adas skorzystał, wszedł do klopa, tam na sedesie siedziała brunetka z officu, siedziała i sikała bezwstydnie, gapiąc się w Adasiowe oczy.
– Jesteś zboczona, stwierdzil retorycznie oczywisty fakt po czym wyciągnął to na co czekała, a ta od razu wbiła się w “top 3” listę Adasiowych lasek. Dwa pierwsze miejsca zajmowały duety i tylko dlatego przyznać jej musiał miejsce trzecie, po niej nie było już bardzo długo nikogo. Połykała go raz po raz, lubiła to po prostu. Takie hobby, sens życia. Niektórzy hodują dzieci, inni robią kariery, jeszcze inni zaglądają w kosmos, ona robiła laski i była przy tym spełniona, szczęśliwa, że może wypełnić swoją jamę ustną napalonym facetem. Przed samym końcem, wyciągnęła go sobie z gardła i powiedziała do niego słowa o których myślał później dobry tydzień, zanim oswoił się z informacją którą mu wtedy sprzedała.
– Chcą cię awansować, Helen odchodzi na rentę, zostawia siedem restauracji, chcą ciebie, wiem to na pewno. Uśmiechnęła się, otworzyła usta, a on wystrzelił w nie cały ładunek. Babkę z kadr umieścił na swojej liście wariatów, na której notabene byli tak naprawdę prawie wszyscy, których trochę lepiej poznał. Ludzie udawali tylko normalnych, udawali życiowe cele, robili kariery, poświęcali się wychowywaniu nowych pokoleń, ale to wszystko tak naprawdę, podszyte było jakimś fałszem. Wszędzie “Chomąta”, niektórym wsadzone na siłę, niektórzy tacy jak on sam skazani na nie przez własną głupotę, ale niektórzy ubierali “Chomąto” sami, poświęcając się pracy dla tak zwanego dobra ogólnego. Kłamcy, myślał Adaś boją się prawdy, boją się bezsensu tego wszystkiego i dlatego udają dobrotliwych. Ci byli najgorsi, popadali w rutynę własnych przekonań, “normy” i oceniania innych. Strażnicy systemu. Tacy stapiali sie z “Chomątem”, zabijając w sobie szaleństwo, które było tak naprawdę jedyną ucieczką od rutyny. Od życia w którym chodziło tylko o zabijanie czasu, życia w zaklętym kole utartych norm, społecznych umów, zasad którymi powinni wszyscy się kierować.
– Nie ma żadnego ukrytego celu, Adaś pod wpływem tego całego stresu doznał olśnienia, nigdy tam nic nie było. Źle zinterpretował sytuację z czasow dzieciństwa, kiedy to słuchając Adolfowej przemowy, przesunął swoją percepcję w “miejsce Hitlera”. To nie było żadne namaszczenie, a zwykłe wczucie się w szaleństwo człowieka, który odważył się złamać rutynę, zrobił to na swój bezlitosny w interpretacji innych sposób, ale zrobił to, żył tak jak chciał. Odrzucił “Chomąto”, zrobił krok w nieznane, bez zakłamanej moralności, wbrew zasadom. Taki krok przełamywał niewolę zaklętego koła, a tym samym niszczył “życiową klatkę”. Adaś już wiedział dlaczego podziwiał tak bardzo Adolfa Hitlera. Nie z powodu percepcyjnej przejażdżki, którą poprzez telewizor omijając, przy okazji czas i przestrzeń ten mu wtedy zafundował, ale przede wszystkim za postawę. Kiedy patrzył na przemawiającego wodza Trzeciej Rzeszy, widział kogoś zrzucającego jarzmo.
– Nie będziecie mi sukinsyny mówić co mam robić ze swoim życiem, jesteście tylko niewolnikami. Niewolnikami bojącymi się wszystkiego. Dlatego ja powiem wam co nastepuje bo tak właśnie chcę, macie krzyczeć “Heil Hitler”, za każdym razem jak podniosę rękę, a wtedy przez chwilę naprawdę poczujecie, że żyjecie. Tyle, że będzie to życie w moim wszechświecie…

Rozdział 5. “Makiawelizm”

Adasiowie olśnienie było jak fala, która zmywając fałsz pozostawiała na widoku prawdziwy sens życia, którym było dla “Bułkowego Króla” sprzedanie jak najwięcej “METANU” w bułce. Dla drwala jak największą, wyrąbaną z zapałem połać lasu deszczowego. Hitler mierzył sukces, mocą przerobową komór gazowych i krematoriów. Bankierzy wyłudzonymi od ludzi procentami, które składały się na premię. Politycy wygranymi plebiscytami, obietnicami bez pokrycia, które owocowały upragnionymi głosami w urnach. Oszuści. Bezwzględni egoiści, mieszkańcy mordowanej planety, poznacie ich po owocach. Kto to napisał ? Czy to ważne, tak naprawdę ? Adaś w końcu przejrzał, chytry plan. Grę w której wszyscy i wszystko próbowało go przyzwyczaić do myśli, że powinien zachowywać się tak, a nie inaczej. Każda wolna od narzuconego schematu myśl, była z góry interpretowana jako chora, zła, szkodliwa, niepożądana, podlegająca ocenie i w konsekwencji karze. Dobro, Bóg, moralność to puste słowa, uzasadniające zniewolenie ducha. Był w jakiejś pułapce i powoli zaczynał przeglądać na oczy. Nie było żadnego czasu, czy przestrzeni. Teoria cząsteczek splątanych o którą tak zaciekle kłócili się Bor z Einsteinem w praktyce udowadniała natychmiastowy przekaz informacji pomiędzy nimi, mimo istnienia odległości. To wymykało się ograniczeniom, stawianym przez prędkość światła. Może, nigdy nie było żadnych zasad ? Obudź mnie błagam, kimkolwiek, gdziekolwiek jesteś. Co jak jestem sam, a to wszystko proste jak budowa cepa ? Musi zmienić ten koszmar na sen inny, przyjemniejszy jakiś. Pstryk i inny pryzmat, mamy nowe miejsce, inny wszechświat, inne więzienie. Czy była tam w jakimś nieznanym obszarze, percepcyjna wolność ? Adaś gonił swoje myśli jak szalony. Wiedział, że chwila olśnienia długo nie potrwa i za chwilę wróci do punktu w którym świadomość uwięziona zostanie w “Chomącie”. W pułapce winy, ciążącej za dokonane czyny, nieuchronności kary, wreszcie w niewoli lęku o przyszłość. W tym punkcie, nie było teraźniejszości były tylko wspomnienia i przyszłe plany. Pułapka, którą Adaś sam sobie robił. Tak naprawdę nigdy nie było żadnej Anetki. Nie było kariery, Burger Kinga, Adolfa Hitlera, czy jego samego. Jedyne co było, to sen wariata. – Już tam jadę Jurek, niczym się nie martw. Im sukinsynom, o to właśnie chodzi, żebyśmy się ciągle czymś martwili. Tak właśnie działa “Chomąto”.
– O czym ty gadasz opamiętaj się, człowieku bo zwariujesz, błagam cię. Jurek był naprawdę mocno zaniepokojony stanem psychicznym Adasia.
– O to chodzi Jurek, żeby zwariować właśnie. Zwariować i zrobić coś szalonego w swoim unikalnym, nie podrabianym stylu. Wszystko stało się jasne, pojedzie teraz do restauracji, której tak naprawdę nie było i spróbuje rozwiązać problemy, których też tam nie było, będzie współpracował z Jurkiem którego oczywiście, też tam nie było. Będzie robił to co chce od niego system, słusznie nazwany “Chomątem”. Tyle tylko, że teraz będzie to robił z pełną świadomością nie istnienia. Będzie udawał zaangażowanie, zmartwienie, lęk o przyszłość, świadomość celu, którym w obecnie zaistniałej sytuacji było ratowanie “Bułkowego Króla”.
– Pokaż jak to się stało, polecił Jurkowi uruchomienie odtwarzacza, który rejestrował rzut z sześciu rożnych kamer. Po uruchomieniu systemu mógł zobaczyć wszystkie obrazy na raz lub wybierać dowolne ujęcia. Patrzył jak Marta stoi na froncie przy kasie, nagle reaguje na wchodzącą grupę ludzi. Chce szybko wrzucić frytki, które potrzebowały kilku minut obróbki termicznej, a czas liczył się bardzo, był podmiotem każdej kontroli. To dlatego zaskoczona Marta, rozpędziła się w stronę swego przeznaczenia. Biedna nadepnęła na nie związaną sznurówkę, instynktownie wyciągnęła ręce i zanurkowała nimi w rozgrzanym do maksimum urządzeniu. Rekordery nie rejestrowały dźwięku, ale umysł Adasia dokonał uzupełnienia z automatu, całym sobą poczuł jak dziewczyna wrzeszczy. Później wybucha panika, ludzie próbujący ratować opadającą z Marty skórę, pierwsza pomoc, lekarska ekipa ratunkowa, wszystko zgodnie ze szkoleniem i regułami wyznaczanymi przez przepisy BHP. Ewidentna wina dziewczyny. Po pierwsze biegła przez kuchnie, po drugie ubrała zakazane buty ze sznurówkami. Głupie, szkolne błędy spowodowały ten straszny wypadek. Nie było żadnej czarnej serii, była tylko teoria powtarzana z pokolenia na pokolenie tak długo, aż wreszcie stała się prawem, zasada mówiąca, że jak coś się psuje, to psuje się na całego.
– Co to była za grupa przez którą Marta tak przyspieszyła ? Jurek patrzył Adasiowi w oczy nie mówiąc nic. Kiedy przemówił, wszystko stało się jasne, jasne i śmieszne.
– To byli debile, no wiesz z tego ośrodka co jest na Second Sea Road, opiekunka chciała ich wysikać.
– No tak, powiedział Adaś śmiejąc się w głos, to byli wysłannicy “Chomąta”. Tak to właśnie działało, teraz system ma Martę na zawsze, będzie myśleć o tym, że mogła iść normalnie, że mogła ubrać przepisowe buty. “Chomąto” zamknęło ją w bańce przeszłości, a ta niczego nie świadoma będzie w niej spędzać resztę swojego pełnego bólu i rehabilitacji życia. “Chomąto” próbowało wszystkiego, żeby tylko nie przestawali o czymś myśleć.
– Kto to wszystko stworzył ? Hitler musiał się kapnąć, że coś z tym wszystkim jest nie tak, dlatego nawijał ciągle o woli, bez udziału której nic się nie wydarza. Adaś czuł, że jest na tropie, że wreszcie załapie o co w tym wszystkim chodzi. Był naprawdę blisko, tak blisko, że aż zapierało mu dech w piersiach, kiedy był już prawie na granicy wyłączenia umysłu, do restauracji wkroczyli inspektorzy, a wraz z nimi sam właściciel. Fuhrer, jego wysokość Bary McGuinness. Wszyscy oni mieli “Chomątowe” miny, bez wątpienia nigdy nie pochylą się nad zagadką rzeczywistości, byli zbyt zajęci mnożeniem pieniędzy, doglądaniem sprzedaży, wdrażaniem nowych produktów. Adasiowi stanęły w oczach łzy, zrozumiał jak smutna była pozycja w jakiej znajdowała się niemal cała ludzkość. Wszyscy tworzyli swoje “Chomąta” poprzez projektowanie czasu i przestrzeni. Robili to za pomocą urządzenia, nazywanego umownie, umysłem. Zapominali się w tym całkowicie, a to wystarczało, żeby “Chomąto” zadziałało, zabierając im całą wolę, a bez niej nie działo się nic. Tak przynajmniej twierdził jego ulubiony świr, łamacz rutyny, artysta wrzasku, Adolf Hitler. Berlin 1945. Kapitulacja. Dosyć. Dezintegracja. Dotychczasowy świat blaknie, udaje się w zapomnienie, niczym dawno obejrzany film. Po nim ulotne wrażenie, smutek, tęsknota za czymś, czego być może nigdy nie było. Łza, dlaczego płynie ? Nie wiem, nie pamiętam. Gdzie jesteś ? Gdzie ja jestem ? Ja śnię Ciebie, czy Ty mnie ? Żegnaj. Cokolwiek by to nie znaczyło…

Epilog. “Satanizm”.

Pewne traumatyczne, ocierające się o śmierć przeżycie, spowodowało u mnie fundamentalną utratę zaufania co do otaczającej mnie rzeczywistości. Żeby poradzić sobie z szokiem, stworzyłem w psychice miejsce, gdzie miałem nad lękiem i wszystkim innym kontrolę. Miejsce to przeznaczone było tylko dla mnie, dawało mi poczucie komfortu i bezpieczeństwa. Ceną był przerost ego. Następnie utrata człowieczeństwa, empatii. Opanowały mnie nienawiść i pragnienie zemsty. Moja świadomość przesunęła się w “miejsce bestii”. Życie w hermetycznym świecie, przeprowadziło moją psychikę przez fazy potworów, demonów i kanibali. Seryjnych i masowych morderców, sadystów, psychopatów. Od Nerona, przez Mansona do Hitlera. Nie widziałem sensu życia, dopiero w 1999 roku doznałem “olśnienia” w którym dotarło do mnie, że wszystko co mnie w życiu spotkało, było częścią “większego” planu. Planu w którym moim przeznaczeniem było zostać Szatanem, którego to powołał Bóg w taki sam sposób, jak kiedyś powołał Jezusa. Całe życie okazało się mieć “filozoficzny” sens, ta wizja jeszcze bardziej umocniła moje rozdmuchane do boskiego poziomu ego. Szatan pragnął zniszczenia ludzkości, wroga zwierząt, przyrody i Ziemi. Założyłem “Stowarzyszenie Miłośników Kary Śmierci Eutanazji i Kontroli Narodzin”, co było po pierwsze bardzo zabawne, a po drugie manifestowało uczucie jakim darzyłem ludzki gatunek. Ci którzy czują niechęć, odrazę, czy pogardę do drugiego człowieka z powodów, które oczywiście wychodzą z wypieranej części ich osobowości, nie mają tak naprawdę pojęcia co znaczy gardzić i nienawidzić. Podążanie tą ścieżką, przynosiło mi uczucie siły, dawało cel i sens istnienia. Rzeczywistość zaczęła uzasadniać przekonanie, że nikt za ludzkością we wszechświecie nie zapłacze. Wyzysk, pazerność, zazdrość, kłamstwo, obłuda, nietolerancja, rasizm, pogarda, nacjonalizm, podziały, czystki, wysiedlenia, rozpacz, cierpienie i wszechobecna niesprawiedliwość. Brawo Wy, myślałem. Wilk jest przy drzwiach, a niegrzeczne świnki zatroskane korytem, nie widzą nadchodzącego Oskarżyciela. Śmierć zaczęła ostrzyć masową gilotynę. Wspaniała świadomość, a życie wyjątkowe, nasycone “mistyczną mocą”, absolutne i bezwarunkowe. Pragnąłem nie tylko zagłady ludzkości, chciałem aby ginąca ludzkość umierała ze świadomością, że zasłużyła na swój los, dlatego założyłem zespół “Mitote” i wraz z nim zrealizowałem projekt pt. “Najnowszy Testament”, który w swoim przekazie wyjaśniał, dlaczego historia naszej cywilizacji kończy się w taki, a nie inny sposób. Odczuwałem głęboką satysfakcję płynącą z faktu, że mój potwór popatrzy na nich wszystkich bezlitośnie w ostatniej chwili ich marnego życia…

Świat runął, kiedy poznałem swoją żonę. Moc jej osobowości, miłość, akceptacja, zrozumienie i oddanie, pokazały mi, że warto otworzyć swoje serce. “Zobaczyłem” Mozarta, Einsteina, Picassa, Dalajlamę. W konsekwencji zacząłem analizować swój przypadek na poziomie psychiatrycznym. Do wszystkiego, musiałem dochodzić sam, lekarze z którymi próbowałem dojść do jakiegoś konsensusu, zasłaniali się brakiem kompetencji. Po kilku latach stwierdziłem, że najbliżej mi do obsesji paranoidalnej. Co ciekawe, moim zdaniem przypadłość dotyczy większości ludzi i jest podawana z pokolenia na pokolenie, niczym wirus, który nazwałem MOP (Massive Obsession Paranoia). Fundamentem zaburzenia jest przekonanie o własnej ważności, połączone z niechęcią do tych, którzy się w jakiś sposób od nas różnią. Reasumując, każdy kto odczuwa lękowy dyskomfort psychiczny, przy wierzącym, wyglądającym, kochającym inaczej, jest niestety zakażony. Pycha, ignorancja, egoizm. Strach, agresja, nienawiść. Rasizm, nacjonalizm i fanatyzm. Ten kto to czuje, ma co robić. Ja na pewno miałem. Słowo pisane, które w darze otrzymałem od Rodziców, okazało się być potężnym orężem na mojej wojnie z samym sobą. W pracach “Na Krawędzi” i “Chomąto”, opisałem zarówno część stanów emocjonalnych towarzyszących opętaniu Satanizmem, jak i koncepcje rozwoju, czy raczej uwolnienia świadomości od przywiązań do narzuconych nam od pokoleń stereotypów, które to determinują losy, masowo czyniąc życie udręką, a świat piekłem. Dzięki głębokiej autoanalizie, w końcu spojrzałem prawdzie w oczy. Pisząc swoją historię, mogłem zdefiniować się na nowo.

Stanąłem pomiędzy “Erą Zagłady” lub “Erą Świadomości”. Napisałem dla siebie 10 przykazań, które po latach praktyki strąciły, mnie w końcu z urojonego tronu.

1. Wyrzekniesz się religii, która stała się siedliskiem zła.

2. Zostaniesz obywatelem świata.

3. Będziesz postrzegał bliźniego swego jak domownika, zaakceptujesz go takim jaki jest.

4. Będziesz szanował rośliny i zwierzęta traktując ich jak równe sobie.

5. Okażesz szacunek Ziemi która jest twoim domem.

6. Odrzucisz egoizm, który jest źródłem frustracji.

7. Zaakceptujesz śmierć jako towarzysza życia, dzięki temu wszystko co będziesz robił, będzie realizowane w taki sposób jakby to miała być ostatnia rzecz jaką zrobisz.

8. Będziesz okazywał wdzięczność, pomoc i uśmiech ludziom, którzy Cię otaczają.

9. Zaakceptujesz swój los, jako ścieżkę prowadzącą do tego aby stać się światłem.

10. Zrozumiesz, że “Era Świadomości” zaczyna się w Tobie.

Co do mojego sensu życia, to z czasem musiałem niestety, przyznać rację Castanedzie, a po prawdzie jego dwóm nauczycielom Genarowi i Juanowi. Przyjąć ich proste wyjaśnienie kwestii ograniczonego zakresu “ludzkiej formy”, przywiązanej do fundamentalnej kwestii dobra i zła, które to kreują “ludzki punkt widzenia”, a ten stając się pryzmatem, uwięzionym w jednym miejscu postrzegania, obsesyjnie interpretuje, współtworząc rzeczywistość. Wolność według “widzących w świadomym śnieniu”, leży jednak po za wszelkim pragnieniem interpretacji. Akceptacja, mówi ciszą, że wszystko jest świadomą, nigdy nie przemijającą teraźniejszością. Dotarcie do pozycji niedziałania w której istnieje tylko czysta wola odbycia podróży w nieznane, jest tak proste, jak wszystko inne. Wymaga jednak odrzucenia całej osobistej historii, a tym samym, każdą formę oceniania, czy potrzeby ingerencji w ludzkie sprawy, które to na skutek medytacyjnego ćwiczenia zwanego “rekapitulacją” muszą zniknąć jako naturalna konsekwencja braku jakiejkolwiek “historycznej” perspektywy. Ludzie, nie mają możliwości wyjścia z pułapki, gdyż tak naprawdę nie dysponują wolną wolą, która to ma władzę nad intencją, a ta nad rzeczywistością. Mogą tylko w kółko gadać do siebie, kreując i oceniając bez końca, według wielowarstwowo narzuconych im, schematów myślowych. Nigdy z własnej chęci nie porzucą oni osobistego komfortu, gdyż wiąże się to przecież z samobójstwem. Nie widząc alternatywy, muszą oni angażować się w losy tego świata i ludzi. Będących, być może tylko jedną z wielu możliwych pozycji śnienia. Czy jak to fizyka nazywa wszechświata w wieloświecie. Większość pogrzebała swoją szansę na uczynienie kroku w nieznane i osiągnięcie wolności, która wydaje się być jedynym sensownym wyjściem z tego “snu wariata”, który to ciągle w swej interpretacji się powtarza…